Książka o Google

Po co się wydaje takie książki? Pytanie retoryczne: po to, by zarobić pieniądze. Ale na książce Larsa Reppesgaarda „Imperium Google” wydawnictwo BC.edu chyba nie zarobi. No, może na takich frajerach jak niżej podpisany, który jest maniakiem tej firmy i czyta wszystko, co o niej publikują.  Ale po kolei. Nie o to chodzi, że ta książka – to jakaś straszna chała; nie jest chałą. Jest przyzwoicie przetłumaczona, porządnie zredagowana, jakoś tam – choć z kiksem edytorskim w postaci braku czystej strony przed tylną okładką – wydana. Tyle, że kompletny laik niczego się o Google’u z niej nie dowie, co by mu się przydało w codziennej pracy – a ktoś, kto o temacie wie więcej niż trochę, nie dowie się niczego nowego. No, może tego, że klastry komputerowe obsługujące wyszukiwarkę były łączone taśmą klejącą czy „rzepami” – co informacją jest dość ciekawą, ale kompletnie do niczego nieprzydatną.

Podtytuł książki jest obiecujący: Google zna cię lepiej, niż sądzisz. Myślałem, że dowiem się czegoś o konsekwencjach i perspektywach zebrania przez firmę tej przeogromnej masy informacji, którą jej powierzyliśmy – ale nie. Banalny przykład „jednej pani”, która nigdy nie wpisała do okienka wyszukiwarki swoich danych personalnych, a została jednoznacznie zidentyfikowana na podstawie analizy swoich zapytań – ani mnie nie zaskoczył, ani nie przestraszył. A to właściwie wszystko.  Każdy dobry dziennikarz, który jako tako zna temat (sam umiałbym wymienić w Polsce z pięciu) napisałby lepiej i ciekawiej. I postraszył skuteczniej…

Wniosek: szkoda 37 PLN. Uznaję, że wydałem je – i poświęciłem dwa popołudnia – pro publico bono. Ale wy już nie musicie.

Reklamy

5 myśli na temat “Książka o Google

  1. Dzięki za opis, miałam zamiar ją kupić. Dzięki Tobie, nie kupię jej i nie wydam forsy na byle gówno.

    Opis bardzo mi się przydał. Pozdrawiam.

    1. Cześć, panno. Po to właśnie piszę. Tego buka rzeczywiście można sobie darować.

  2. informacją jest dość ciekawą, ale kompletnie do niczego nieprzydatną

    Podobnie jak cała zawartość „prasy kolorowej”, typu co Dioda jada na śniadanie i ile miała koleżanek w szkole… Widać nie tylko prasa jest plotkarska, ale i książki. Myślę, że podobny cel jest wydania takiej książki (choć grupa docelowa na pewno inna). I zatem nie zgodzę się, że wydawnictwo na niej nie zarobi: mnóstwo ludzi interesuje się właśnie pierdołami, bo lekkie i ma się odczucie nabywania ważnych informacji (przykład z życia: pani kupuje w kiosku cały stos plotkarskich pisemek, chyba wsystkie, jakie istnieją i mówi „ależ ta wiedza kosztuje”).

    1. Źle zostałem zrozumiany. Nie mam nic przeciw tego typu ubarwieniom tekstu; w końcu, to w złożeniu nie podręcznik akademicki, a coś w rodzaju popularnonaukowej – czy biznesowej – publicystyki, więc takie ubarwienia są bardzo na miejscu: lepiej się czyta. Niedobrze jest wówczas, gdy ubarwienia zastępują resztę – a ta reszta w tym wypadku jest po prostu nudnawa i mało odkrywcza.

Możliwość komentowania jest wyłączona.