Bronię matematyki w szkole

Pan prof. Janusz Majcherek – cokolwiek to znaczy, filozof, zdaje się (przepraszam za obraźliwy epitet) – opublikował przed kilku dniami (9 lipca) w „Gazecie Wyborczej” tekst zaiste kuriozalny. Powiem z miejsca: tekst, który sprawił mi osobistą przykrość, bowiem Pana Profesora szanuję i bynajmniej nie uważam – w najmniejszym stopniu! – za utytułowanego idiotę. Otóż Pan Profesor sugeruje po pierwsze, że ludzie o wykształceniu ścisłym są „bardziej podatni na polityczną agitację i ideologiczne sugestie, wykazując się ignorancją w rozpoznawaniu ich bałamutności”. W konsekwencji, Pan Profesor uważa, ze nauczanie przedmiotów matematyczno-fizycznych w szkole średniej jest przesadne; sugeruje przy tym, że warto preferować filozofię…

  • Otóż, Panie Profesorze, tak: filozofia – tu zgadzam się z Panem najzupełniej – jest w liceum niezbędna. Trudno mi sobie wyobrazić współczesnego inteligenta, który nic nie będzie wiedział o Popperze czy Husserlu. Zgadzam się też z Pańską (niewypowiedzianą) sugestią, iż reguły rozmnażania eugleny viridis nie są koniecznym składnikiem podstawowej wiedzy współczesnego homo sapiens. Ale nie jestem w stanie zaakceptować tego lekceważącego – i charakterystycznego, pardon, dla półgłówka – stosunku do matematyki i fizyki. Kto nie zna ich podstaw – jest,  Panie Profesorze, zwykłym bałwanem.

Rozumiem, Panie Profesorze, że miał Pan w podstawówce, gimnazjum i liceum fatalnych nauczycieli matematyki; pewno także fizyki. Zdarza się. Często się zdarza, niestety. Nie lubi Pan tych dziedzin wiedzy. Ale po to ma się więcej niż dwie szare komórki w mózgu, by móc odróżnić przypadek od prawidłowości. Pan wyraźnie nie umie; szkoda.

Jeden z najdowcipniejszych znanych mi osobiście ludzi, właściciel superumysłu, Hugo Steinhaus, powiedział kiedyś: matematyk, to taki facet, który potrafi zrobić każdą rzecz, którą zrobi ktokolwiek inny; tylko szybciej, zgrabniej i lepiej.

Warto to wziąć pod uwagę. Steinhaus – to był naprawdę ktoś, Panie Profesorze. W odróżnieniu od Pana, niestety, okazuje się. Szkoda, że muszę zmienić o Panu opinię.

Advertisements

37 thoughts on “Bronię matematyki w szkole

  1. Dlaczego zacytowałem zdanie Steinhausa? Z trzech powodów: 1. Bo chciałem podrażnić tzw. humanistów;
    2. Bo mam (pewno specyficzne, pewno pełne złośliwości – ale zawsze) poczucie humoru;
    3. Bo to z grubsza prawda: statystycznie rzecz biorąc, łatwiej matematyka nauczyć leczenia ludzi, niż lekarza – teorii przestrzeni Hilberta. Inna kwestia – po co to robić? Ale nie o tym rozmawiamy…
    Bo – wreszcie – jak słyszę „zawsze byłem tępy z matematyki”, to mnie ogarnia współczucie: biedaku, albo rzeczywiście debil z ciebie, albo miałeś okropnych nauczycieli. I znów, statystycznie (tak w mojej ocenie: 9 do 1) prawdziwa jest ta druga część zdania. A najgorszą rzeczą, jaką może zrobić zły nauczyciel matematyki, jest utrwalenie w kimś przekonania o jego tępocie właśnie (ucznia, nie nauczyciela – bo ten zazwyczaj tego nie widzi, albo nie chce się przyznać).

  2. W sposobie ocen narodów Dalekiego Wschodu beztroskie wyznanie : „zawsze byłem(łam) tępy(a) z matematyki” jest ekwiwalentne ze stwierdzeniem „jestem kretynem(ką)”.
    Pozdrawiam Gospodarza i przedpiśców.

  3. Słowo „filozofia” oznacza „umiłowanie mądrości”. Jeżeli prof. Majcherek nie lubi mądrości, to co z niego za filozof i w dodatku profesor? Tylko wstyd i obciach, że taki osobnik nazywa siebie filozofem. Teraz widać, komu faktycznie potrzebne są rożne sposoby manipulowania innymi – właśnie takim jak on. A potrzebne są po to, aby przekonać wątpiących o własnej, pożal się Boże, mądrości i nieomylności…

  4. Można wiedzieć na jakiej podstawie została postawiona teza jakoby przedstawiciele nauk przyrodniczo-technicznych byli podatniejsi na ideologizację? Drapie się po głowię i żaden sensowny argument mi do głowy nie przychodzi, natomiast kilka przeciw z łatwością mógłbym podać. Moim zdaniem jeżeli stawia się tak poważne oskarżenie to należałoby je udokumentować.

    Co do rzekomo lansowanej tezy o prymacie nauk ścisłych w rozwoju społecznym to mam całkowicie odwrotne wrażenie. Nie raz słyszałem znane osoby pokpiwające z matematyki, czy fizyki i chlubiące się tym, że ich edukacja na tym polu zakończyła się niedługo po tabliczce mnożenia. Wyobrażam co by się stało, gdyby ktoś publicznie stwierdził, że np. „Mickiewicz, a to ten od Potopu”, jaki lament i głosy oburzenia podniosły by się o szerzącym się analfabetyzmie w społeczeństwie. Natomiast stwierdzenie o braku znajomości podstawowych metod statystycznych (tak przecież koniecznych nawet w naukach społecznych), czy praw fizycznych jest kwitowane co najwyżej wzruszeniem ramion. Co więcej ilość publicystów wypowiadających się na przeróżne tematy – od taktyki działania sił specjalnych do oceny instrumentów finansowych – w mediach też chyba nie świadczy o ofensywie nauk ścisłych. Bo większość z tych wypowiedzi jest co najwyżej na poziomie właśnie publicystycznym.

    Natomiast źle by się stało, żeby popełniony artykuł przez Pana Majcherka zagłuszył dyskusję na temat kondycji polskiej szkoły i jakości oferowanego przez nią wykształcenia tak w zakresie nauk ścisłych jak i humanistycznych.

    1. No, można by podać chociażby taki argument, że ludzie w toku kształcenia przyrodniczego nie stykają się nigdy z problemami „humanistycznymi” i w związku z tym mogą nie być względem nich nastawieni krytycznie. W końcu rozwiązują zadania, a nie zastanawiają się nad meandrami demokracji. Nic niezwykłego, zwyczajny brak obycia. Oczywiście trzeba by to sprawdzić, ale teza nie wydaje się wcale pozbawiona podstaw.

      W przeciwieństwie do przytoczonej przez autora tego blogu tezy, że matematyk zrobi wszystko (sic!) lepiej, szybciej i zgrabniej. Może ktoś z szanownych piewców matematyki ma argumenty na poparcie tego twierdzenia? Jakieś badania? Hmmm? Inna rzecz, że oczywiście porządny matematyk samo twierdzenie sformułowałby lepiej, zgrabniej i precyzyjniej, bo w tej formie to jest jakiś nędzny dowcip. Szkoda tylko, że przytaczany w poważnym kontekście.

      Ach, i nadal nie widzę dla wykształcenia wielu inżynierów 6 godzin obowiązkowej matematyki dla wszystkich. Ciekawe czy na Zachodzie kształci się świetnych inżynierów właśnie dlatego, że wszystkie dzieciaki w wieku 17 lat potrafią rozwiązać każdą całkę. Jakoś mi się nie wydaje.

      1. W Polsce młodzież w wieku 17 lat ma problemy z rozwiązaniami równań kwadratowych. Całki poznaje się dopiero na studiach!

      2. @rafał a jakiś przykład? Zresztą czy nie jest tak, że większość problemów „humanistycznych” poznajemy nie przez naukę w szkole, ale przykłady w życiu?
        Mógłbyś dać jakiś przykład takiego „humanistycznego” problemu?
        Btw. ktoś kto zna matematykę na nawet dość niskim poziomie LO jest w stanie zrozumieć np. czym się różni metoda d’Hondta od metody Sainte-Laguë i dlaczego obie z nich są sprawiedliwsze niż okręgi jedno-mandatowe. A czy typowy „humanista” żyjący w myśl zasady, że nieumiejętność całkowania czyni go humanistą w ogóle zrozumie o co chodzi w tych metodach?
        Wstrętny ścisłowiec ma często też paskudny zwyczaj proszenia o pokazanie mu dowodów i nie wierzy w coś „na słowo”. Nie działają na nich też tak bardzo dowody „przez autorytet”.
        Myślenie krytyczne jest też jedną z podstaw nauk ścisłych.
        Zresztą wydaje mi się, że jakakolwiek dziedzina wiedzy, w której istnieją odmiany takie jak * marksistowska, * katolicka czy w ogólności * *ka nie zasługuje na nazwę Nauka. Fizyka jest taka sama dla ateistów i katolików, tak samo matematyka czy biologia, ale już np. w filozofii może być filozofia marksistowska i filozofia katolicka, a co najlepsze filozofia nie dostarcza środków do weryfikacji która z nich jest bliższa rzeczywistości.

      3. ad przemelek

        Dla podania przykładów problemów „humanistycznych” nie trzeba nawet wykraczać poza ten blog. Sugestia, że metody d’Hondta i Sainte-Laguë są „sprawiedliwsze” niż okręgi jednomandatowe jest właśnie rozstrzygnięciem pewnego złożonego problemu humanistycznego. Na dodatek dość arbitralnym (ja bym się na przykład nie zgodził). Inne przykłady można znaleźć w drugim komentarzu do tego wpisu (nieśmiertelne in vitro, aborcja, eugenika, ruch antyszczepionkowy itd. itp).

        Swoją drogą, typowy humanista nie będzie miał kłopotu ze zrozumieniem różnicy między różnymi metodami przydzielania głosów. Dzielenie przez dwa (albo nawet i przez 3) nie jest aż tak skomplikowaną czynnością, żeby nie mógł jej pojąć.

        Tak, humanistyka uczy analizować także zastane już problemy. Ale nie tylko stwierdza ich istnienie, lecz zmusza do zastanowienia się nad nimi oraz pokazuje w jaki sposób dany problem rozwiązywali inni. Osoba, która całe życie rozwiązywała całki, z braku zorganizowanej lektury bądź głębszego namysłu, może nie zauważyć, że na przykład przytaczany tu cytat (podobno z Lema):

        “Nie jestem w stanie pojąć, czemu na drogi publiczne nie wpuszcza się ludzi pozbawionych prawa jazdy, natomiast na półki księgarskie [tu: szpalty gazet] mogą się dostawać w dowolnej ilości książki [wypowiedzi] osób, pozbawionych przyzwoitości – że nawet nie wspomnę o wiedzy”

        jest

        1. bzdurą
        2. szkodliwą bzdurą

        Ale naprawdę nie chce jakoś specjalnie bronić tezy o większej podatności inżynierów na ideologię. Po prostu chciałem zwrócić uwagę, że jej fałszywość nie jest oczywista a priori (jak się tu wszystkim wydaje).

        Filozofia nie jest nauką (w sensie jaki nadałeś temu słowu). Istotnie nie osiągnięto w niej zgody co do praktycznie żadnych tez podstawowych. Jednak celem jej nauczania w szkole byłoby nauczenie krytycznego myślenia, a nie wpojenie młodym ogólnej teorii wszystkiego. Może równania trygonometryczne też uczą krytycznego myślenia. Moim jednak zdaniem filozofia (w zestawieniu z tą matematyką, której się uczy w liceum) czyniłaby to dużo lepiej.

      4. Tylko, że rozmawiać merytorycznie o etycznych aspektach metod in vitro, klonowania, aboracji to dobrze jest najpierw dowiedzieć się na czym polegają od właśnie „technicznej” strony. Inaczej to jest przerzucanie się ideologicznymi argumentami, które szybko przestają mieć jakikolwiek związek z dyskutowanym tematem.

        Kolejną przytoczoną bzdurą jest sugestia, że jak ktoś potrafi całkować, to jego lektury kończą się na podręcznikach topologii, teorii grafów, metod optymalizacji kombinatorycznej, czy co tam kogo jeszcze interesuje. Z własnego doświadczenia wiem, że osoby o „technicznym” wykształceniu dużo częściej sięgają po humanistyczną lekturę, niż dzieje się to w odwrotnym kierunku. I co więcej robią to z własnej ciekawości światem i chęci dalszego rozwijania się, a wszystko to w czasie wolnym.

        I tak, rozwiązywanie równań trygonometrycznych, geometria, nauka rachunku prawdopodobieństwa itd. uczą krytycznego myślenia, analizowania danych i wyciągania z nich wniosków, każą krytycznie spoglądać na użyte metody badawcze (szczególnie pomocne przy okazji czytania różnej maści rankingów, zestawień, czy badań serwowanych nam przez media).

    2. @rafał – nie zgodzę się z tym, że problem „sprawiedliwości” wyborów to problem „humanistyczny”. Każdy pojmuje pojęcie sprawiedliwości inaczej i nie ma jej ścisłej definicji, ale większość ludzi zgodzi się, że „sprawiedliwy” wybór w wyborach to taki, który powoduje, że reprezentacja poglądów w parlamencie jest jak najbardziej zbliżona do poglądów wśród ogółu obywateli. I tu wkraczają nauki ścisłe, które próbują zmierzyć i ustalać jak zapewnić by efekt wyborów odpowiadał najlepiej poglądom społeczeństwa. Stąd okręgi jednomandatowe są mniej sprawiedliwe bo promują pogląd w danym momencie najpopularniejszy, ale wcale nie musi to być pogląd reprezentujący większość, a jedynie największą mniejszość. To widać w wyborach do Senatu gdzie zawsze wygrywa największa partia, a wszystkie mniejsze są marginalizowane.
      Dyskusje o in vitro, aborcji, eugenice, ruchu antyszczepionkowym i podobnym mają jakaś wartość tylko wtedy gdy rozumie się ich aspekty „techniczne” choćby tylko po to by móc rozpoznać kiedy ktoś zaczyna mijać się z prawdą opowiadając o jakiejś sprawie.

      1. taak. A z drugiej strony bez wątpienia bardziej sprawiedliwy jest taki system, w którym głosuje się na osobę, a nie na listę, i do parlamentu nie dostają się osobniki z 1100 głosami poparcia, tylko dlatego, że znalazły się na odpowiedniej liście. Co premiuje okręgi jednomandatowe nad systemem obecnym. No i teraz bądź tu mądry człowieku, i powiedz, co jest bardziej sprawiedliwe.

        Nie wątpię, że Wy, szanowni matematycy potraficie ułożyć na to równanie i je rozwiązać. Powodzenia!!!

        A co do aborcji i reszty podobnych to, jasne, trzeba naturalnie rozumieć pewne aspekty techniczne. Ale tylko w ogólnym zarysie (kogo obchodzi jak dokładnie działają szczepionki? czy zarodki mrozimy w temperaturze -100 czy – 200 stopni?), co więcej, choć jest to niezbędne, to zdecydowanie nie jest to główna część problemu.

        Spór o tego typu problemy ma bowiem wyraźnie ideologiczne (a nie przyrodnicze) oblicze, i wysuwane argumenty są też takiego rodzaju. Najczęściej są oczywiście żenujące, jak na przykład slogan powstały po ewidentnie głębokich przemyśleniach: „Jesteś przeciw aborcji? To jej sobie nie rób!”

        PS
        A może szanowny autor tego blogu wreszcie by raczył mi wyjaśnić, dlaczego cytuje tę durnowatą wypowiedź, o matematykach, którzy niby WSZYSTKO potrafią zrobić lepiej niż inni?

      2. @rafał – nie jestem do końca przekonany co do tego, że głosowanie na człowieka jest lepsze od głosowania na człowieka na liście. Ja głosuję na partie, bo tylko partia ma szanse coś zmienić, nie pojedynczy poseł.
        System jednomandatowy promuje silne partie i przez to wystarczy minimalnie większe poparcie by zwyciężyć znacznie w wyborach, a to już jest niesprawiedliwe.

        Każdego powinno obchodzić jak działają szczepionki, bo tylko wtedy możesz się kompetentnie wypowiadać w ich sprawie. Co do zamrażania zarodków ważne jest byś wiedział, że z zamrożonych zarodków rodzą się zdrowsze dzieci. I są to ważne części problemu, bo tylko tak można oceniać argumenty w stylu „in vitro odbiera godność”. Bo znając przebieg procedury można zacząć się zastanawiać gdzie ta godność ma być niby odbierana.

        Ideologia wpływała i wpływa na naukę w każdej wersji – religijnej, marksistowskiej, faszystowskiej czy jeszcze innej. Każdy totalitaryzm próbuje wymusić na nauce uznanie swoich racji. A nauka ma ten niemiły zwyczaj, że za obowiązujące uznaje tylko teorie, które działają i w chwili obecnej są najlepsze w wytłumaczeniu danego problemu. Ideologiczna ocena jest od początku do końca stronnicza, a nie obiektywna. Jest też bardzo podatna na manipulację, bo wystarczy lekko nagiąć znaczenie danego słowa i ideologiczna argumentacja oznacza już coś innego niż znaczyła chwilę wcześniej.
        Ten slogan z aborcją wynika z czegoś głębszego, „obrońcy życia poczętego” twierdzą, że komórka jajowa po połączeniu z plemnikiem jest już człowiekiem, zwolennicy prawa do wyboru myślą znów tak, że nie można jednej czy nawet paru komórek uznać za człowieka bo w takim przypadku hodowana na pożywce ludzka skóra czy inne tkanki też musiałyby mieć status człowieka i starają się znaleźć inną definicję człowieczeństwa. Stąd np. ruch przyznawania praw człowiekowatym. który opiera się na założeniu, że człowieczeństwo to nie tylko kwestia biologi i posiadania danego zestawu genów [w końcu nawet z nasturcją mamy chyba około 50% wspólnych genów], a raczej kultury i świadomości.

  5. Ton pańskiego wpisu pełen „półgłówków” i „bałwanów” najwidoczniej pokazuje, że Janusz Majcherek podniósł poważny problem, choć być może – nie słyszałem jego wypowiedzi – nie wyraził go w sposób precyzyjny. Problem ten to pewna namolnie lansowana narracja, która powiada, że przyszłością nie tylko nauki, lecz także rozwoju społecznego jest specjalizacja w kierunku nauk ścisłych. Jest ona przejawem pewnej ogólniejszej tendencji wśród przedstawicieli nauk ścisłych, swoistej pogardy wobec humanistyki. Choć nie uważam, że wybitne umysły ścisłe są z zasady podatne na ideologizację, to zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że wybitni wyspecjalizowani ścisłowcy z mierną wiedzą ogólnohumanistyczną są rzeczywiście łatwym celem zakusów ideologicznych. Pokazuje to nie tylko przykład wielu wybitnych naukowców, którzy służyli ideologiom zbrodniczym, bynajmniej nie z powodów koniunkturalnych, lecz także łatwość przyjmowania pewnych powszechnych dogmatów współczesności. Często tacy ludzie cierpią na zwyczajną ślepotę polityczną i społeczną (np. Popper stworzył bardzo marną filozofię społeczną, broniąc się przed ideologiami sam popadł w silną ideologizację, całe szczęście jedynie liberalną). Sam widzę, że poziom absolwentów liceów jest coraz niższy i to pod każdym względem. Nie jestem więc przeciwnikiem wyrzucania nauk ścisłych z programu edukacji (wręcz przeciwnie) i nie sądzę, aby wielu humanistów rzeczywiście tego chciało.

Możliwość komentowania jest wyłączona.