Znowu Pitagoras

Matematyk przy pracyZnów wyrównuję zaległości (dla porządku). Kilka odcinków „Pitagorasa” zatem jednocześnie. Przyznam, że ten „projekt” (nie cierpię tego słowa, żywcem zapożyczonego z angielszczyzny, dlatego biorę je w autoironiczny cudzysłów) wydaje mi się w mojej działce blogowej subiektywnie najważniejszy – i to niezależnie od tego, że widownia kolejnych odcinków gromadzi maksimum kilkaset osób; to i tak ogromnie wiele. Kiedyś mnie samego zachęciło do studiowania matematyki kilka zaledwie książek – też nie sądzę, by przesadnie powszechnie wówczas czytanych. I wprawdzie sam nie wniosłem do matematyki jako nauki praktycznie nic nowego, ale parę osób czegoś chyba nauczyłem – a może zachęcę jeszcze kogoś do jej poznania; to już byłby sukces. Nie wiem zresztą, czy PT Czytelnicy ze mną się zgodzą, ale uważam, że nie ma większego sukcesu niż wychowanie kogoś lepszego od siebie. Może nawet nie wychowanie – to wielkie słowo – ale  danie człowiekowi swoistegto „kopa na rozpęd”. Kilka razy w życiu udało mi się tego dokonać bezpośrednio, w tym i w trudnej dziedzinie matematyki; jestem z tego wielce dumny i pozdrawiam serdecznie wszystkich moich dawnych studentów, którzy dziś są profesorami, doktorami i tak dalej. Może więc i to gadanie kogoś do czegoś sensownego zachęci; bo Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz – to kiedy?

Na rozgrzewkę – jedenz obrazków pt. matematyk przy ciężkiej pracy.

Swoją drogą – produkuję te filmiki jak Metro Goldwyn Meyer…

Odcinek XVII: czego nadal nie wiemy?

Odcinek XVIII: świat w czterech kolorach

Odcinek XIX: kłopoty z funkcjami

Odcinek XX: i jeszcze raz o funkcjach

Advertisements

11 thoughts on “Znowu Pitagoras

  1. Dość duża dawka nauki na raz, jak na upalny, lipcowy dzień, ale wytrzymałem. Mój mózg też.

  2. Problemu z kolorami chyba nie zrozumiałem. A będąc w pracy nie mogę się niestety zabrać w tej chwili za kolorowanie map, ale jeśli weźmiemy naszych sąsiadów po kolei:
    rosja, litwa, białoruś, ukraina, słowacja, czechy, niemcy, szwecja (?)
    i do kompletu sąsiadów ukrainy:
    rosja, (gruzja, turcja, bułgaria), rumunia, mołdawia, węgry, słowacja, polska
    (w nawiasach kraje oddzielone morzem nie wiem czy się liczą)

    i jeśli przyjąć, że nie jest to najbardziej skomplikowany politycznie skrawek świata to rosną obawy, że tych 4rech kolorów zabraknie.

    No to źle zrozumiałem, jeśli jednak się da?

      1. Wszystko zależy od tego jak spojrzeć na problem. Zakładam, że te 4ry kolory mają wystarczyć do pomalowania _każdej_ mapy politycznej, a nie obecnej.
        Mapa polityczna świata nie jest może czymś co się bardzo dynamicznie zmienia, ale jednak się zmienia. Okolice .pl, ale także fragmenty afryki środkowej (Burundi i ferajna), i pewnie wiele innych w stanie obecnym daje radę (choć robi się mało czytelnie), ale niewiele brakuje. Nie byłbym wobec tego aż tak kategoryczny w osądach.

    1. Zawsze (ale to zawsze, bez żadnych wyjątków) wystarczą cztery barwy. Morze traktuje się jako oddzielny kraj (oznacza to, że dwa różne morza nie muszą być na naszej „mapie” tego samego koloru). „Państwa” – czy raczej oddzielne obszary – muszą być pokolorowane inaczej, gdy mają wspólny brzeg (czyli „granicę”), ale nie pojedynczy punkt.

      1. Proszę tylko zwrócić uwagę, że np. „Rosje” na świecie są dwie – choć to jeden kraj ergo jeden kolor. Tu sprawdziłem, nie likwiduje to rozwiązania, ale nie byłbym tak bardzo kategorycznym co do zawsze i wszędzie.

        Oczywiście, jeśli sprowadzimy problem do oddzielnych obszarów, czyli pozwolimy aby jeśli to będzie konieczne „obie Rosje” były innych kolorów to wtedy już zawsze i wszędzie tylko … to już nie będzie mapa polityczna świata, a jedynie kolorowanka – problem „kolorowania mapy” będzie nie rozwiązany.

        Przy czym wierzę, że obecnie istniejącą mapę da się tak pomalować, choć jak wspomniałem nie jest to rozwiązanie które da się zastosować w praktyce gdyż jest dość nieczytelne.

        1. Proponuję zajrzeć do Wikipedii do odpowiedniego artykułu i zakończmy temat czterech barw. Sugeruję staranie się zrozumienia o co naprawdę chodzi w problemie; to wymaga wprawdzie pewnego wysiłku i dobrej woli, ale się per saldo opłaca.

  3. Przyznam że też nie należę do najwierniejszych widzów „Nowych Śladów Pitagorasa”. Zwyczajnie mało mam czasu na oglądanie filmów w sieci, dlatego nie każdy odcinek obejrzałem. Mimo iż gawędy są ciekawe, wolałbym je… przeczytać. Byłoby szybciej. Wiem że to profanacja całej pracy włożonej w obraz i dźwięk, ale cóż poradzę?

    1. Myślę, że będzie i ta forma (bo się to zbiera przecież, a chyba jasna, że najpierw piszę – potem gadam; a i rysunki muszę porobić proste…). Tymczasem jest tego koło 30 stron, czyli – mało.

  4. W sprawie „gawędy” z hipotezą Goldbacha.
    Niemiło w ustach matematyka brzmią słowa o tym, że amatorzy nie mają szans(niedokładne przytoczenie sformułowania).

    Moim zdaniem matematyka ma tą „przewagę” np. nad naukami z kręgu współczesnej humanistyki, że osiągane rezultaty są łatwe do wymienienia, pomiędzy naukowcami, a ich waga jest (zwykle) w miarę łatwa do zweryfikowania.

    W jakim wieku byli np.Abel i Galois w momencie swoich największych odkryć?
    Mieli chociażby skończone studia matematyczne?

    Idąc tropem jaki Pan sugeruje, Hardy nigdy nie sprowadziłby Ramanujana do Anglii i świat matematyczny byłby uboższy.

    A słyszał Pan, że John Nash miał zwyczaj na kolokwiach dawać studentom wśrod zwykłych zadań nierowiązane problemy, co argumentował tym, że ktoś nie wiedząc, że problem jest aż tak trudny nie ma żadnej blokady, ani kompleksów i wg Nash’a istniała szansa na jakieś szczęśliwe jego rozwiązanie?

    Jako matematyk musi Pan wiedzieć ile wyników w historii dokonało się przypadkiem albo w chwili krótkiego „przebłysku”.
    Czasem nawet „amatorom” się udawało coś czego nie mogli dokonać „profesjonaliści” – więc jak pisałem na początku jakoś „niezbyt dobrze” słucha się tych słów.

    1. Abel, Galois, Ramanujan itp. nie byli amatorami. Podobnie Banach, który nigdy nie ukończył żadnych studiów. Byli to zawodowcy, chociaż młodzi (twórcza matematyka jest z reguły domeną ludzi młodych i bardzo młodych). Nie chodzi o odbyte studia i posiadane stopnie czy tytuły; amatorem nazywam kogoś, kto nie odróżnia całki od różniczki, a bierze się za hipotezę Goldbacha albo Riemanna. Czyli niedouczonego maniaka. Może nawet sympatycznego, ale po prostu nieuka. Studenci Nasha z pewnością nie byli nigdy nieukami…

Możliwość komentowania jest wyłączona.