Celebryci, czyli świat idiocieje; nie bez wpływu techniki, niestety

Właściwie nie zamierzałem wypowiadać się na ten temat. Raz, że tak wielu o tym pisze; nie lubię tłoku. Dwa, napełnia mnie on po prostu obrzydzeniem: zajmowanie się ludźmi znanymi dlatego, że są znani – jest właściwie znacznie poniżej poziomu, który mnie choć odrobinę interesuje. Ale – jak powiada Poeta – pospolitość skrzeczy (tak właśnie, wy niedouczone bałwany, brzmi oryginalny cytat z Wyspiańskiego – nie rzeczywistość skrzeczy, jak zazwyczaj udając erudytów piszecie; do sprawdzenia: Wesele, Poeta do Gospodarza; akt I, scena 24). Sprawa staje się bowiem, moim zdaniem, pomału poważna. Specjalnie w kontekście przygotowywania ustawy medialnej i uruchomionej tym procesem dyskusji nad mediami „w ogóle”.

Jeśli jednak myślicie, że mam zamiar przejechać się wzgardliwie po indywiduach typu Joli R. wraz z jej różowym konikiem, Gracjana R. z jego koszmarnymi skarpetkami do sandałów i kretyńską grzywką, czy tego dziwnego faceta, który osiągnął niejaką (znaczną!) popularność w Sieci łażąc po własnym domu z kamerką uwieszoną u portek i nagrywając bez sensu byle jak byle jaki obrazek z towarzyszącym mu kompletnie chaotycznym dźwiękiem, następnie zaś pakując całość bez zmian do Internetu – otóż, jeśli tak myślicie, toście w błędzie.

Po pierwsze, Jola R., Gracjan R. oraz ów dziwny facio wcale nie muszą być kompletnymi debilami z IQ na poziomie – góra! – 60, choć jest to wysoce prawdopodobne. Być może, nie są to karykatury człowieka, wykreowane przez lekko zdegenerowanych PR-owców. Być może, są to, przeciwnie, ludzie bardzo inteligentni, którzy doskonale zrozumieli właśnie ową skrzeczącą pospolitość i jej wymogi – i robią to, co robią, z pełną premedytacją. Być może, kreują swój wizerunek całkowicie świadomie – wiedząc, iż to właśnie się sprzedaje. Nie sądzę, by tak było – raczej skłaniam się ku mniemaniu, iż są to w najlepszym wypadku dwunogie zwierzęta, ale  z nadzwyczajnym – i całkowicie aintelektualnym, w dodatku zewnętrznie wzmacnianym i pobudzanym – instynktem przystosowawczym.

Może jest tak, może inaczej;  nie ma to żadnego znaczenia. Istotne jest bowiem co innego: to mianowicie, że ludzie to „kupują”. Dlaczego?

Przypominają mi się sceny z dzieciństwa. W owych cudownych „zielonych latach” mieszkałem, wyobraźcie sobie, bardzo niedaleko od sławnego, wielkiego i świetnego… szpitala psychiatrycznego. Ponieważ teren tego szpitala był otwarty – a na dodatek ślicznie zalesiony, z sympatyczną rzeczką płynącą przez sam jego środek, jakimiś stawami, uroczym kościółkiem – więc radością było tam pospacerować, czy odbyć jakieś pierwsze randki. No i można tam było spotkać ludzi bardzo rozmaitych. Niektórzy pacjenci przebywali naturalnie w pawilonach zamkniętych; ale nie wszyscy, pacjenci łagodni i niegroźni dla otoczenia mieli masę swobody. Po pięknych alejkach snuły się zatem postaci przedziwne: pamiętam na przykład pana, który usiłował każdemu mierzyć czaszkę w paru miejscach, bowiem był przekonany, iż w ten sposób udowodni, że wszyscy w Polsce wywodzą się od Celtów; pamiętam innego, który twierdził, iż język niemiecki jest w gruncie rzeczy zapomnianym językiem dawnych Słowian i miał na to liczne, kompletnie bezsensowne argumenty; jeszcze innego, którego radość życia sprowadzała się do nieustannego toczenia żelaznego kółka za pomocą kawałka zgiętego drutu…

Sporo tam snuło się ludzi cofniętych w rozwoju lub wręcz niedorozwiniętych. Z charakterystycznym bezradnym uśmiechem na zniekształconej twarzy coś tam sobie bełkotali pod nosem…

Wszyscy byli w gruncie rzeczy bardzo sympatyczni, w odróżnieniu od dzisiejszych celebroidiotów, którzy nie są nawet zabawni, a już na pewno nie sympatyczni; raczej odrażający. Tamtych lubiłem.  Nic mi nie przeszkadzali. Ale powiem wam, że byłem w tym względzie niestety członkiem bardzo nielicznej mniejszości. Okoliczna ludność na ogół tych upośledzonych ludzi nienawidziła, szydziła z nich, wyśmiewała. Czasami obrzucano ich kamieniami. Ale zawsze co najmniej bardzo się nimi interesowano. Wzbudzali jakąś niezdrową i niegodną – zdaniem naszego szkolnego katechety, wyjątkowo rozsądnego jak na swoją profesję człowieka, ciekawość. Opowiadano o nich sobie. „Ale wariata widziałem, musisz go też zobaczyć, same jaja”; ileż razy to słyszałem…

Otóż – wracając do tematu, od którego zaczęliśmy – myślę, że mechanizm zainteresowania Jolą R., „Grackiem”, czy owym facetem od idiotycznego filmowania – jest dokładnie taki sam, jak mechanizm opisany wyżej. Chodzi o to, że obserwując człowieka jawnie upośledzonego prostak i prymityw czują swoją wyższość; więc czuje się lepiej. I chce się tym dobrym samopoczuciem podzielić z otoczeniem. Przed laty – mógł o tym co najwyżej opowiedzieć w szkole kumplom od piłki; dziś ma do dyspozycji internet….

Promowanie w Sieci – czy telewizji, niestety – „różowego konika” i jego właścicielki, czy też idiotycznych skarpetek i majtek „Gracka”, to dokładnie to samo, co rechotliwe nabijanie się z bełkocącego upośledzonego chłopaka, toczącego swoje metalowe kółko. Działanie – żeby zacytować księdza Franciszka – niezdrowe i niegodne. Wstrętne i prostackie.

I jeżeli to robi indywiduum o cechach kibola – jestem rzecz w stanie zrozumieć. Nie zaakceptować, oczywiście – ale właśnie zrozumieć. Kibol to zwierzę; czego odeń wymagać?

Natomiast jeśli zainteresowanie tematem tworzy i buduje świadomie ktoś, kto ośmiela się nazywać siebie dziennikarzem albo „organizatorem mediów”, myśląc z całkowitym wyrachowaniem  jedynie o tym, by owi mentalni kibole zasiadali przed ekranem telewizora jak najliczniej, by podnosili statystyki oglądalności, by można im było za pomocą odpowiednio ulokowanej reklamy sprzedać kolejną furę albo komórę – o, to już jest inne zjawisko. Nie chcę go nazywać. Powiem tylko, że z bandytami niezbyt lubię się zadawać.

I nie wiem czemu przyszło mi do głowy w tym momencie takie spostrzeżenie: w ostatnich dziesięcioleciach przeciętne trwanie życia ludzkiego uległo znacznemu wydłużeniu; niegdyś czterdziestolatek był na pograniczu starości, dziś nierzadko dożywamy setki; wydawałoby się, że ludzie dojrzali i nawet wręcz starzy stanowią większość. W każdym razie odsetek ich w społeczeństwie wyraźnie wzrósł, to oczywiste; dlaczego więc rola społeczna tych ludzi  tak zmalała? Dlaczego dla reklamodawcy najważniejszy jest „target” 15-24, czyli  niezrównoważony idiota z rozbuchanym systemem hormonalnym? Dlaczego wreszcie my – ludzie dorośli czy wręcz sędziwi – daliśmy się tak zrobić w bambuko?

I czy to rzeczywiście jest tylko jakieś skojarzenie ni-stąd-ni-zowąd, czy też ów fakt ma jednak jakiś związek z Jolą R., jej konikiem, „Grackiem: i tym idiotą z dyndającą u portek kamerą?

Hę?

Co Państwo o tym myślą?

Advertisements

12 thoughts on “Celebryci, czyli świat idiocieje; nie bez wpływu techniki, niestety

  1. Gracjan zachowuje się racjonalnie, skoro ma „klikalność”. Mnie nawet już nie śmieszy, a jedynie irytuje.

Możliwość komentowania jest wyłączona.