Spóźnione odkrycie genialności

Obejrzałem – ze wstydem przyznaję: po raz pierwszy – genialny film Bagińskiego „Katedra”. Zrobił na mnie kolosalne wrażenie i nie mam zamiaru tłumaczyć emocji na słowa, nie powiem zatem dlaczego. Zapraszam: przeżyjcie to i Wy. Po prostu padłem. Dostęp do filmu na następnej stronie

Advertisements

10 myśli na temat “Spóźnione odkrycie genialności

  1. @ miskidomleka. Niestety, wariat ma rację. Z punktu widzenia artysty nie ma znaczenia poprawność fizyczna, zgodność z rzeczywistością itp. pierdoły. Artysta nie odtwarza świata, artysta tworzy go na nowo, i to jest jego własny świat. Jeśli w nim drzewa rosną korzeniami do góry – to wyłącznie jego sprawa; można najwyżej nie oglądać. Nie ma takich ludzi, jakimi ich malował Picasso. Nie istnieje kolorystyka van Gogha, ani świat Chagalla. Czyżbyśmy tylko mieli akceptować kicze Styki i Matejki (który, nawiasem mówiąc, wyprawia z perspektywą rzeczy dość straszne)? Wiele lat temu w jednym z wydziałów KC PZPR (wówczas władza – najczęściej, jak to prostacy, głupio – jednak trochę zajmowała się sztuką…) zrobiono sąd nad wielkim grafikiem H. Tomaszewskim. Zarzucano mu, że maluje trawę na czerwono, a niebo na zielono, „a przecież nic takiego nie ma”. Tomaszewski odpowiedział towarzyszom anegdotą o przedwojennym żydowskim krawcu Srulu z Nalewek, który był niedzielnym malarzem-amatorem i któremu jego żona Sara postawiła podobne zarzuty. Srul popatrzył na nią z niesmakiem i odparł: wiesz, Sara, ty mnie w dupę pocałuj.
    I to jest jedyna słuszna odpowiedź artysty na krytykę, dotyczącą naruszania praw fizyki, niezgodności z rzeczywistością i tak dalej.
    A inne zarzuty – ha, kompozytor muzyki nie jest Bachem, to pewne. Czy w związku z tym należy go eksterminować?
    Dwa słowa w sprawie odbioru „Katedry”, bo może to wyjaśni moje stanowisko. Otóż rozumiem ten film jako alegorię tworzenia przez człowieka pojęcia Boga, którego utożsamia tu katedra, istniejąca faktycznie przecież tylko w wyobraźni bohatera – bo naprawdę jest to tylko ciemny las. I gdy pojawia się światło – w moim odbiorze, symbolizujące wiedzę – katedra ginie, jej boska interpretacja się unieważnia; ginie zresztą też człowiek-wyznawca, który okazuje się również częścią Przyrody. A że ta Przyroda rządzi się prawami innymi, niż uczą w szkole – a cóż to ma za znaczenie! Przeciwnie, nadaje to opowieści wymiar uniwersalny – i w tym sensie jest artystycznie niezbędne.

    1. Ależ zupełnie się nie rozumiemy. Całkowicie akceptuję prawo artysty do nieskrępowanej twórczości, do łamania konwencji, do widzenia świata we własny, nietypowy sposób. Tyle, że dobry artysta wie co robi, łamie konwencje świadomie i wyraźnie. Zegar Dalego nie jest krzywo narysowany, jest z premedytacją krzywy itd. Picasso umiał malować, wbrew temu, co się wielu wydaje.

      Te drobne niedociągnięcia Bagińskiego nie wyglądają na łamanie konwencji będące manifestem. Nie czepiam się nierealistycznego wyrastania pędów z człowieka, czy ruszających się głów wplecionych w katedrę. Te rzeczy są częścią wizji artsty. Ale film jest w gruncie rzeczy bardzo realistyczny i konserwatywny wizualnie (planety nie są pogięte, perspektywa jest zachowana, światło ma naturalny kolor, itd) – i wśród tego realizmu niedociągnięcia, o których napisałem, są właśnie taką marną perspektywą a’la Matejko (o której chyba lubił mówić Młodożeniec, tak przynajmniej piszą w biografii Lutosławskiego).

      1. Jeszcze dwa słowa:

        Jak na mój gust, ten film jest zbyt realistyczny i konwencjonalny estetycznie, rzecz dziwna zważywszy swobodę, jaką daje animacja komputerowa.

        A co do muzyki, to po pierwsze proszę mi nie imputować domagania się eksterminacji, bo to nie jest śmieszne. Wypraszam sobie.
        Po drugie, nie chodzi o Bacha. Chodzi o to, że muzyka też jest banalna, zgrana, jest kalką z muzyki filmów hollywoodzkich.

        I wizualnie, i muzycznie, po małej artystycznej formie zrobionej niezależnie taką techniką oczekuję czegoś świeżego, a nie zgranych klimatów hollywoodzkich. Błędy to tylko gwoździe do trumny.

  2. Wczoraj dotarł do mnie „Lód”. Zważywszy objętość i brak czasu, skończę pewnie za jakieś dwa lata 🙂

    A zachwytów nad „Katedrą” nigdy nie rozumiałem. Moim zdaniem pomysł niespecjalnie świeży, estetyka raczej banalna, muzyka nawet bardzo banalna (i zrealizowana słabymi brzmieniami, smyczki brzmią okropnie).

    Szczególnie jednak dziwią mnie błędy i niekonsekwencje, których nie spodziewałbym się po filmiku z definicji wycyzelowanym.

    Dlaczego w okolicach 1:28-1:33 bohater oglądając wnętrze katedry trzyma źródło światła przed oczami – przecież kompletnie by go oślepiało?

    Dlaczego w pewnym momencie gwiazdy zaczynają wyglądać jak kreski, jak zdjęciach z długim czasem naświetlania (4:33-4:35).

    I wreszcie błąd fizyczno-astronomiczny. Z filmu wynika, że mamy do czynienia z układem trzech ciał – 1. to, na którym stoi katedra, 2. białe słońce, 3. czarno-czerwone coś dużego. I że film dzieje się w czasie zaćmienia 2 przez 3. Z większości ujęć wynika, że ruch 1 względem na 2 jest pomijalny (w skali czasowej filmu), że efekty świetlne wynikają wyłącznie z ruchu 3. Dlaczego więc w 4:50 i 4:57 cienie/smugi światła rzucane przez słupy katedry poruszają się względem katedry, jakby 2 poruszało się bardzo szybko względem 1?

    1. I w ten właśnie sposób nauka czasem próbuje niszczyć sztukę … skutek na szczęśćie jest jeszcze bardziej opłakany niż kiedy za niszczenie biorą się prawo i ekonomia.

      1. E tam niszczyć. Bajdurzysz. Czy film by ucierpiał artystycznie, gdyby nie zrobiono w nim tych knotów? Czy były one do czegokolwiek potrzebne?

  3. Polecam twórczość Jacka Dukaja, którego opowiadanie było inspiracją dla tego filmu. Czasami trudna, ale rewelacyjna.

    1. Bardzo go lubię i cenię. „Lód” – pycha, tak w sensie pomysłu, jak i formalnie. Troszkę mnie wprawdzie raziła niesłychanie konsekwentna stylizacja, ale w końcu bardzo tę książkę polubiłem.

Możliwość komentowania jest wyłączona.