Bandytkowo

To jest właśnie Cayenne
To jest właśnie Cayenne

Zaczyna mnie mierzić i nudzić to nasze życie polityczne i jego medialne odbicie. Wobec tego – niewielka  zmiana tematyki; niewielka, bowiem nadal w tle przecież będzie siedziała polityka, transformacja ustrojowa i różne takie: znajdziecie tu teraz pewną liczbę obserwacji obyczajowych. Opiszę fakty i wydarzenia, które mnie bawią lub zaskakują, czasem jednocześnie; mam nadzieję, że Szanowni Czytelnicy tę zmienioną poetykę wypowiedzi raczą zaakceptować.

Zaczynam od Bandytkowa. Zaprzyjaźnieni ze mną moi okoliczni menele (jesteśmy w świetnych stosunkach, bo kilka razy dołożyłem się im do piwka, a i sam chyba z raz nie odmówiłem szybkiej sety pod trzepakiem…) nazywają tak stojący w pobliżu wykwintny apartamentowiec. Nazwa jest odrobinkę nieadekwatna, bowiem wśród lokatorów owego apartamentowca jest mnóstwo autentycznych dżentelmenów, poruszających się zaszoferowanymi limuzynami z tabliczką CD; ale nie taka zupełnie jednak nieuzasadniona.

Kiedy Bandytkowo było jeszcze in statu nascendi – widziałem którejś zimy taką scenę. Podjechał pod budowę piękny Merc, z którego wysiadła para, wyraźnie zainteresowana lokalizacją. On – łysy, byczy kark ze złotym łańcuchem, bicepsy rozrywające marynarkę i wykwintny płaszcz; ona, ze dwadzieścia lat młodsza od partnera – rozpięte futro niebywałej urody (nie mam pojęcia, z jakich zwierzątek – ale na oko warte tyle co ów Merc…), pod spodem – dress Adidasa do niebotycznie wysokich szpilek. Popatrzyli chwilę ku niebu, gdzie widniał reklamujący budynek transparent, i ona wydała z siebie tekst taki oto:

Jurek, ku…, popatrz no się: klimę dają w pakiecie! Ku…, bierzem!

A powstawanie Bandytkowa też było śliczne. Jak pierwszy raz zobaczyłem organizację pracy – oniemiałem z podziwu.  Robota się paliła, wszystko powstające było śliczne: ściany, basen, siłownia, wewnętrzny bar. Od robotników aż się roiło. Kaski żółte, niebieskie, białe… Kombinezony czyściutkie, chyba prane codziennie. I widzę – siedzi na składanym krzesełku taki w białym kasku z laptopem na kolanach i ryczy:

– Co jest, ku…! Osiem minut opóźnienia do harmonogramu! Z pracy was wyje…!

No, no – pomyślałem – XXI wiek, kapitalizm…

Tak było przez dwa miesiące. A potem budowa stanęła na wiele tygodni. Kaski zniknęły, ten z laptopem też już się przestał pokazywać. Moi menele poinformowali mnie, że nie było chętnych na monstrualnie drogie mieszkania. Pojawili się nowi robotnicy, chyba ukraińscy. W pobliskim sklepiku kupowali piwo i wódę skrzynkami. Pojawiły się też zacieki na ślicznych murach i krzywe balkony, które po pewnym czasie zaczęto prostować.

Teraz Bandytkowo jest już normalne. Działa.

Bardzo niedawno idę obok na spacer z moim przyjacielem Kapslem, czyli Pitusiem (wyjaśniam: piesek marki ratlerek, najsympatyczniejsze i najinteligentniejsze stworzenie świata). W sporym pędzie mijają mnie dwie niezłe bryki: odkryte Audi i jakieś Porsche Cayenne. Ostro hamują przed Bandytkowem. W pierwszym – efektowna blondyna, lat ze 30. W drugim dama nieco starsza, taka „rycząca czterdziestka”; też wyfiokowana należycie. Ta z Porsche odkręca szybkę i mówi:

– Wiesz, Helka, Heńka z Ziutą widziałam!

– Nie – mówi Audi – ku…, nie może być, przysięgnij się!

– No, jak Boga kocham, ch… mnie w d…! – odpowiada Porsche.

Trochę się chyba zacząłem śmiać. Przechodzący akurat obok menel – pan Zdzichu – zauważa filozoficznie:

– Co pan się śmieje, redaktorze? Arystokratek pan, ku…, nie widziałeś?

No i tyle na dziś o Bandytkowie. Ciąg dalszy nastąpi.

Advertisements

2 myśli na temat “Bandytkowo

Możliwość komentowania jest wyłączona.