Nieznajoma

Zdarzyło mi się coś w dzisiejszej rzeczywistości dość niezwykłego i sympatycznego; a także – uprzedzę wydarzenia – krzepiącego. Muszę wam o tym opowiedzieć. Wracałem otóż do domu wczesnowieczornym kursem autobusu 116, do którego przed Uniwersytetem wsiadły dwie panny; w tłoku ustawiły się akurat nade mną. Obie wyglądały miło – z tym, że jedna była skończoną absolutną pięknością. Drobna, delikatna, z pięknymi rasowymi rękami o kształtnych długich palcach; oko duże, wyraziste, piękne. Cudowne naturalne ciemnoblond włosy. Szczuplutka sportowa sylwetka, bardzo w typie Audrey Hepburn i nic z Dody, jeśli rozumiecie co mam na myśli. Skromniutko – wręcz ubogo – ubrana, żadnej biżuterii, żadnej agresji wizualnej. Słowem – sam wdzięk i bezpretensjonalność. Założyłbym się, że pochodzi z rodziny, w której od paru pokoleń zawsze ktoś miał doktorat.

No i owa panna była uosobieniem rozpaczy i zmartwienia. Łzy miała tuż pod powiekami, powstrzymywała je z najwyższym wysiłkiem. Powtarzała do siebie co ja zrobiłam, co ja zrobiłam… Ta druga bardzo sympatycznie ją pocieszała; przekonywała, że nic się takiego nie stało; wyraźnie coś – nie miałem oczywiście pojęcia, co – bagatelizowała…

Śledziłem tę scenę z rosnącym zainteresowaniem i współczuciem. Po paru minutach zdecydowałem się wtrącić. Powiedziałem dziewczynie, że powinna pojąć, iż jest w ogóle bardzo niewiele wydarzeń w życiu wartych takiego przejęcia i że powinna sytuację zrelatywizować: przecież ona jutro rano zobaczy w lustrze śliczną dziewczynę, ja – niezbyt ciekawego zmęczonego starszego pana; czyż nie jest to dobry powód, żeby się przestać zamartwiać?

Uśmiechnęła się bardzo leciutko, więc kontynuowałem. Powiedziałem, że jeżeli w rachubę wchodzi jakiś konflikt męsko-damski, tedy – jeśli rzuciła właśnie chłopaka, to zrobiła z pewnością arcysłusznie, jeśli zaś on ją rzucił, to jest głupi. Uśmiechnęła się szerzej i zaprzeczyła – nic z tych rzeczy, proszę pana…

Rozmowa się rozwinęła. Jakoś udało mi się ją dalej rozbawić; nawet mi za to podziękowała. „Kupowała” moje – celowo leciutko niemoralne – kpinki z rozmaitych sytuacji życiowych z ogromnym wdziękiem; uspokajała się z każdą minutą. O to właśnie chodziło. Wreszcie autobus zbliżył się do mojego przystanku. Widząc, że szykuję się do wysiadania, powiedziała:

– Muszę panu wyjaśnić, o co chodzi. Otóż spieszyłam się i wsiadłam dziś do tramwaju bez biletu. Pierwszy raz w życiu. No i złapał mnie „kanar”…

Roześmiałem się.

– Dziecinko – powiedziałem – no i co z tego? Zdarza się; cóż za powód do rozpaczy? Nie tylko takie – niemiłe, przyznaję – sytuacje zdarzają się człowiekowi po raz pierwszy w życiu…

– Kiedy – znów jej się zakręciły łzy w oczach – widzi pan, ja jestem studentką prawa, i to jest kwestia zasad: złamałam prawo! I ja mam być prawniczką! To jest nie do wybaczenia!

Zatkało mnie.

– Droga pani – powiedziałem z pełnym przekonaniem  – jedno pani gwarantuję: będzie pani prawniczką wspaniałą. Gdybym miał kiedyś, nie daj boże, szukać pomocy adwokata – zaangażowałbym panią bez chwili wahania; jeśli zaś zostanie pani sędzią, z pewnością będzie pani wydawała wyroki godne szacunku.

Wysiadłem z myślą, że może to młode pokolenie nie jest tak nieciekawe, jak sądziłem?

Advertisements

15 myśli na temat “Nieznajoma

  1. Zasadniczo krzepiące. Ale…
    Mnie zastanawia jednak trochę ten przesadny legalizm połączony z wysoce emocjonalną reakcją. Historia jak nie z Polski i nie z XXI wieku.

  2. Tak, chyba rozumiemy aluzję, ani toto wychowane, ani śliczne, ani dobrze ubrane, ani uprzejme, ani uczciwe… };>

Możliwość komentowania jest wyłączona.