Afera sądowo-dziennikarska

Nie wtrącam się z reguły w tzw. afery dziennikarskie. Osławione zamykanie się w klatce przed Sejmem w obronie prowincjonalnego żurnalisty (który, okazało się potem, miał w rozdmuchaniu całej sprawy osobisty interes) wzbudziło u mnie uśmiech politowania; ostatnia obrona red. Skowrońskiego po odwołaniu go z szefowania „Trójce” zbyt jawnie cuchnęła osłoną… własnej kieszeni propisowskich dziennikarzy, którzy poczuli się zagrożeni. Proszę mi więc wybaczyć, że złamię tę zasadę;  i to w obronie dziennikarki z najpaskudniejszego – w mojej opinii – gatunku prasy, jaki ludzkość wymyśliła – tabloidu. Jeśli to zatem za chwilę zrobię, to tylko dlatego, że jestem nie w stu, ale w stu pięćdziesięciu procentach pewien, że zrobię słusznie. Chodzi o wyrok na red. Katarzynę Brudnias, która przed kilku laty zaatakowała w „Superexpressie” dwóch warszawskich pedofilów. Została ona mianowicie skazana za to na dużą grzywnę i więzienie (wprawdzie w zawieszeniu). W moim najgłębszym przekonaniu p. Brudnias w żaden sposób nie można zarzucić nierzetelności; co więcej, jeśli jakiekolwiek zarzuty miałby dostać ktokolwiek, to wyłącznie redaktor naczelny pisma, Mariusz Ziomecki. A już kara więzienia, czyli użycie osławionego par. 212, to kolejna zgroza. Poniżej dossier całej sprawy.

Rzecz całą opisał w liście – który dotarł m. in. do mnie – sam Mariusz Ziomecki. Oddaję mu zatem głos:

Zasadnicze fakty w sprawie

(na podstawie jednego z moich <tj. MZ, przyp. BM> pism procesowych, z czerwca 2008)
Redakcja „Super Expressu”, dziennika którym w okresie od 2 kwietnia 2003 do końca marca 2006 kierowałem jako redaktor naczelny, sprawę Marcina i Mariana J. traktowała początkowo w kategoriach rutynowego tematu. Media są również od tego, by wskazywać możliwe zagrożenia dla bezpieczeństwa i ładu publicznego, a w uzasadnionych przypadkach, wesprzeć organy ścigania.

Gdy policja dyskretnie poprosiła redakcję o nagłośnienie planowanych czynności (przeszukanie mieszkania) przeciwko parze podejrzanych o notoryczną pedofilię mieszkańców Żoliborza, nie wahaliśmy się długo. Ze zgrozą oglądaliśmy próbkę materiałów wcześniej skonfiskowanych podejrzanym, na których jeden z braci poddaje kilkuletnie dziewczynki czynnościom seksualnym a drugi, czasem słyszalny zza kamery, kręci film wideo. Po dochodzeniu dziennikarskim złożyliśmy zawiadomienie o przestępstwie. Policja, tak jak zamierzała, weszła do lokali zajmowanych przez braci Mariana i Marcina J. i faktycznie zabezpieczyła, w obu mieszkaniach, duże ilości fotografii i kaset filmowych. Według zeznań policjantów, w całym mieszkaniu na wierzchu leżały materiały pornograficzne z udziałem dzieci; OBAJ BRACIA byli widoczni na tych zdjęciach. Podobnie zeznawała właścicielka domu, która wynajmowała braciom J. mieszkanie i jako pierwsza przypadkowo odkryła szokujące materiały. Reporterskie rozeznanie wśród sąsiadów też to potwierdzało, że bracia interesowali się dziećmi w sposób niezdrowy. Ale ludzie byli zastraszeni, rozmawiali z reporterami tylko pod warunkiem zagwarantowania im anonimowości. Powoli zaczęliśmy temat nagłaśniać. Jednak po pierwszych publikacjach szybko zaczęły potwierdzać się szokujące prognozy policjantów, że żoliborska prokuratura rejonowa zachowa się pasywnie a swoim postępowaniem będzie chronić raczej interesy wytwórców tej dziecięcej pornografii niż zagrożonych obywateli. Nasze poczucie zadowolenia z dobrze spełnionego obowiązku szybko znikło  a nastawienie do sprawy braci J. stopniowo zmieniało się.

Oto mieliśmy do czynienia ze złem w czystej postaci – funkcjonującym od lat w lokalnej społeczności, dzięki, najprawdopodobniej, złej woli nielicznych, obojętności i braku wyobraźni u innych. Temat o pedofilii na Żoliborzu zmienił się w wyzwanie moralne dla redakcji – w test naszego przekonania, że dziennikarstwo ma również, a może przede wszystkim, wymiar społeczny. Że jest zawodem i służbą.

Brak determinacji władz prokuratorskich – mówiąc najłagodniej – by doprowadzić krzywdzicieli dzieci przed oblicze sądu, szokował nas nie mniej niż drastyczne sceny z udziałem Marcina J. i kilkuletnich dziewczynek (niektóre kręcone na placach zabaw). Wiele wskazywało, że po raz kolejny prokuratorskie „działania” zakończą się na niczym.

Według naszych informatorów, policjanci dostarczali śledczym mocne dowody – kasety z osobistym udziałem Marcina J., zdjęcia gdzie widoczny był też Marian. Informatorzy też podkreślali, że nagrane są głosy obu. Jednak  któryś kolejny kontakt z prokuraturą przyniósł informację, że nie dojdzie do postawienia zarzutów sprawcom. Dlaczego tym razem, pytaliśmy. Bo na kasecie ktoś napisał ręcznie wsteczną datę – i z tego prokurator odpowiedzialny za postępowanie skwapliwie wyciągnął wniosek, że sprawa się przedawniła. Szybko nasi reporterzy uzyskali informacje, że opisy na kasety nanosili… sami bracia, tłumacząc to tym, że robią to dla własnego bezpieczeństwa.

Zrozumieliśmy, że mimo naszych publikacji ani żoliborska prokuratura, ani jej zwierzchnicy bez dodatkowej presji nie kiwną w tej sprawie przysłowiowym palcem w bucie. Na koniec, po dyskusjach w gronie kierownictwa redakcji, doszliśmy do wniosku, że najważniejsze jest, by wreszcie zacząć chronić dzieci. Mieliśmy przekonanie, poparte dowodami w postaci kaset, zdjęć, świadków i informatorów, że zagraża im bezpośrednie niebezpieczeństwo. Uznaliśmy, że doprowadzenie do faktycznego przerwania procederu krzywdzenia nieletnich wymaga od „Super Expressu” podjęcia kroków nadzwyczajnych – ujawnienia tożsamości sprawców (po obejrzeniu kaset nie myśleliśmy o braciach J. jako o „podejrzanych”).

Zdawaliśmy sobie sprawę, rzecz jasna, że taki krok wystawia nas na ryzyko. Prawo chroni dobra osobiste obywateli, również tych podejrzanych o przestępstwa. Uznaliśmy jednak, że działamy w trybie wyższej konieczności. Według informatorów, bracia J., po latach bezkarnej działalności byli bardzo pewni siebie – na co wskazywał fakt, że specjalnie nie kryli się ze swoim procederem. Mają na Żoliborzu aurę „nietykalnych”, twierdzili informatorzy – skutecznie nękają procesami sądowymi oskarżycieli, zastraszają potencjalnych świadków.

Dziś wiem, że trudno się dziwić tej pewności siebie. Policja ani prokurator nie zrobili nic, by zachęcić domniemane ofiary do składania zeznań (doświadczenia innych krajów wskazują wyraźnie, że do skutecznego ścigania tak drastycznych przestępstw potrzebne są publiczne apele o zgłaszanie się świadków oraz specjalne procedury i fachowa pomoc psychologów, aby poszkodowane dzieci i ich rodzice mogli pokonać wstyd, poczucie winy, lęki i opory psychiczne).

Na Żoliborzu poprzednie, czteroletnie śledztwo w sprawie wytwarzania przez braci dziecięcej pornografii, zostało umorzone w 2002 roku. Zarówno hurtowe ilości „towaru” KILKAKROTNIE przechwytywanego przez policjantów w mieszkaniach braci J., jak i wyraźnie komercyjny charakter na wpół profesjonalnie montowanych na magnetowidzie kaset, ze specjalną oprawą graficzną i dźwiękową, oraz względny dobrobyt braci, niemający pokrycia w oficjalnych źródłach dochodu, wskazywały, że bracia bez przeszkód prowadzą operację przestępczo-handlową na znaczną skalę.

Dodam, że było to wkrótce po niesławnej aferze z pedofilami z Dworca Centralnego, zdumiewająco nieudolnie ściganymi przez wymiar sprawiedliwości. Opinie, że mieliśmy do czynienia w Warszawie z „pedofilską mafią”, nad którą faktyczny „parasol ochronny” trzyma ktoś z policji lub z prokuratury, trudno było odrzucać jako całkowicie niewiarygodne. „Nie wyjdziemy z sądów przez wiele lat”, powiedziała mi w pewnym momencie red. Katarzyna Brudnias, podsumowując zdobyte przez siebie informacje o braciach J. i o nastawieniu prokuratury. „Jak nie my, to kto? (ma ich zatrzymać)” – opowiedziałem pytaniem.

Mimo ponad trzydziestoletniego doświadczenia w zawodzie dziennikarza w Polsce i w Stanach Zjednoczonych, w tym więcej niż dekady na stanowisku redaktora naczelnego różnych tytułów prasowych, muszę przyznać, że nie do końca doceniłem ostrzeżenie red. Brudnias.

Wydawało mi się, że wobec posiadanych przez policję twardych dowodów – nagrany wizerunek Marcina J. skonfiskowane przez policję fotografie, rozpoznawalne według naszych informatorów głosy braci na nagraniu – tym razem presja publiczna skłoni prokuraturę do działania. Interesy redakcji również wydawały mi się bezpieczne. Oprócz kaset mieliśmy również naocznego świadka, właścicielkę mieszkania wynajmowanego przez jednego z braci (spędzali w nim wspólnie większość czasu, według naszych informacji).

Skrupulatnie też dochowywaliśmy reguł zawodowej staranności: nasi reporterzy docierali do wszystkich możliwych dokumentów i informatorów, zdobyte informacje składały się w spójny, logiczny obraz a potwierdzali je, oficjalnie i nieoficjalnie, funkcjonariusze organów ścigania. Nie mogliśmy co prawda zbytnio liczyć na skuteczność tej dziwnej żoliborskiej prokuratury, ale były przecież instytucje zwierzchnie, sprawujące nadzór. Był minister sprawiedliwości. Uważałem wtedy, pod wpływem doświadczeń amerykańskich, że są też granice przyzwoitości. Szczególnie na sali sądowej.

Zadecydowałem: skoro powołane do ochrony obywateli organy państwa zawodzą tak katastrofalnie, skoro prokuratura zachowuje się tak szokująco pasywnie, „Super Express” da obywatelom szansę samoobrony. Jeżeli działania policji ani prokuratury nie powstrzymały przestępczego procederu (co ujawniały kolejne rajdy i przeszukania policyjne w lokalach zajmowanych przez braci J.) – zrobi to gazeta. Damy mieszkańcom tej dzielnicy wiedzę, do tej pory skrzętnie przed nimi skrywaną, dzięki której sami będą mogli chronić swoje dzieci. Wzięliśmy głęboki oddech i opublikowaliśmy zdjęcia z pedofilskich filmów z Marcinem J. w roli głównej. Podaliśmy też dane osobowe braci oraz ich miejsce zamieszkania.

Charakter publikacji, użyte dosadne słownictwo oraz sugestywny sposób prezentacji, są właściwe dla charakteru gazety. „Super Express” jest tzw. tabloidem. Jego sposób prezentacji, emocjonalny i – w przypadku tematów interwencyjnych – oskarżycielski język, są standardem w branży wydawniczej na całym świecie.

Wiedzieliśmy, że niektórymi z tych publikacji naruszyliśmy zasady prawa. Mieliśmy jednak przekonanie, potwierdzone przez dział prawny „Super Expressu”, że działamy w stanie wyższej konieczności. Ostrzegliśmy społeczność przed  realnym niebezpieczeństwem. Poza wszelką dyskusją działaliśmy  więc w interesie społecznym.

Dalszy bieg wypadków opisują nasze artykuły oraz dokumenty sprawy. Dzięki presji opinii publicznej  bracia J. zostali zatrzymani, ale  prokuratura swoją energię skupiła na… redaktorze naczelnym „Super Expressu”. Niżej podpisany został wezwany na policję, gdzie funkcjonariusz, powołując się na wyraźne instrukcje przełożonych, pobrał mu odciski palców jako podejrzanemu o naruszenie prawa prasowego. Co do braci J., prokuratorów rychło wody odeszły. Ponownie zadeklarowali bezradność: ich zdaniem przestępstwo z kaset uległo przedawnieniu… Rękawy znów zakasali dziennikarze.

Obejrzeliśmy niektóre kasety wideo ze skonfiskowanych przez policję „zasobów” braci J. (Zapewniam, było to zajęcie przykre, wystawiające na ciężką próbę nerwy i odporność ludzi. Jeden z dziennikarzy, prawie dwumetrowe chłopisko, wręcz odmówił zajmowania się tym tematem, ze względu na stres, jakim było dla niego oglądanie krzywdy małych dzieci. Bezwzględność i lubieżność seksualnych drapieżników na tych filmach były naprawdę szokujące). Mimo szczupłości zespołu redakcyjnego obciążonego wydawaniem dużej gazety codziennej, całymi dniami oglądaliśmy produkcje braci J. na redakcyjnym magnetowidzie. I red. Brudnias znalazła dowód – ujęcie komercyjnego pojemnika firmy Pepsi Cola, który stosunkowo niedawno pojawił się na rynku. Obaliliśmy pretekst, który skłaniał żoliborskich funkcjonariuszy prokuratury do umorzenia sprawy. Marcinowi J. w końcu postawiono zarzut.

Niestety, okazał się to zarzut najłagodniejszy z możliwych w tej sytuacji:  „utrwalania treści pornograficznych z udziałem dzieci”. Mimo, że na skonfiskowanych materiałach widać np., że oskarżony dotyka dziewczynek. Marcin J. został tymczasowo aresztowany na okres ok. 2 lat. Prokuratura na koniec, w ślimaczym tempie wniosła apelację, domagając się zaostrzenia zarzutu; sprawa jest w toku. Natomiast Marian J. uniknął problemów w prosty sposób: odmówił dania próbki głosu do badań porównawczych.

Pragnę wyrazić moje głębokie przekonanie, że w  tej bulwersującej z wielu powodów i bolesnej sprawie TYLKO DZIENNIKARZE „SUPER EXPRESSU” oraz żoliborscy policjanci dochowali należytej staranności. Bez naszych wysiłków, dalece wychodzących poza normalne zadania mediów (demokracja nie nakłada na dziennikarzy ciężaru zdobywania dowodów procesowych; media są tylko systemem wczesnego ostrzegania (ang. „watchdog”); mają też prawo się mylić, tak długo jak działają w dobrej wierze!). Gdyby nie nasza gazeta, nikomu nie postawiono by zarzutu i nikt nie zajmowałby się sprawą wytwarzanej na Żoliborzu w dużych ilościach pornografii dziecięcej.

Teza, że Marian nie miał nic wspólnego z praktykami swojego skazanego brata i że został skrzywdzony przez dziennikarzy „Super Expressu”, jest uprzejmą fikcją na użytek procesu. Marian J. do dziś konsekwentnie odmawia zrobienia oczywistej rzeczy, która zadałaby kłam naszemu twierdzeniu, że był czynnym uczestnikiem  przedsięwzięcia brata: dania próbki głosu do ekspertyzy. Tak, prawo mu zezwala na taką odmowę. Ale nawet to prawo nie zabrania nikomu słuchania głosu z produkcji filmowych Marcina, zarekwirowanych przez policję. Kiedy ich słucham, rozpoznaję charakterystyczny głos. Jest to głos nieznośnie znajomy.

W ekspertyzie, o której mowa w trakcie procesu, jaką – znów pod presją artykułów w „Super Expressie” – na koniec wykonano w prokuraturze, próbką porównawczą było nagranie z telewizji (bracia J. byli tak pewni siebie, że wystąpili w programie „Uwaga” stacji TVN po skandalu, jaki wybuchł w wyniku naszej publikacji; w trakcie tej audycji ujawnili kliniczną cechę pedofilów: całkowity brak empatii dla ofiar – o małych dziewczynkach ze swoich kaset mówili z lekceważeniem).

Tak czy inaczej, biegły napisał, że nie jest w stanie jednoznacznie określić, czy uzyskany z pośredniego źródła, nagrany na kasetach głos należy na pewno do Marcina; może tak, może nie. Prokuratura starym zwyczajem poszła po najlżejszej linii oporu, wbrew normalnym praktykom próby nie ponowiono z innym biegłym.

Jak zaznaczyłem, rozumiem, że Marian J. ma prawo odmówić próbki głosu.

Wymiar sprawiedliwości, starym zwyczajem, nie znalazł podstaw, żeby go ścigać. Czy jednak należy też przymykać oczy na oczywisty fakt, że Marian jest współodpowiedzialny za tragedię krzywdzonych dzieci? Marian NIE MÓGŁ NIE WIEDZIEĆ o procederze Marcina! Tych braci łączy niezwykle silna więź, rzadko spotykana wśród dorosłych mężczyzn, widoczna również na sali sądowej. Są praktycznie nierozłączni. Istnienie tej więzi  potwierdzają zresztą sami zainteresowani w swoich zeznaniach.

Marian J. ma prawo odmówić zeznań przeciwko swojemu bratu. Z mniej oczywistych dla mnie powodów, nie musi też wyjaśniać, dlaczego nie przeciwdziałał krzywdzeniu dzieci przez swojego brata, klinicznie zdiagnozowanego jako pedofil, praktycznie dzieląc z nim mieszkanie. Jednak Marian J., bez przeszkód ze strony wymiaru sprawiedliwości, idzie teraz krok dalej.

Występuje w  roli osoby pokrzywdzonej – więcej: wspomaganego przez skarb państwa oskarżyciela! Domaga się sądownie satysfakcji i odszkodowania astronomicznej wysokości. Czyż znana już od czasów rzymskich zasada nie mówi, że nikt nie powinien czerpać korzyści z przestępstwa?

Zespół „Super Expressu”, reporterzy i redaktorzy, wykonał swoją pracę – najlepiej, jak w tych warunkach było możliwe. Były minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk stwierdził w rozmowie z niżej podpisanym, że w jego osobistej ocenie żoliborska prokuratura była „zdecydowanie najgorsza” z wszystkich „źle funkcjonujących prokuratur”, z jakimi zetknął się w kraju – cytuję z pamięci. (Pan Kurczuk zapewne zechce potwierdzić tę ocenę, jeżeli zostanie wezwany na przesłuchanie).

Nasze możliwości obrony są w sposób znaczący ograniczone gwarancjami, jakich musieliśmy udzielić wielu informatorom, głównie w policji i w prokuraturze, ale również wśród sąsiadów braci J. Tak jak ofiary z różnych, opisanych w literaturze fachowej, względów bardzo często nie chcą zeznawać przeciw seksualnym prześladowcom w sądzie, tak inni świadkowie mają ogromne opory przeciwko „łączeniu” ich z takimi bulwersującymi sprawami jak pedofilia. Gwarancje anonimowości dane tym ludziom musimy honorować w sposób absolutny, bez względu na naszą sytuację procesową. Nie bez znaczenia, jak zaobserwowałem, jest też zmęczenie niektórych świadków, którzy wzywani są do sądów po wielokroć, ze względu na samą liczbę procesów, które wytaczają bracia J. Są oni emerytami z dużą ilością wolnego czasu, sądy rutynowo zwalniają ich z opłat oraz przydzielają im prawników z urzędu; nic więc nie ogranicza ich działalności „procesotwórczej”. Jeden z policjantów wezwanych przez nas na świadka w trakcie tego procesu spontanicznie wskazał na tę okoliczność – konieczność wielokrotnego stawiania się w sądach – jako powód swojej niechętnej postawy w trakcie zeznań.

Jednak akcja „Super Expressu”, mimo bardzo trudnej, wrażliwej materii w której poruszali się nasi reporterzy i mimo braku współpracy ze strony części organów ścigania, odniosła częściowy sukces. Bezkarnemu przez lata Marcinowi J. udało się postawić zarzut, a areszt tymczasowy na blisko dwa lata uniemożliwił mu kontynuowanie działalności. Po wielu latach haniebny proceder na Żoliborzu wreszcie ustał. Według szacunków policji, w Polsce każdego roku  ofiarami pedofilów pada około 2 tysięcy dzieci. Badania seksuologów wskazują, że faktycznie zjawisko może być o wiele większe. Jest to sytuacja alarmująca, zdaniem wielu autorytetów, uzasadnia radykalne zmiany w prawie i praktyce działania organów ścigania. Np. prof. Piotr Kruszyński, znakomity karnista, popiera upublicznianie danych (skazanych prawomocnie) pedofilów – włącznie z wizerunkami. „Właśnie po to, by chronić dzieci, potencjalne przyszłe ofiary,” mówi w niedawnym wywiadzie.

Akcja „Super Expressu” udowodniła, że czasem trzeba odwrócić tę kolejność. Moim zdaniem jedyna istotna pomyłka „Super Expressu” w sprawie braci J. polegała na założeniu, że prokuratura chociaż w minimalnym stopniu wykona swoją pracę w stosunku do obu braci.

Poniżej jest fragment wywiadu, jaki przeprowadziłem wiosną tego roku w „Superstacji” z prof. Markiem Safjanem. Dysponuję płytą CD z pełną treścią rozmowy.

Marek Safjan: (….) kryterium które zostało przyjęte (w orzeczeniu Sądu Najwyższego – przyp. MZ), wskazuje na to, że tylko wtedy może być zwolniony dziennikarz od mówienia, od napisania prawdy, tylko wtedy, jeśli wykaże, że zachował maksymalną staranność zawodową. Tylko wtedy dziennikarz… Dziennikarz ma prawo do pomyłki, powiedział Sąd Najwyższy. Można o tym dyskutować, ale powiedział Sąd Najwyższy: ma prawo do pomyłki. Jeżeli pan redaktor by zebrał w sposób bardzo skrupulatny informacje, o panu Marku Safjanie, ale jedno z tych źródeł mówiło nieprawdę, czego pan nie mógł sprawdzić, no to wtedy czy byłaby podstawa żeby pana karać czy sankcjonować w jakikolwiek sposób? Jeżeli pan wykazałby staranność?

MZ: Panie prezesie, ja się obawiam że tak. Znaczy że… Moje doświadczenia osobiste w sądach, a jest ich niestety sporo, wskazują że bardzo często sądy odkładają na bok motywy, dobro społeczne. (….) nie ważne jakie były wasze intencje, czy mieliście podstawy żeby sądzić że piszecie prawdę, skoro nie mieliście dowodów i się okazało że piszecie nieprawdę, bum! Przegrywacie proces. Tak to się dzieje.

MS: To jest bardziej skomplikowane. Ja mówiłem akurat…. to było orzeczenie sądu cywilnego. Ale, szczerze mówiąc, jedna rzecz powinna spotykać w granicach prawa, spotykać się w granicach prawa z sankcją, i to chcę wyraźnie powiedzieć. Wtedy, kiedy mamy do czynienia z intencjonalnym, umyślnym kłamstwem. Jeżeli dziennikarz intencjonalnie kłamie, (…) to nie może być tak, że nagle w imię wolności słowa możemy bronić dziennikarza za jego intencjonalnie kłamstwo. (…) Ale możemy go bronić, i tutaj posługiwanie się sankcją prawa karnego byłoby na pewno niedopuszczalne, wtedy jeżeli dziennikarz się myli w dobrej wierze będąc… Albo działa w obronie interesu publicznego, zachowując rzetelność dziennikarską. Myślę, że jednak w demokratycznym społeczeństwie, wolność słowa jest tak ważną wartością, że ona czasami musi przeważyć nad innymi wartościami. Chociaż wiem, że mogę być pokrzywdzonym potencjalnie, ale uważam, że wolność słowa jest strasznie ważna.

MZ: Panie profesorze, to jest norma która obowiązuje w wielu krajach, ja bym strasznie chciał, żeby ona obowiązywała w Polsce, ale…

MS: Wolność słowa?

MZ: Tak. Ta norma, którą pan w tej chwili określił. Że wolno karać za wypowiedź prasową, czy dziennikarską, tylko wtedy jeżeli jest ona robiona świadomie w złej intencji. Natomiast jeżeli dziennikarz działa w dobrej wierze i popełnia błąd, moim zdaniem powinien być chroniony, bo to jest cena wolności słowa, że czasami popełni błąd i czasami kogoś skrzywdzi.

MS: Tak, dokładnie…

A oto tekst listu, który podpisałem wraz z innymi kolegami:

  • Prezydent RP Lech Kaczyński
  • Prezes Rady Ministrów Donald Tusk
  • Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochnowski
  • Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma
  • Sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka

7 października 2007 r. Katarzyna Brudnias, była dziennikarka „Super Expressu” została skazana przez Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy, IV Wydział Karny,  na 1 rok pozbawienia wolności (w zawieszeniu na 2 lata) oraz 18 tys. zł. grzywny w procesie wytoczonym jej przez Mariana J. Wyrok został podtrzymany 28 maja 2008 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie, IX Wydział Karny – Odwoławczy.

Od tego czasu Katarzyna Brudnias walczy o kasację tego wyroku, ale jej wniosek w tej sprawie został odrzucony przez Ministra Sprawiedliwości. Teraz wniosek o kasację może złożyć jeszcze Rzecznik Prawa Obywatelskich.

Przypadek Mariana J. i jego brata Marcina Katarzyna Brudnias opisywała w 2003 r. w serii interwencyjnych artykułów na łamach „Super Expressu”. Publikacje te powstały z powodu bezczynności organów ścigania, bezsilnych wobec wieloletniej pedofilskiej aktywności braci J., o której redakcję informowała między innymi policja. Celem artykułów Katarzyny Brudnias była ochrona dzieci narażonych na niebezpieczeństwo ze strony braci J.

Sąd skazał dziennikarkę nie podważając, że w mieszkaniach Mariana i Marcina J. policja kilkakrotnie znajdowała wielkie ilości kaset video i zdjęć z pornografią dziecięcą, a bracia zostali zatrzymani. Policjanci zeznali w sądzie, że obaj bracia widnieli na pornograficznych zdjęciach z dziećmi, które znajdowały się w mieszkaniach. Sąd nie podważył również faktu, że w oficjalnym komunikacie z 29 kwietnia 2003 r. rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji, oświadczył, że obydwu braci zatrzymano w ramach śledztwa dotyczącego produkcji i rozpowszechniania treści pornograficznych z udziałem dzieci. Co do tego, że w mieszkaniu braci J. znaleziono materiały pedofilskie, nie mieli wątpliwości biegli eksperci. Przed sądem przedstawiono również dowody na to, że nazwiska bracia J. w przeszłości występowały w innych śledztwach dotyczących rozpowszechniania pornografii dziecięcej. Marcin J. został w jednej z takich  spraw skazany na 2 lata więzienia.

W uzasadnieniu wyroku sąd zawarł kuriozalne stwierdzenia, że „z faktu posiadania nagrań o charakterze pornograficznym nie można jeszcze wyprowadzać wniosku, że ich posiadacz jest pedofilem, zboczeńcem, pomaga bratu pedofilowi”.

Sąd stwierdził też, że „nie ustalono żadnej osoby pokrzywdzonej” chociaż na kasetach znalezionych u braci J. nagrane są drastyczne sceny z udziałem dzieci, niewątpliwie pokrzywdzonych w tej sprawie a molestowane, obecnie osoby dorosłe, z którymi kontaktowali się dziennikarze, stanowczo uważają się za pokrzywdzone. Na nagraniach występuje Marcin J. Nie udało się udowodnić, że za kamerą stoi jego brat, ale dziennikarka miała prawo do stwierdzeń, że co najmniej akceptował on pedofilskie działania i nie próbując im zapobiec przyczynił się do dramatu uwiecznionych na filmach dzieci.

Zwracamy uwagę, że w obecnie obowiązującym kodeksie karnym (art. 202 par. 3) penalizowane jest samo posiadanie w miejscu zamieszkania materiałów pornograficznych o charakterze pedofilskim. Wydając wyrok Sąd wprawdzie musiał oprzeć się o przepisy obowiązujące w 2003 r. (kiedy posiadanie wymienionych materiałów nie było karane) jednak powinien wziąć pod uwagę fakt, że nowe prawo powstało właśnie z powodu niewystarczającej ochrony ofiar pedofilii.

Tymczasem Sąd w sentencji wyroku w ogóle nie odniósł się do tego, że  zaostrzono prawo. Stwierdzając, że z faktu posiadania treści pedofilskich „nic jeszcze nie wynika”, Sąd zdaje się polemizować z nowymi zapisami w tym zakresie.

Uważamy, że wyrok sądu na dziennikarkę jest głęboko niesłuszny, niesprawiedliwy i dowodzi elementarnego braku wrażliwości ze strony osób orzekających w tej sprawie.

Sprawa Katarzyny Brudnias powinna zostać rozpatrzona w drodze kasacji.

Domagamy się przeprowadzenia działań celem ustalenia tożsamości dzieci występujących na pedofilskich nagraniach, tak by mogły wskazać sprawców przestępstwa.

Uważamy, że sąd  który wydał wyrok, powinien być odsunięty od postępowania ze względu na wyjątkowo tendencyjne potraktowanie dziennikarki i bezduszne podejście do dramatycznego problemu pedofilii.

Podpisy:

Reklamy

5 uwag do wpisu “Afera sądowo-dziennikarska

  1. Może prokuratorzy lubią „takie rzeczy” albo znają kogoś wysoko postawionego, kto to lubi… Aż wierzyć się nie chce, że prokuratura traktuje tych zawodowych zboczeńców jak święte krowy. A co w tej sprawie zrobił fiskus? Ci to potrafią zgnoić każdego ale do tych s…synów jakoś nie mogą trafić i przyjrzeć się ich dochodom i wydatkom? Moim zdaniem, podejrzana jest wyjątkowa pobłażliwość prokuratury wobec tych przestępców. To może być zaledwie wierzchołek góry lodowej…

    Polubienie

  2. Jeśli dobrze pamiętam, to Sylwester Latkowski robił (chciał zrobić?) film dokumentalny na temat pedofilii w Warszawie, ale coś mu nie poszło. Wydawało mi się, że zmowa milczenia i wyciszanie tematu to jego przywidzenia, ale najwyraźniej miał rację…

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.