Sprawa Durczoka

Kamil Durczok
Kamil Durczok

Wszystkie media zachłysnęły się wręcz „sprawą Durczoka”. Znany dziennikarz sklął personel studyjny z powodu brudu na swoim stole prezenterskim, ktoś to zarejestrował, wypuścił film do Sieci… i się zaczęło. Odsądzili człowieka od czci i wiary: jak śmiał ludzi wyzywać ordynarnymi słowy, wywalone ma we łbie, wielkopaństwo, cham jeden, i tak dalej. TVN zaczął usilne starania o wycofanie materiału, co oczywiście nie mogło się skończyć powodzeniem, bo filmik natychmiast trafił na trudno dostępne dla adwokatów serwery zagraniczne; słowem – cyrk. No i teraz będzie mój komentarz; całkowicie „pod prąd”, więc zapraszam do czytania.

Otóż tak: spędziłem kilkadziesiąt lat w różnych zespołach redakcyjnych, w tym ćwierć wieku w telewizji i jeżeli jakikolwiek kolega dziennikarz się oburza na używanie w tym środowisku „słów powszechnie uznawanych”, to jest zwyczajnym zakłamanym palantem. Tylko zupełnego „cywila”, który nigdy w życiu nie był w redakcji, może to gorszyć. A wynika to stąd, że ten zawód i to rzemiosło  są potwornie stresujące; zwłaszcza w telewizji na pięć minut przed zaczęciem programu nie ma miejsca na pieszczoty. Jak coś jest nie tak – k… i ch… latają w powietrzu jak na moim osiedlu gawrony. Masowo.

Więc: niby nic nadzwyczajnego. Ale… Kiedy w końcu odsłuchałem to nagranie, włosy mi jednak na głowie stanęły. Tylko nie dlatego, że Durczok klął – ale dlatego, że jakiś niższy personel pomocniczy ośmielił się odszczeknąć mu w tym samym języku! Prezenterowi i szefowi „Faktów”! I otóż to dopiero jest całkowicie nie do pomyślenia. Personel pomocniczy – szalenie ważny, bo bez niego nie ma programu – jest jednak po to tylko i wyłącznie po to, żeby prezenter miał czyste buty, równo pomalowaną twarz, nienagannie działający sprzęt techniczny i tak dalej. Również dobry humor.

Ich jedynym sensem istnienia jest sukces i komfort człowieka, na którego pracują. Nie mają i nie mogą mieć żadnych, ale to żadnych praw do pyskowania, nawet do skrzywienia nosa. Są ważni: dokładnie tak samo ważni, jak reflektor w studiu, fotel, albo prompter; ale nic bardziej. Prezenter czy szef stacji to jest więcej niż Bóg; tylko w takim układzie pieprznik redakcyjny może jako tako sprawnie funkcjonować.

Rzecz dotyczy nie tylko personelu pomocniczo-technicznego, choć jego oczywiście szczególnie: znacznie łatwiej o elektryka, dźwiękowca czy charakteryzatorkę, niż o dziennikarza. Ale i dziennikarze są w zasadzie w podobnej sytuacji: przed laty sekretarz redakcji, w której pracowałem, mawiał „nie dotrzymać terminu oddania zaplanowanego materiału wolno tylko w jednym wypadku: kiedy się osobiście przyniesie własny akt zgonu”. I tego się trzymaliśmy; bez margania.

I na koniec wyjaśnienie uzupełniające: wcale nie przepadam za Durczokiem. W mojej prywatnej skali wartości prezenterów telewizyjnych (od 1 do 10) dałbym mu jakieś 4,5 – podczas gdy Lisowi 9,  Anicie Werner coś koło 7 (pani Pochanke – góra 3, Rymanowskiemu jakieś minus 4…). Nie o to jednak chodzi. Szacunek, bezbłędna obsługa i „ruki po szwam” należą mu się od personelu nie jako Durczokowi osobiście: ale z racji funkcji w zespole.

Powtarzam raz jeszcze: w dziennikarstwie nie ma i nie może być demokracji.

Co nie zmienia faktu, że za „moich” czasów telewizyjnych prawdziwych kolegów i przyjaciół miałem głównie wśród operatorów kamer, oświetleniowców, dźwiękowców i realizatorów. Ani oni na mnie mordy nie darli – ani ja na nich. Nigdy. Po prostu: nie mogło się coś takiego zdarzyć, bo nie mogło być żadnej nawalanki. Może dlatego, że w tamtych „koszmarnych czasach czarnej dziury” tworzyliśmy tam, na Woronicza – autentyczny zespół. Robiliśmy program; i to on był po prostu świętością.

Advertisements

16 thoughts on “Sprawa Durczoka

  1. Zgadzam się z „benkiem” i Bogdanem Misiem”. Jeżeli z powodu stresu, a w tym zawodzie to norma, komuś puszczają nerwy to nie jest to zawód dla niego. Można być dziennikarzem, prezenterem tv lub radiowym, można pisarzem, poetą, p… . Nie mieć okazji tak jak pan K. Durczok do lansowania siebie z powodu utraty popularności i wiarygodności /o ile taką się posiadało uczciwie a nie wykreowało/.

  2. @ p. Czubiński Nie pojmuję, dlaczego ateista (nawet tak zapiekły jak ja…) miałby nie używać słowa „Bóg”, czy jakiegokolwiek innego z repertuaru ludzi wierzących. Słowo przecież istnieje; wątpliwości moje budzi jedynie jego desygnat; używam słowa więc jako środka wyrazu, bez żadnego wartościowania w tym wypadku. Po to jedynie, by czytający – o których przecież wiem, że w większości są jeśli nie wierzący w sensie dosłownym, to na pewno wychowani w kulturze, zapewniającej zrozumienie takiej formuły stylistycznej – pojęli moje intencje. Wyjaśniam – jeśli zrozumienie tego przekracza czyjeś możliwości – że chodziło mi o przypisanie konkretnej osobie pewnej należnej jej władzy absolutnej.

  3. @beniek: Ja również pozdrawiam serdecznie – i ja także się z Panem całkowicie nie zgadzam. Pokora sama w sobie – w moim głębokim przekonaniu – nie jest żadną cnotą; najczęściej zaś jest w zawodach twórczych wielką wadą. Jak ktoś jest w swoim zawodzie gwiazdą (na przykład, bo chodzi tu nie tylko o zawód) ma pełne prawo do wysokiej samooceny; problem tylko w tym, czy tę wysoką samoocenę obrazuje kulturalnie, czy też nie. To raz.
    Dwa: nasze środowisko nie jest AŻ TAK zdemoralizowane, ale (jeśli dobrze chwytam Pana intencje – Pan, zdaje się, wymaga od każdego cech anielskich) DALEKO BARDZIEJ. Tymczasem… Pijemy, proszę Pana,wódkę; bywa, że nieumiarkowanie. Bywa, że hazardowo gramy w karty. Miewamy po kilka żon i (jednocześnie) po kilkanaście kochanek czy kochanków (bo pań to też dotyczy); nasze związki są najczęściej jednorazowe, a kilkumiesięczne – to już uważać należy za wieczne,…
    Tu dygresja w formie anegdoty: wiele lat temu do redakcji, w której pracowałem, wpadła w samo południe bardzo wybitna i świetna dziennikarka – dziś, oczywiście, zapomniana staruszeczka – z okrzykiem „Chłopaki, chłopaki! Właśnie zaliczyłam pięćdziesiątego chłopa, czy ja jestem k…?”. Na to szef redakcji spokojnie: „jeśli dla przyjemności, to nie ma o czym mówić”.
    Co do stresu: przywołałem go nie w charakterze usprawiedliwienia. To po prostu fakt. Nam on wcale nie przeszkadza. A wyjaśnię Panu, że większość dziennikarzy stres wręcz uwielbia. Napięcie nerwów przy pracy w studiu, napięcie autora oczekującego na ocenę tekstu przez szefa (bo przecież nie przez czytelnika!) – to bardzo miłe doznania emocjonalne.
    Bo – widzi Pan – zawód dziennikarski wybierają ludzie, którym on sprawia przyjemność. Podobnie jak zawód uczonego czy jakikolwiek inny (zawody wybierane na zasadzie „bo coś trzeba robić” nie są warte tego, by człowiek myślący poświęcał im swoją bezcenną uwagę): nie chodzi tu zatem w szczególności o żadną „wewnętrzną potrzebę odkrywania prawdy” ani żadne „niesienie kaganka oświaty” (a jeżeli – to niezmiernie rzadko), ale po prostu o osobistą, wręcz fizyczną przyjemność. Czasami o forsę; ale ona przecież też służy zaspokajaniu przyjemności, nieprawdaż?
    Co zaś do ról w zespole (bo dziennikarstwo, telewizyjne szczególnie, jest zawodem zespołowym); najważniejszy jest tu produkt: program, numer gazety czy czasopisma, audycja radiowa. Jego jakości musi być podporządkowane wszystko. I dlatego nie ma zmiłuj: twoje chore dziecko czy szlochająca w samotności żona nie mają znaczenia; jak trzeba siedzieć dwie doby – to musisz to robić i nikt ci nie będzie współczuł. A nawalisz, to szef cię wywali na pysk i tak ma być. W tym systemie gwiazda telewizyjna jest też elementem programu, który ma być tak samo perfekcyjnie doskonały (dla widza!), jak stół przy którym siedzi. Bo to jej mordę widać i ona ma być miła, uśmiechnięta i lubiana. Ewentualna grypa oświetleniowca czy operatora nie ma znaczenia; w momencie wykonywania zadania traci on wszelkie prawa ludzkie (gwiazda zresztą w pewnym sensie również). Ponieważ zaś na ogół gwiazda bywa szefem, więc ma pełne prawo artykułowania swoich wymagań; nie ma to zupełnie nic wspólnego z pychą (choć ta, jak powiedziałem, nie zawsze jest naganna).
    W całej tej sytuacji jedno jest wątpliwe. Otóż człowiek (nie mówię tu o nikim konkretnym), który sam zaliczył właśnie sto siódmą panienkę nie powinien oburzać się publicznie na przykład na polityka, który się rozwiódł i ma jakąś lewiznę seksualną. Ale nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że to hipokryzja; dlatego, że wówczas może być w swojej wypowiedzi dostrzegalnie nieszczery i program będzie kiepski; a także koledzy będą podchichotywali! A w kwestii Durczoka: jak ktoś używa brutalnego języka, to nie powinien – z powyższych powodów – wytykać czegoś takiego, dajmy na to, Palikotowi.

  4. Nie mogę się z Panem zgodzić. Po pierwsze – NIE MA ZNACZENIA, czy ktoś jest znanym dziennikarzem, czy zwykłym pucybutem: pokora obowiązuje wszystkich. Po drugie – ludzi, którzy niby do czegoś doszli w „tym życiu” (czyli doszli do czegoś w perspektywie kilkudziesięciu lat) często dotyka PYCHA, czyli sytuacja, w której się wywyższają, uważają się niby za lepszych, są aroganccy. I tak pisze Pan:

    – „oburza na używanie w tym środowisku “słów powszechnie uznawanych”, to jest zwyczajnym zakłamanym palantem. Tylko zupełnego “cywila”, który nigdy w życiu nie był w redakcji, może to gorszyć”
    –>Czyli AŻ tak Wasze środowisko jest zdemoralizowane? I jak tu szanować dziennikarzy? Jak tu Wam wierzyć? Skoro aż tak daleko odsunęliście się od wartości?!

    -„A wynika to stąd, że ten zawód i to rzemiosło są potwornie stresujące”
    –>To nie jest żadne usprawiedliwienie: JEŻELI KTOŚ SIĘ DECYDUJE NA odpowiedzialną pracę, to musi liczyć się z konsekwencjami swojego wyboru! Jest wiele stresujących prac: ciężki charakter pracy nie usprawiedliwia jednak człowieka, kiedy się upadla!

    A jeżeli komuś przeszkadza ‚stresująca praca’, to powinien – najzwyczajniej w świecie – znaleźć sobie coś mniej stresującego i odpowiedzialnego… np. sprzedawanie obwarzanków (najwyżej kogoś nieznacznie otruje).

    -„jakiś niższy personel pomocniczy ośmielił się odszczeknąć mu w tym samym języku!”
    „(…) Ich jedynym sensem istnienia jest sukces i komfort człowieka, na którego pracują.”
    –>Straszna pycha tutaj się ujawnia. SIŁĘ człowieka poznaje się NIE PO TYM, że jest pyszny, ale PO TYM, iż potrafi zarówno coś osiągnąć, jak i nadal szanować innych ludzi, którzy nic nie osiągnęli.

    CZŁOWIEK PYSZNY I GARDZĄCY INNYMI JEST CZŁOWIEKIEM SŁABYM.

    Pozdrawiam serdecznie!

  5. Zdeklarowany ateista, chcąc podkreślić autorytet, jakim powinien cieszyć się prezenter czy właściciel stacji, stwierdza, że znaczy on „więcej niż Bóg”. Trudno o śmieszniejszą sytuację 😀

    O ile wiem, na oryginalnym nagraniu słychać wyłącznie głos prezentera, odpowiedzi zaś personelu pomocniczego można się jedynie domyślać. Dopiero później na YouTube pojawiły się filmiki z „próbą rekonstrukcji” – co wyraźnie zaznaczono w opisie – odpowiedzi Rurka i Wolana. Wydaje mi się zatem, że przyjmując za pewnik, że panowie ci rzeczywiście odpyskowywali Durczokowi, pomylił się Pan w ocenie wiarygodności źródła.

Możliwość komentowania jest wyłączona.