Redaktor naczelny

Tak się składa, że ktoś, kogo znam, został nie tak dawno redaktorem naczelnym pewnego pisma. Pismo nie jest specjalnie ważne, ani nie należy do mainstreamu; jest oczywiście wydawane prywatnie. No i mój znajomy zaczął ochoczo działać; a jego działania do tego stopnia mi się nie podobają, że muszę o tym napisać. Bez nazwisk, nazw i bez tytułów; nie chodzi mi bowiem o interwencję, ale o problem.

Otóż człowiek, który zostaje redaktorem naczelnym, ma z grubsza dwie strategie do zastosowania: albo przyjmie na siebie rolę reprezentanta wydawcy/właściciela wobec zespołu, albo rolę przywódcy i przyjaciela zespołu (jakikolwiek on jest), reprezentującego ów zespół wobec właściciela.

Ostatnio – stwierdzam to ze smutkiem – upowszechnia się pierwsza z tych strategii. Redaktor naczelny po nominacji staje się ekonomem, pędzącym zespół do morderczej i często bezsensownej pracy (czytaj: na ogół do zarabiania pieniędzy dla wydawcy); dobrze, jeśli z jakąś własną wizją celu i sensu istnienia kierowanego przez się medium, bo zazwyczaj ową wizją jest wyłącznie bałwochwalcze słuchanie poleceń właściciela, który z samej defincji ma zawsze rację (choć zazwyczaj jest totalnym nadzianym durniem).

Wyrzuci więc mianowaniec z pracy każdego – często wczorajszego kolegę z za biurka – kto mu z takich czy innych względów „nie pasuje”; w pierwszej zaś kolejności polecą ci, co to wyrastają ponad przeciętność i mogą świeżo upieczonemu „rednaczowi” zagrozić. W drugiej ci, co mają wymagania – bo „demoralizują zespół” nie chcąc na przykład siedzieć po 12 godzin bez sensu przed komputerem, nie mając nic konkretnego do roboty…

Oczywiście – są sytuacje, w których człowiek ma właśnie własną doskonale sprecyzowaną wizję i świetnie wie, co chce robić; bywa też, że istniejący zespół do tej koncepcji nie pasuje (nie chodzi mi o koncepcję właściciela/wydawcy, bo ta mnie nie interesuje w ogóle i nie powinna interesować redaktora naczelnego: po prostu, gdy ma inny punkt widzenia, to w żadnym wypadku nie może przyjąć nominacji). Ale i wtedy nie wolno mu działać brutalnie.

Musi zespół przekonać do własnych pomysłów, zbudować własny team, najlepiej kumplowsko-przyjacielski – i wtedy zrobi co zechce daleko skuteczniej, niż wymuszając posłuch restrykacjami. Nie przekona naturalnie nigdy wszystkich, zwłaszcza ambitnych i wybitnych – ale tych także nie powinien usuwać, lecz próbować zneutralizować pozytywnie: znacząco awansować finansowo, uhonorować jakimiś zaszczytami –  przy tym pamiętając, że zawsze lepiej jest mieć tuż przy sobie inteligentnego przeciwnika, niż głupiego stronnika i wykonawcę.

Po rozwiązania siłowe wolno i jest sens sięgać dopiero wtedy, gdy napotka się czynny wrogi opór.

Myślę, że warto o tym pogadać. Choć wybierając drugą strategię ma się w zasadzie zagwarantowaną utratę pracy przy najbardziej nawet tolerancyjnym włascicielu. Pracy – ale nie twarzy; a to jest różnica.

Jedno zastrzeżenie: wszystko, co powyżej powiedziałem, dotyczy mediów prywatnych i – w zasadzie – apolitycznych. Tam, gdzie w rachubę wchodzi gówno, zwane polityką, reguły są całkiem inne. Tu – powiedzmy, w publicznym radiu czy telewizji – z absolwentów, dajmy na to, szkoły Rydzyka czy ogólnie Kręgu Przyjaciół Jarosława, żadnego zespołu się nie zbuduje w ciągu sensownego czasu. Tu więc nie co się pieścić: trzeba gilotyny.

Advertisements

5 thoughts on “Redaktor naczelny

  1. Otóż: twierdzę, że większość „biznesów”, zajmujących się mediami, to kwadratowi durnie i prostaki, które – na przykład – zaczęły karierę od handlowania pirackimi dyskietkami na ś. p. Grzybowskiej. I intelektualnie pozostały na tym poziomie, choć niektórzy porobili majątki.

    Ale nie o to chodzi; to tylko, jak mawiał poeta, kwestia smaku. Ważne jest to, że biorący się za media na ogół nic z ich specyfiki nie kumają. Spotkałem się z sytuacją, w której wydawca żądał od członków zespołu – gdy akurat nie było roboty stricte dziennikarskiej – by… sprzątali lokal i podwórko jego kamienicy, „bo wam, k…, za godziny płacę„. Spotkałem się też z sytuacją, gdy team naprawdę wybitnych dziennikarzy zaczął wydawać porządną gazetę, finansowany przez pozornie życzliwego biznesmena; ów dżentelmen po… trzech miesiącach zamknął kasę, bowiem liczył na zyski – które, jak każdy z branży wie, w wypadku nowego tytułu mogą się pojawić najwcześniej po 2-3 latach, przez które wydawca ma bulić i nie margać.

    Raz w życiu spotkałem się (niestety, nie osobiście; beneficjentom szczerze zazdroszczę) z modelową sytuacją: wydawca powołał redaktora naczelnego, dał mu plenipotencję bankowe na 12 mln dolarów i powiedział: za trzy lata chcę od pana dostać 13 mln; jak nie dostanę – pan traci pracę i zamykamy interes; jak dostanę – kontrakt przedłużamy na następne trzy lata. Nie wtrącam się w żaden sposób, nie sugeruję linii pisma ani nie interesuję się personaliami, zaś moje służby finansowe, logistyczne i marketingowe są na pana rozkazy…

    Żeby być szczerym do końca, ów wydawca… sprzedał swoje wydawnictwo w całości komuś innemu bodajże po roku, następca zaś poprzednich ustaleń nie podtrzymał. No, ale miło posłuchać o jednym mądrym…

    Niestety, rzeczywistość jest dużo bliższa modelom opisanym na wstępie. Wydawca/właściciel chce mieć zyski najszybciej i możliwie największe, zaś dziennikarze są dla niego wyłącznie robolami, obsługującymi komputery.

    To nawet rozumiem, choć osobiście nigdy z kimś takim za żadne pieniądze pracować nie będę. Ale pragnę zwrócić uwagę, że część winy leży po naszej stronie: podzieleni na zideologizowane stowarzyszenia – katolickie, śmickie, solidarne, i jakie tam jeszcze – nie tworzymy środowiska. Nie umiemy i nie możemy walnąć pięścią w stół w obronie zbiorowej i indywidualnej. Ktoś, kto się skurwił biznesowo jako naczelny, powinien zostać wykluczony z towarzystwa i niech, sukinsyn, zamiata ulice. Tępy wydawca powinien natychmiast być zbojkotowany i doprowadzony do bankructwa…

    Tyle, że to wymaga jedności i odwagi. Odwagi np. zaryzykowania własnym bytem, posiadanymi kredytami i tak dalej…

    Dlatego czarno to widzę.

    A jeszcze przy okazji: nieco wspomnień. Sam miałem co najmniej czterech naczelnych, którzy byli bliscy ideału. Chodziliśmy wspólnie na wódę (i nie tylko…), przjaźniliśmy się, robiliśmy niezłą robotę dziennikarską – dlatego właśnie, że ją i siebie lubiliśmy; i szanowaliśmy się nawzajem.

    Jeden anegdotyczny konkret: naczelnym nieistniejącej od dawna (była kompletnie „niesłuszna”, więc ją rozwiązano po transformacji) agencji prasowej AR, gdzie debiutowałem etatowo, był uroczy człowiek, Jacek G. Jacek był Żydem (okaże się to za chwilę nader istotne), ale nie miało to żadnego wpływu na personel, wśród którego byli także werbalni antysemici (!). Wśród nich – świetny dziennikarz, ale z bardzo słabą głową, XY.

    W redakcji był pielęgnowany zwyczaj piątkowych imprez – dziewczyny robiły żarcie, panowie przynosili z pobliskiego sklepu coś do wypicia, po korytarzach rozstawiało się stoliki do pokerka i brydżyka – zabawa był na 102, na ogół do drugiej-trzeciej nad ranem. Tańce (adapter „Bambino”, pamiętacie?), hulanki, swawole rozmaite a miłe…

    No i na jednej imprezie XY przebrał miarę w piciu. Podszedł w pewnym momencie do Jacka, chwycił go za klapy i… siarczyście rzygnął, mówiąc „ach ty żydowinie…”.

    Zagadka: jaki był finał tej sprawy?

    Otóż (przecież to był głęboki PRL!) nie pojawiło się żadne SB. Nie stało się w ogóle nic. Jacek po prostu zdjął marynarkę i powiedział do nas, trzeźwych: „panowie, odwieźcie go do domu, bo się rozchorował; szkoda takiego dziennikarza, więc uważajcie, żeby go nie okradli.”

    XY nie tylko nie wyleciał z pracy, ale nie dostał nawet upomnienia!

    Tacy bywali naczelni. W ohydnym PRL-u, naturalnie.

    A teraz anegdotka o mnie osobiście; jestem z niej wyjątkowo dumny. Prowadziłem kiedyś niewielkie i całkiem nieważne pismo; tak się złożyło, że nic innego robić akurat nie mogłem. Wydawca – porządny zresztą człowiek – był w nieustannej rozpaczy, bo miałem autentycznie niezłe wymagania, dotyczące warunków pracy redakcji i zespołu, zaś urzędników wydawcy (różne księgowe i tak dalej) po prostu poniewierałem.

    Któregoś dnia, gdy się u niego zjawiłem, powiedział – zanim zdążyłem usiąść – NIE! Na ulicy, na której jest redakcja, tamy nie postawię. Bo wszystkiego innego już żądałeś…

    I miał mniej więcej rację.

  2. W pewnym znanym mi wydawnictwie prasy technicznej od 1998 roku było pięciu redaktorów naczelnych – 8 lat, rok, rok, 9 miesięcy i najnowszy. Niektórzy „stawali okoniem” wobec szefa firmy, niektórzy byli potulni, inni wreszcie starali się balansować pośrodku. Czas trwania naczelnego skraca się, ale nie jest w bezpośrednim związku z „walecznością” czy „potulnością”. Widzę raczej związek z pogarszającą się sprzedażą, która zresztą, moim zdaniem, jest funkcją sytuacji rynkowej, a nie jakości zarządzania i wizjonerstwa. Stąd pewnie nerwowe ruchy owej firmy.
    Moim zdaniem rynek tradycyjnej prasy powolutku umiera, zastępowany przez Internet i inne formy elektronicznej dystrybucji treści. Ale ktoś musi być winny tej sytuacji, a głową – słusznie czy niesłusznie – odpowiada naczelny; tak jak minister, który podaje się do dymisji, gdy jakiś wysoki urzędnik z jego resortu zostanie złapany na korupcji czy stanie się przyczyną jakiegoś skandalu.
    Osobiście sądzę, że nie ma jasnych zasad postępowania, aczkolwiek wolę naczelnego jako reprezentanta załogi wobec szefostwa, a nie odwrotnie. Wśród inteligentnych ludzi więcej się ugra elastycznością i partnerskim podejściem niż ekonomskim batożeniem.

  3. Droga Pani Marzeno: nie ma obowiązku zostawać redaktorem naczelnym, więc człowiek zasiadając świadomie na tym stolcu nie musi zmieniać poglądu – a przed zasięściem przecież coś z właścicielem/wydawcą ustala. I ma (ma obowiązek mieć) swoje wymagania. To raz. Jestem też raczej przeciwny mianowaniu na szefa kogoś z zewnątrz; to najgorsze (choć czasem nieuniknione) wyjście; to dwa. A nawet wchodząc z zewnątrz do zespołu nie wolno – jestem o tym najgłębiej przekonany – traktować ludzi podle. I z pewnością decyzje personalne w takiej sytuacji należy podejmować nie nagle, a po kilku tygodniach rozeznania. Trzecia rzecz: nie wszystkim należy z pewnością dawać podwyżki, ale tym wybitnym, którzy – być może – nie zostali naczelnymi nie dlatego, że byli gorsi, tylko na przykład dlatego, że nie lubią zarządzać (miałem kolegę, który stanowczo wielokrotnie odmawiał szefowania zespołem kobiet). Ale jeśli wydawca ma kasę i zechce dać podwyżki wszystkim – to czemu nie? Przecież to cudownie ustawi szefa wobec zespołu!
    Główna jednak sprawa leży gdzie indziej: nie wolno patrzeć na zespół dziennikarski jako na podległych pracowników; tak co prawda jest, ale to jest drugorzędne. Sedno w tym, że dobry szef jest „pierwszym wśród równych”, nie nadzorcą na polu kartoflanym. „Wrogiem” musi być mu właściciel czy wydawca; „swoi” – to my, zespół dziennikarski, który musi być drużyną. Naszym celem jest nasza misja merytoryczna; zysk i interes firmy jest na n-tym miejscu.
    No i – żeby już była jasność – to co mówię nie dotyczy w równym stopniu personelu technicznego, obsługi dziennikarzy: różnych księgowych, działu handlowego, marketingu. To jest bowiem nasza służba (w sensie: służący).
    A gdzie miałaby Pani spotkać takiego szefa? Że nie ma? Ha, szkoda, że jużem na emeryturze. Ale w biureczku leżą miłe listy i inne śmieszne dyplomy z serdecznościami, które dostawałem od podwładnych, gdy mnie z posady szefa wylewali przełożeni. Zawsze natomiast byłem w wojnie z „górą”.
    I jeszcze jedno: dziennikarstwo, to twórczość. Może nie przez największe T, ale zawsze. A twórca ma prawo mieć fanaberie, muchy w nosie, i różne takie. I czasem chce mu się pisać o dwunastej w nocy, czasem zaś o 11 rano; tzw. dupogodzin od niego wymagać po prostu nie wolno. On sam na ogół świetnie wie, kiedy ma deadline – chyba, że nie jest profesjonalsitą.
    A jeśli redakcja zmienia się w miejsce, w którym taki zespół wariatów dobrze się czuje, jeśli nawet towarzystwo razem wypije flaszkę albo zagra w pokerka, to – daję pani słowo – nic w tym złego.

  4. Szanowny Panie Bogdanie!
    Sytuacja, wyżej opisana, widzę, że dotknęła Pana „do żywego”. Wydaje mi się jednak, że daleko Panu do obiektywizmu.
    Zapatruje się Pan na stronę wydawca-dziennikarz jak na kosę i kamień. Jednak nie nad tą myślą chciałabym się skupić.
    Naprawdę myśli Pan, że zasiadając po drugiej stronie biurka, człowiek staje się innym człowiekiem i zmienia swoje myślenie pod dyktando „ważniejszego”?
    Czy też, jak za pociągnięciem magicznego sznureczka, wywraca się do góry nogami cały dotychczasowy światopogląd? Tą kwestię pozostawiam Panu do przemyślenia.
    Uważa Pan, że nowy redaktor naczelny powinien pierwszego dnia pracy na nowym stanowisku, wejść do redakcji, poklepać wszystkich po ramionach, pogratulować pomysłów (jakiekolwiek by one były) i dać kilkaset procent podwyżki. (Jak Pan znajdzie takiego redaktora to proszę o pilny kontakt! Mam nadzieję, że życia Panu starczy.)
    Z pracy, zapewne, został zwolniony super-hiper dobry pracownik, który zawsze robił wszystko dobrze, wywiązywał się ze swoich zadań wzorowo, był lubiany i doceniany przez współpracowników. Czemuż więc on nie został r. n., skoro faktycznie mógłby zagrażać nowemu naczelnemu?!
    Moim skromnym zdaniem: redakcja to nie prywatny plac zabaw dla kumpli, którzy wpadają w wolnej chwili, dla relaksu, czy też dla nie siedzenia w domu.
    Z poważaniem,
    Marzena

Możliwość komentowania jest wyłączona.