Śmiać się, czy płakać?

Zanim przejdę do rzeczy – dwie anegdotki. Otóż mój ukochany i wielokrotnie tu wymieniany & cytowany przyjaciel miał w wielkiej estymie ludzi nauki. Słowo „profesor” wprawiało go niemal w ekstazę, naukowców uważał wręcz za półbogów. Sam był humanistą z krwi i kości, nieukończonym prawnikiem, czynnym wybitnym artystą i do tego niewiarygodnym erudytą; wszystko to razem nie wpływało na jego stosunek do uczonych. Do pewnego momentu… Otóż poznaliśmy niegdyś na gruncie czysto zawodowym pewnego profesora politechniki, wybitnego eksperta w swojej dziedzinie (do tego nam był zresztą potrzebny). Profesor ów – poza swoją specjalnością – okazał się mianowicie skończonym, źle wychowanym kretynem. Jego poziom wiedzy humanistycznej był żenujący, poglądy – obskuranckie, zachowanie zaś na poziomie stajennego. Klepał panie po tyłkach i rechotał jak, nie przymierzając, pewien znacznie później znany wicepremier. Był chyba – tak w swym prostactwie oceniłem – nieźle szurnięty.  – Przyjacielu – rzekł do mnie przyjaciel – mój światopogląd został boleśnie zrujnowany…Anegdotka druga. Lata dzieciństwa i młodości spędziłem w dość ciekawym miejscu, na przedmieściach podwarszawskiego miasta średniej wielkości. W pobliżu mego domu – jakieś 500 m – była ciekawa instytucja. Rozłożone w pięknym parku miłe dla oka pawilony z przełomu stuleci, śpiew ptasząt, interesujące towarzystwo… Był tam na przykład pan o ksywie Jasio Parowóz, który tocząc fajerkę na drucie po wypielęgnowanych uliczkach parkowych tęsknie porykiwał, naśladując – nie powiem, nawet udatnie – gwizd lokomotywy. Była pani zwana Hela Świńtucha, która lubiła – siedząc na drzewie – pokazywać przechodniom swoje intymne dźwięki.Była Święta Iza, która rozmawiała z aniołami…  Słowem, owo miasto był to Pruszków, przedmieście zaś nazywało się Tworki. Instytucją był znany i ceniony szpital psychiatryczny.

A teraz do rzeczy – i okaze się, co ma jedno z drugim wspólnego. Oto informacja z dzisiejszej „Gazety Stółecznej„, cytuję fragment: 

„Okazuje się, że drogowcy warszawscy wezwali bioenergoterapeutę na trzy bemowskie skrzyżowania i za instalację tzw. odgromników, które miały neutralizować negatywną energię, zapłacili 2,6 tys. zł. Chciałbym wiedzieć, co to jest w ogóle zła energia? Jakie badania naukowe potwierdzają skuteczność tej metody?” – dopytuje się Maciej Maciejowski z PiS. A oto, czego się dowiedział: „Do Zarządu Dróg Miejskich zgłosił się pan Lucjan Margol, radiesteta, który zaoferował nieodpłatnie zbadanie miejsca o dużym zagrożeniu, a następnie jego zabezpieczenie przed tzw. obciążeniami geopatycznymi” – pisze prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO). I szczegółowo wyjaśnia, że „radiestezja, czyli odczuwanie promieniowania, pochodzi z połączenia dwóch wyrazów z języka greckiego: radia, czyli promień i aisthezis, czyli odczuwanie”. A radiesteta to „człowiek, który własnym zmysłem i za pomocą swoich przyrządów wychwytuje promieniowanie badanych ciał i przedmiotów”.

Więc tak: Pani Prezydent jest profesorem prawa. Zgodnie z morałem wynikającym z anegdotki pierwszej nie chroni to Jej – okazuje się – przed totalną ignorancją w naukach przyrodniczych i technicznych. Miała także kiedyś, zdaje się, jakieś kontakty z Duchem Świętym. Może by więc na wszelki wypadek udała się w półgodzinną przejażdżkę kolejką WKD do owego parku z drugiej angedoty? Warto się zbadać; objawy są wysoce niepokojące.

Advertisements

11 thoughts on “Śmiać się, czy płakać?

  1. Gazeta Stoleczna opublikowala list rzecznika prasowego ratusza, w ktorym wyjasnia on, ze radiesteta zostal przyjety w ratuszu w roku 2003, a zamowienie na urzadzenia rdiestezyjne pod skrzyzowaniami zostalo zlozone w roku 2005. Szkoda, ze w cytowanym powszechnie liscie pani prezydent informacji tych zabraklo, zamiast tego znalazly sie wyjasnienia sugerujace „naukowosc” radiestezji.
    (http://wyborcza.pl/1,94898,6156933,Pani_prezydent_i_odgromniki_przy_skrzyzowaniach.html)

Możliwość komentowania jest wyłączona.