Refleksje na sześć tuzinów

Najpierw całkiem poważnie: dziękuję wszystkim za miłe słowa; zrobiliście mi masę przyjemności.

Teraz w nieco innej tonacji: odrobina zawodu jednak tę satysfakcję przyćmiewa. Spodziewałem się bowiem, że przynajmniej jedna osoba nazwie mnie:

  • parszywym Żydem
  • wstrętnym pedałem
  • germańskim pomiotem
  • przyjacielem kacapów i ubeków
  • kosmopolitycznym nihilistą narodowym
  • rozpustnym bezbożnikiem
  • obrzydłym komuchem
  • lub czymś w tym rodzaju

Rzecz w tym, że każdy taki epitet dostarcza mi wiele radości (bo znaczy, że czymś komuś dopiekłem, a o to chodzi, o to chodzi!) i – biorąc pod uwagę mentalność Autorów takich wypowiedzi – stanowi dla mnie prawdziwy zaszczyt. Pomijam fakt, że niektóre – nie wszystkie – z cytowanych określeń są najzupełniej prawdziwe.

No, ale tym razem nic takiego (do momentu pisania niniejszego postu) nie było.

Wobec tego kilka sprowokowanych tą sytuacją refleksji o życiu; 72 przeżyte lata, czyli 6 tuzinów, czyli (2^3)×(3^2) – zatem liczba matematycznie dość ciekawa – upoważniają, jak mniemam, by się odrobinkę powymądrzać na własny temat.

No więc – powiem wam, że nie jestem z tych lat niezadowolony. Większość mojego świadomego życia przypadła na PRL; i nie narzekam z tego powodu, choć wywodzę się z bardzo niesłusznej w tamtym okresie warstwy społecznej i to pochodzenie w paru sytuacjach mocno negatywnie zaważyło na moim życiorysie. Gdyby PRL – a przede wszystkim wojny – nie było, zapewne spędziłbym te lata w warunkach absolutnie niewyobrażalnych dla 90% współobywateli.

I byłoby to – w moim przekonaniu – bardzo niesprawiedliwe, bowiem uważam, że każdy powinien swoje ewentualne powodzenie (lub niepowodzenie) zawdzięczać wyłącznie sobie; nie tatusiowi, jego pozycji czy zasobom finansowym. Więc nie czuję z powodu tych niefortunnych dla mnie zbiegów okoliczności specjalnego dyskomfortu; gdy chodzi o PRL, to wręcz żadnego.

A poza tym… kiedyś tu już bodaj zacytowałem przyjaciela: nie należy się obrażać na rzeczywistość, bowiem jej to nic a nic nie obchodzi. Rób tedy swoje człowieku, a będziesz zadowolony.

Troszkę w tym 72-letnim życiu osiągnąłem (choć w dziś obowiązującej powszechnie mierze finansowo-bytowej jest to mniej niż zero), nie powiem. Jak słusznie zauważył jeden z komentatorów, nie napracowałem się przy tym fizycznie: rączki jak były bez odcisków, tak są. Owych odcisków unikałem starannie i z obrzydzeniem, nie oszczędzałem za to mózgu; no, ale to się pewno dla „szarego człowieka” nie liczy, bo używanie tego fragmentu cielesności to czysta przyjemność, dla większości owych „szarych” całkowicie zresztą niedostępna.

Napisałem więc sporo tekstów (mam nadzieję, że najlepsze jeszcze napiszę), zrobiłem ładnych parę setek programów telewizyjnych, następne parę setek audycji radiowych, wydałem kilkanaście książek… Kierowałem kilkakrotnie świetnymi zespołami znakomitych ludzi, z którymi na ogół rozstawałem się z obustronnym żalem i w przyjaźni (czego nie mogę powiedzieć o większości przełożonych…). Miałem kilkanaścioro i mam do dziś kilkoro przyjaciół, których cenię i szanuję, a kontakt z nimi uważam za rozkosz dla umysłu. Kilku bliskich mi niegdyś ludzi już odeszło; na szczęście bardzo niewielu jest takich (ale są!), których po latach uważam za palantów.

Nade wszystko zaś dokonałem pewnej liczby (niech pozostanie tajemnicą) odkryć. W dziedzienie matematyki, sztuki i dziennikarstwa w większości. Wszystkie te odkrycia określiłbym jako ładne, niektóre zaś jako bardzo piękne. W każdym razie takie były w momencie odkrywania; dziś niektóre byłoby lepiej raczej zakryć z powrotem, ale mniejsza o to: czas jest nieubłagany.

Żadnego z tych odkryć – szlachetnie – nie zachowałem wyłącznie dla siebie; nie dałoby się zresztą. Fakt ten był dla mnie w paru wypadkach niejakim zaskoczeniem, ale w sumie twórczym: prowadził bezpośrednio do kolejnego odkrycia. Odkrycia owe były przy tym często nie tylko efektowne, ale i wartościowe: jedno z nich zostało na przykład profesorem, inne gwiazdą mediów, jeszcze inne znakomitym ekonomistą, dalszych kilka świetnymi managerami wysokiego szczebla, kolejne najlepszym redaktorem najtrudniejszych tekstów, jakiego spotkałem w życiu. Były i takie, które stały się po prostu porządnymi ludźmi; to zresztą – moim zdaniem – wystarcza. Niektóre z tych odkryć zaowocowały skutkami, które same w sobie są wysoce godne uwagi i dokonują teraz kolejnych istotnych odkryć.

Ważne jest, że najładniejsze moje odkrycie matematyczne jest od kilkudziesięciu już lat niedaleko mnie i nie straciło swoich walorów, ani estetycznych, ani intelektualnych. Umie także gotować.

Jak z tego wynika, za najważniejszą rolę w moim życiu uważam rolę nauczyciela (pełniłem ją, głównie na szczeblu akademickim, przez około 20 lat), choć może pojmowaną odrobinkę niekonwencjonalnie. Ale ważne są skutki, nie zaś metody.

Amen.

PS. Jako matematyk – polecam wam na święta „Flaszkę Kleina” (na obrazku). To coś takiego, jak wstęga Möbiusa: bydlę także jednobieżne, tylko z wymiarami trochę inaczej. Pić się z tego nie da, ale ładna cholera.

Advertisements