Aktorzy dyplomowani?

Dziwny pomysł zgłosił PSL: aby aktorem nie mógł być byle kto. Awantura wybuchła z tego powodu dość niezwykła jak na – powiedzmy sobie szczerze – niezbyt dużą doniosłość kontrowersyjnej idei; w końcu – ilu osób ma ona dotyczyć? Góra kilkuset. „Przekaziory” jednakowoż wzięły sprawę ostro na warsztat, zdecydowanie – jak niegdyś mówiono – „dając odpór”, przy czym głównym przez nie używanym argumentem był ten, że niejaka panna Cichopek (czy jak jej tam) i jacyś bracia Kroczkowie, czy też Mroczkowie, tego zaszczytnego statusu nie otrzymają…

Sprawa jednak nie jest taka nieważna i błaha, jak to sam zasugerowałem. I ma swoje drugie dno, ważne nie tylko dla artystów.

Z jednej strony, nie chodzi tu bynajmniej o pieniądze. Mamy w końcu wolny rynek i jeśli ktoś chce zapłacić pannie Kasi za rozebraną fotkę nawet milion dolców – to jest to jego sprawa. Podobnie jeśli ludziska chcą pannę Kasię i braci Kroczków (czy też Mroczków) oglądać w różnych ponętnych pozach, a nawet za to płacić – to też jest ich sprawa. Nic nie ma do tego żadne magisterium ani licencjat.

Z drugiej strony – czy pannę Kasię i braci Kroczków (czy też Mroczków) należy w takich okolicznościach nazywać artystami czy aktorami? Pewno rzeczywiście  nie jest to nazwa najszczęśliwiej dobrana do stanu faktycznego. Ale w końcu to też tylko kwestia słowa (i troszkę kwestia dobrego samopoczucia Wielkich Seniorów); w sumie zapewne – do pominięcia.

Jest jednak i trzecia strona. Widzę ją (raczej: słyszę, dokładniej zaś: nie słyszę) w polskich filmach, audycjach radiowych, na deskach teatrów: grające tam osoby na ogół bełkoczą i coś tam sobie smędzą pod nosem. Nikt ich bowiem nie uczył nigdy dykcji, nie ustawiał głosu ani emisji…

No i tu jest problem. A rzecz jest nieco ogólniejsza: bo dzisiejsi dziennikarze nie znają często zasad ortografii ani gramatyki i plotą głupstwa bez sensu; bo pełniący obowiązki biurowych informatyków nie mają bladego pojęcia o sekretach Windows, bo…

Może więc jednak, cholera, wymagać tego minimum wykształcenia?

Advertisements

11 thoughts on “Aktorzy dyplomowani?

  1. Tyle że rozwiązania korporacyjne mogą nam się nie udać. Popatrz na wybór imć Rymanowskiego — jak najbardziej demokratyczna decyzja środowiska. Nie jestem przekonany, czy dziś to środowisko przyznałoby status dziennikarza Urbanowi, choć warsztatowo nie bardzo da się robić porównania.

    W branży informatycznej mogłoby być podobnie do tego, co opisał Paweł. Czyli status członka wysuniętego z ramienia na czoło otrzymaliby koledzy, którzy popijają piwo, znają się osobiście i wspierają w różnych serwisach społecznościowych i biznesowych.

    Osoby spoza układów towarzyskich / korporacyjnych mogłyby w ogóle nie mieć okazji stanąć przed jakąkolwiek komisją weryfikacyjną. O wyniku nie ma co mówić, bo byłoby całkiem prawdopodobne, że mniej zdolni oceniający wycinaliby bardziej zdolnych zdających.

    Wydaje mi się, że zdrowy wolny rynek mógłby to załatwić. Przy czym dla mnie zdrowy znaczy tyle, że pożądane trendy (tzw. kultura wysoka) będą promowane. Tu kompletnie nie zgadzam się ze stanowiskiem Grzegorza Miecugowa, wielokrotnie przedstawianym podczas różnych dyskusji. Nie uważam, że telewizja musi puszczać to, czego chcą widzowie. Telewizja może sterować widzami, wywołując w nich apetyt nie na kolejną gołą dupę + krwawe ochłapy, ale na dobry film, interesującą sztukę teatru telewizji czy solidną dawkę wiedzy przedstawioną w zrozumiały dla odbiorcy sposób. Stacja Kino Polska dowodzi, że takie podejście może się opłacać i da się z tego żyć.

  2. To ja też mam pewien pomysł. Może uda zebrac się 100 tys. podpisów: wprowadźmy tytuł dyplomowanych polityków!
    Czemu ma mnie reprezentowac hołota bez wykształcenia?
    Obawiam się tylko, że z momentem wprowadzenia takiej ustawy Sejm tak by wymiotło, że mielibyśmy exodus na skalę biblijną.
    Szkoda słów, durniów się nie sieje, sami się rodzą.

  3. Poważni ludzie z namaszczeniem dyskutują o poronionym pomyśle PSL zamiast odpowiedzieć klasykiem: Pocałujcie mnie w d..ę pajace!

  4. Tak, Stefan Banach nie ukończył ani UJ, ani Politechniki Lwowskiej, na których studiował. A Alan Turing nie miał bladego pojęcia o sekretach Windows. Także o bazach danych.

    1. Widzę, że chyba się niezbyt jasno wymuliłem. Więc kodem otwartym: otóż pomysł PSL uważam za idiotyczny, szczególnie tam, gdzie chłopaki bawią się w zobowiązywanie „zawodowca” do pilnej nauki tekstu itp. Podobnie mam bardzo negatywny stosunek do pomysłów ustaw, określających zbyt ściśle zawód dziennikarza czy… pisarza, albo jakikolwiek inny twórczy.
      Niemniej jest problem: całkowicie wolny rynek prowadzi nieuchronnie do spadku jakości produkcji artystycznej i komercjalizacji wszelkiej twórczości; niedawno ze zgrozą słuchałem, że wytwórnie płytowe narzucają muzykom czas utworu, usuwają „zbędne ozdobniki” (bo wtedy muzyka jest za trudna…) itp. Wydawcy prasy zatrudniają z kolei 20-letnich debilków, bo tani – unikają zaś jak ognia wymagających szacunku i dużych pieniędzy „repów”. Wydawcy książek (autentyk!) mówią „tłoczony srebrem tytuł i angielski pseudonim autora, a sprzedam wszystko, nawet ambitne„…
      Coś z tym trzeba jednak zrobić, bo głupiejemy. Nie bardzo wiem, co. Coraz bardziej skłaniam się jednak ku rozwiązaniom korporacyjnym: to chyba ogół wykonujących dany zawód twórczy powinien decydować w dominujący sposób o przyjęciu adepta w swoje szeregi. Więc: nie wydawca decyduje o przyznaniu statusu dziennikarza, ale jakiś proces oceny przez środowisko. Był taki niegdyś, niesprzeczny zresztą z otwartością zawodu: ja sam miałem już niejaką popularność i ładnych parę setek publikacji (w tym programów telewizyjnych) – a musiałem czekać jeszcze kilka lat, zanim dostałem czerwoną legitymację członka SDP (najpierw małą, kandydacką – po kolejnym roku „dużą”). I dopiero wtedy miałem pełne prawa.
      Banach – Pawełku – podpada dokładnie pod ten model (choć w matematyce to nieco łatwiej, bo tu poprawność i odkrywczość publikacji są dla zawodowca oczywiste): został właśnie zaakceptowany przez innych matematyków.
      W dość rzadkich przypadkach – to jeszcze jeden problem – rzeczywiście formalne wykształcenie wyższe nie jest do niczego potrzebne (znów przypadek Banach, także Mazura…). Na ogół jednak nie szkodzi. I (jakieś, niekoniecznie specjalistyczne) powinno być w zasadzie wymagane, bo to jest „statystyczna ochrona jakości”; od tej zasady należy robić wyjątki dla szczególnie zdolnych, nie odwrotnie.

  5. Gdy pracowałem w Lupusie, na kilkudziesięciu dziennikarzy zaledwie dwoje miało zrobione studium podyplomowe (chyba roczne), w tym osoba o nader miernych kwalifikacjach merytorycznych i intelektualnych, która połowę swojego czasu poświęcała w związku z tym na stwarzanie pozorów, jak jest wybitna i niezbędna. Jednym z owych pozorów było mówienie „w Lupusie tylko my dwoje jesteśmy dziennikarzami”. Tak się złożyło, że to jednak „nie-dziennikarze” porobili kariery w branży, a nie owa osoba. Byli inteligentni i pracowici, mieli wiedzę i pióro.
    Pomny tych doświadczeń traktuję formalne wyróżniki ostrożnie.
    Czy to nie Stefan Banach nie miał magisterium?

  6. No cóż – ani pani Cichopek, ani bracia Mroczkowie NIGDY nie zostana zaangazowani do teatru, gdzie bryluje np. niezrownany Nowicki. No i dobrze.
    Ale jeśli sa w stanie pokazac cokolwiek, co jakąs grupe publicznosci bawi – to jest to sprawa tej publicznosci.
    Z gustami sie nie dyskutuje, moznaby ewentualnie te gusta wyrabiac ambitniejszym repertuarem. Ale to juz „misja” a nie komercja.

  7. Też mam wątpliwości, bo zgadzam się z krytyką poziomu, z drugiej strony trudno mi uznać ustawową regulację (swoją drogą minister Bogdan Zdrojewski już wezwał PSL do „pilnego” wycofania projektu).

    Nawiasem mówiąc o poziomie dziennikarstwa przypomniało mi Polskie Radio, które donosząc o tym projekcie ustawy cytowało wypowiedź „prezesa PSL Antoniego Pawlaka”.

  8. Wymagać można, ale przecież nie ustawowo! Skoro ludzie chcą oglądać aktorów bez dykcji i czytać dysortografów, trudno, chociaż mnie samego takie przypadki denerwują. Jakoś mi przeszkadza, kiedy rola w filmie jest odgrywana sztucznie. Ale sposób na to jest prosty – nie oglądam filmów prezentujących podobny poziom. To JA stawiam wymagania i wybieram sobie co zobaczyć, tak sam o jak JA wybieram sklep, w którym kupuję bułki; nie żaden tam ustawodawca, którego wymagania mogą sie nie pokrywać przeciez z moimi i któremu może przy okazji chodzić o stworzenie stosownego urzędu, przyznającego uprawnienia. (W którym to urzędzie można pousadzać znajomych i tych, którym się należy wdzięczność.) Ale to tak, poza tematem;)

  9. Bogdanie, generalnie masz rację, jakiegoś minimum należałoby wymagać. A nawet ciut więcej, niż tylko minimum. Tylko nie wiem, czy naprawdę należy do tego celu pisać specjalną ustawę. Podobnie licznych grup zawodowych mamy w Polsce setki, jeśli nie tysiące, więc trochę boję się precedensu.

    Wszak popatrzmy na osoby tworzące serwisy internetowe. Można wymagać od nich studiów informatycznych, tyle że… nie ma w Polsce żadnej uczelni, która kształciłaby takich specjalistów. Pomijając osoby pracujące podczas studiów, absolwenci kierunków informatycznych mają nikłe pojęcie o standardach internetowych, zasadach projektowania serwisów, dostępności, użyteczności i szeregu innych drobiazgów. Ba, nawet świeżo dyplomowani programiści trafiając do pracy przechodzą kurs (re)edukacyjny, podczas którego starsi stażem koledzy przekazują im sporo wiedzy.
    Trochę nie wyobrażam sobie sytuacji, w której posłowie produkują ustawę definiującą, kto może być programistą aplikacji internetowych, kto grafikiem, a kto architektem informacji. Chyba bałbym się korzystać z Internetu, który tworzyliby tacy osobnicy…

Możliwość komentowania jest wyłączona.