Niesmak

Gdy zdarzy się coś ciekawego lub irytującego – typowy bloger z reguły natychmiast uruchamia kompa, siada do klawiatury i pisze komentarz. To nawet dobrze: w ten sposób czytelnicy poznają cudze opinie niemal w czasie rzeczywistym, tak jak one się rodzą. Ale jest w tym i pewne niebezpieczeństwo – i wcale nie takie, że zdarza się, iż po namyśle człowiek może zmienić zdanie, więc ta pierwsza opinia bywa czasem nadspodziewanie szybko nieaktualna. W końcu – można swój artykuł skorygować, dodać nowy, napisać komentarz do komentarza – taka kolekcja postów też ma swój walor i także jest przekazem informacji; w tym wypadku mówiącym coś również o samym autorze, co może być również pasjonujące.

Niebezpieczeństwo – potencjalne – tkwi gdzie indziej. Nie w treści komentarza, ale w jego formie. Ściślej biorąc w tym, że opisana wyżej statystycznie typowa reakcja blogerska będzie czasami silnie naznaczona emocjami. Owe emocje – mówiąc wprost – mogyby niekiedy przekroczyć granice dobrego wychowania; nawet tak nieostre i daleko odsunięte od wyobrażeń – powiedzmy – mojej babci, jak to jest dzisiaj w Internecie. Dlatego właśnie kilka dni pomilczałem; musiałem się po pewnym wydarzeniu uspokoić, bo w pierwszym odruchu stać by mnie było wyłącznie na ordynarne bluzgi. A jeżeli już mój rodzony syn mówi mi Ojciec, czasami rżniesz po bandzie – to znaczy, że koniecznie trzeba odczekiwać.

Przyczyną mojego lekkiego ataku szału był ten dziwny sabat czarownic ku czci Wolnych Związków Zawodowych, zorganizowany – rzekomo – przez p. Walentynowicz w Sejmie; piszę „rzekomo”, boć przecież ta dama sama z siebie na taki pomysł by nie wpadła: IQ by jej nie pozwoliło. Jakiś Kurski czy inny Kamiński musiał jej ten pomysł podsunąć, to oczywiste. Tu macie notkę o tej sprawie, ciekawą o tyle, że wraz z nagraniami audio.

Impreza była rozpaczliwa. Już samo pominięcie Wałęsy jest kuriozalnym idiotyzmem. Ale buczenie na Borusewicza, nieobecność Karola Modzelewskiego ani ludzi z KOR-u, jawne i bezczelne publiczne łgarstwa Brata Jarosława, z absolutnym cynizmem fałszującego historię w imię wypowiedzianego publicznie (!) hasła, że trzeba ją pisać na nowo (jakby historia nie pisała się sama, w dodatku faktami!) – wszystko to zatyka dech w piersiach. Wszyscy ci ludzie, którzy w tej orwellowskiej iście Godzinie Nienawiści się tam zgromadzili – zasługują tylko i wyłącznie na pogardę i obrzydzenie. To są kłamcy, potwarcy i cyniczni gracze polityczni, wykorzystujący demagogicznie fobie i uprzedzenia ordynarnej gawiedzi.

Swoją drogą… Gdyby mi ktokolwiek w latach pierwszej „S” powiedział, że będę popierał kogoś z tej organizacji (a szczególnie kogoś z Wiadomym Znaczkiem w klapie) – uśmiałbym się jak mrówka. Nie ukrywam, że nie byłem fanem tego towarzystwa, głównie zresztą dlatego, że tak się do niego przyssały klechy, z niejakim Jankowskim, ksywa Prałacina, na czele. Nie mogłem wówczas, przed laty, wyjść ze zdumienia, że zaangażowali się w to-to tacy wspaniali ludzie, jak Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Tadeusz Mazowiecki czy Janusz Onyszkiewicz oraz wielu innych.

Cóż… tempora mutantur, nos et mutamur in illis. Coś niecoś zrozumiałem nawet ja. Dziś tego pana ze znaczkiem w klapie całkiem lubię; przy wszystkich do niego zastrzeżeniach i przy wiedzy o jego różnych ułomnościach uważam, że był o niebo lepszym prezydentem od Kaczyńskiego; i znacznie od pana profesora inteligentniejszym. Chyba też rozumiem Kuronia i innych: mieli rację, bo dawny system był już do tego stopnia niewydolny, przede wszystkim ekonomicznie, że trzeba było z nim skończyć; nawet za cenę doraźnej współpracy z jakimś Wyszkowskim albo innym oszołomem czy zwykłym łajdakiem.

Co nie zmienia faktu, iż ta współpraca była – w mojej ówczesnej opinii naturalnie – czymś skrajnie nieestetycznym, czymś nie comme il faut. Czasem trzeba coś takiego zrobić – w imię wyższego celu; ów wyższy cel wówczas bez wątpienia istniał, przyznaję to dzisiaj.

Ale goebbelsowskie w swej istocie imprezy – takie jak wspomniany sabacik – budzą właśnie wyłącznie tytułowy niesmak, żadnym „wyższym celem” usprawiedliwić ich się bowiem nie da; są ponadczasową zwykłą hucpą i ordynarnym łajdactwem. Byłyby takie wówczas, są takie dziś i tak samo – lub ostrzej – ocenimy je za kolejne ćwierć wieku.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Niesmak

  1. Nie wydaje mi się, by jedynie Jarozuelskiemu, Kiszczakowi, czy Tuskowi wałęsa zawdzięczał „powrót do łask”. Wszak wiele się nie zmieniło w jego retoryce, argumentach czy poglądach – raczej w naszej rzeczywistości, którą jednak w tragiczny sposób zweryfikowali dwa Panowie K., nagle zaczęło się doceniać postaci barwne i dające świadectwo faktom. Nie przekłamaniom i zadufaniu.
    Pozdrawiam

    Polubienie

  2. Powtarzanie argumentów przeciw Wałęsie wynika chyba z przekonania, że wymierzenie błędów czy niedostatków umysłowych polityka mówi już wszystko o wartości jego działań. Pod spodem takiego przekonania siedzi inne, o niesłychanej racjonalności poczynań ludzkich. Tę kartę często Kaczyńscy kładą na stole. Niby mają rację (wtedy gdy nie kłamią, co niestety nierzadko im się przytrafia), ale niewiele warta ta racja, bo rzeczywiście pełen braków i dziwactw i zupełnie godnych potępienia umysłowych śmieci Wałęsa miał parę strzałów w dziesiątkę i to w sytuacji, w której zapewne mądrzy i rozsądni przegraliby rozgrywkę. Piszę to bez cienia wewnętrznej radości, dużo bardziej wolałbym wierzyć, że inteligentni okazują się uczciwymi i mądrymi, a przygłupy zostawiają po sobie tylko brudy, ale cały zapis historii pokazuje, że to zupełnie nie tak sprawy się toczą… Czasami rosyjskie bajki o trzecim a głupim synu Jasiu są lepszym przedstawieniem losów niż uniwersyteckie tezy… Po prostu w grze jest dużo nieracjonalnych elementów, czasami gra z brydża zamienia się ona w poker, a tu klasyczne wykształcenie jest dobre do siedzenia ale nie do położenia na stole.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.