Przemilczanie i „czarny PR” jako metoda

tusk Wyobraźcie sobie taką sytuację: w centrum Warszawy, w znanym i ogólnie dostępnym miejscu zbiera się około 500 osób. Mówią o sprawach publicznych, są wśród nich postaci z pierwszych stron gazet; może niekoniecznie z wydań ostatniego tygodnia, ale zawsze. Prasa, radio i stacje telewizyjne są zawiadomione; skutecznie, o czym świadczy obecność na sali co najmniej pięciu ekip. W toku zgromadzenia padają sformułowania ostre i kontrowersjne; niektóre z nich są w dodatku bardzo zabawne, inne – gorzkie. No i… nic. Kicha z grochem, w ciągu paru godzin żadnego echa w mediach ani Internecie. Przemilczano.

Chodzi o dawne już krajowe zgromadzenie wyborcze Polskiej Lewicy, ugrupowania utworzonego przez Leszka Millera i liczącego obecnie w skali kraju około 1000 ludzi, na którym opublikowano program partii i wybrano władze. Ten program – może realny, może nie – jest jednak dość ciekawy i zasadniczo różny od programów innych grup lewicy.

Chyba – bez względu na sympatie czy antypatie polityczne albo osobiste – był to temat dla mediów?

Okazuje się, że nie. Jakby się Urbański z Walterem i Solorzem umówili ze wszystkimi portalami internetowymi. Nie jestem zwolennikiem żadnych spiskowych teorii dziejów, wręcz przeciwnie. Ale oczy mi się szeroko otwierają ze zdumienia. Nie pojmuję. Przemilczano. Metoda? Czy uleganie stereotypowi „złego Millera”, czy w ogóle „złego (post)komucha”?

Inna metoda, której obiektem jest nie tylko Miller, ale także facet, którego nigdy w życiu nie nazwałbym bohaterem mojego romansu, choć nie mam do niego także bynajmniej stosunku wrogiego: Donald Tusk. A owa metoda, to „czarny PR”, niegdyś zwany po prostu obsrywaniem. PiS się ewidentnie umówił (zapewne nie tyle zresztą umówił, co karnie wysłuchuje rad swoich spin doktorów) i przy każdej okazji wszyscy jego przedstawiciele zarzucają Tuskowi lenistwo, nieróbstwo, spanie do południa…

Wydawałoby się: idiotyzm tak oczywisty, że zęby bolą. Wydawałoby się, że prostackie i prymitywne tokowania pani „bynajmniej” Kępy, oczywistej prowincjonalnej drobnomieszczańskiej ćwiercinteligentki, czy innej rozkosznej w swej egzotycznej nibycudzoziemskości pseudointelektualistki imieniem Nelly, albo półinteligentów w rodzaju Gosiewskiego bądź Brudzińskiego – nikomu do szarych komórek trafić nie mogą. Wydawałoby się, że kretyńskie i nietaktowne uwagi na temat odznaczenia Tuska orderem „Słońca Peru” znikną z łam gazet i eteru radiowego co najmniej tak samo szybko, jak się pojawiły – a tu znów: kicha z grochem. Brednie o Tusku powtarza z przekonaniem osoba, którą – imaginujcie sobie! – lubię, cenię i szanuję za inteligencję bynajmniej nie z drugiego czy nawet piątego pokolenia (mniejsza o to, kto); chamskie i obraźliwe dla Peruwiańczyków uwagi pojawiają się w ustach wcale nie dwudzietoletniego i zupełnie niegłupiego radiowca tuż po prośbie Tuska, by sobie dać z tym spokój – i po przekonującym stwierdzeniu, że pewno też nie bylibyśmy zachwyceni, gdyby peruwiańska prasa napisała, że Order Orła Białego jest zrobiony z piór, wyrwanych z tyłka takiemu dużemu europejskiemu ptaszysku…

Wrócę jeszcze do Millera. Faciowie od czarnego PR zrobili z niego uosobienie postpezetpeerowskiego betonu i Grupy Trzymającej Władzę. Wierzcie mi: widziałem z bardzo bliska nie tylko post- ale i wręcz PZPR-owski beton; zapewniam, że Miller z tą kategorią ludzi nie tylko nie ma nic, ale to nic wspólnego – ale jest dla nich wrogiem. O GTW to już i mówić mi się nie chce, bo to intryga szyta zbyt grubymi nićmi (intryga, uknuta zresztą – w moim głębokim przekonaniu – w kręgach wcale niekoniecznie tylko prawicowych…) i całkowicie – zdałoby się – skompromitowana wyrokami sądowymi. No ico? Przyssało się. Przylgnęło.

Nie rwę szat z tego powodu. Stwierdzam fakt. Tylko mnie on trochę dziwi. Choć pewno nie powinien: dawno, dawno temu wykonałem pewien eksperyment socjologiczny na obozie wojskowym, w którym uczestniczyłem (pod komendą płk Maksymiliana Schnepfa, ojca obecnego wiceministra spraw zagranicznych, jednego z bardziej uroczych i uczciwych ludzi, jakich poznałem w życiu). Otóż ani razu nie wziąłem udziału (jakoś się udało…) w tzw. zaprawie porannej, natomiast wykorzystywałem ten czas, aby się spokojnie ogolić i wykonać różne stosowne do okoliczności ablucje. Ale rozgłaszałem coś dokładnie przeciwnego: skarżyłem się na zmęczenie z powodu forsownych ćwiczeń i informowałem wszech wokół, że z powodu okropnie zimnej wody w kranie golę się tylko co trzeci dzień, nie myję zaś niemal w ogóle. W efekcie większość kolegów uznała mnia za opętanego sportem osiłka-brudasa…

A byli to w końcu bardzo inteligentni ludzie: matematycy, fizycy, historycy, prawnicy. Aż boję się wymienić niektóre nazwiska; niech wam wystarczy, że był wśród nich zarówno jeden z najsłynniejszych – już wówczas i potem – rockmanów, jak i kochany dziś przez wielu najwspanialszy ze wszystkich Pan z Termosem Na Szyi…

No to czego wymagać od przeciętnego przygłupa? Wmówią mu, że Tusk śpi do południa – to może sobie wstawać o czwartej rano codziennie. I tak lud będzie wiedział swoje.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Przemilczanie i „czarny PR” jako metoda

  1. Czytając wstęp myślałem że to było rzeczywiście jakieś poważne spotkanie i wymianę opinii, ale jeżeli najbardziej aktualnym politykiem był Pan Leszek Miller, to co tu transmitować. Przepraszam za tak bezpośrednią opinię ale były premier sam jeszcze nic ciekawego nie wymyślił, oczywiście odcinając go od ugrupowań, w których był.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.