W sprawie sportu

Ciekawe rzeczy wychodzą na jaw w polskim sporcie przy okazji Igrzysk. Co się przede wszystkim rzuca w oczy – to absolutna niewydolność tzw. „działaczy”. Są to bowiem z reguły jakieś kościane dziadki z 30-letnim stażem, pobierające gigantyczne pieniądze za kompletny brak kwalifikacji, chlejące wódę z rozmaitymi „asystentami” i odkopulowujące – jesli się uda – sflaczałymi penisami co bardziej urodziwe zawodniczki, dziadki wybierane wciąż na nowe kadencje przez zamknięte „koleżeńskie” sitwy, zasługujące po prostu na miano gangów…

Tymczasem – może się to wielu nie podobać, ale to fakt – sport dawno przestał być „szlachetną rywalizacją zapaleńców”. Stał się elementem przemysłu rozrywkowego – dokładnie takim samym producentem widowisk, jak agencje koncertowe czy firmy nagraniowe albo telewizje komercyjne. Jeśli zaś tak – to konsekwencją musi być zastosowanie i tu reguł biznesowych. I to z najwyższą surowością. A więc przede wszystkim profesjonalizacja na wszystkich szczeblach; głównie tym organizacyjnym zresztą. Szef związku sportowego czy reprezentacji krajowej (ba, nawet szef czwartoligowego klubu w Pcimiu) to nie może być byle amator – absolwent prowincjonalnego technikum z politycznego lub kumplowskiego nadania, ale rasowy „manago”; na szczeblu centralnym szukałbym wręcz absolwenta Harvardu ze znajomością 4 języków i MBA, niżej – niewiele mniej. Ludzie ci muszą mieć okresowe kontrakty z zawrotnymi pensjami równymi pensjom prezesów banków – i wylatywać ze sportu na zbity pysk za najmniejsze przewinienie lub brak wyników zawodników. Pojawienie się – w szczególności – publiczne „w stanie wskazującym”, czy inne publiczne zachowania naganne powinny skutkować złamaniem kariery osobistej i natychmiastowym „wilczym biletem”.

Z kolei sportowcy powinni mieć świadomość na co się decydują, podejmując decyzję o profesjonalnej karierze. Muszą sobie zdawać sprawę, że z momentem podpisania kontraktu dobrowolnie stracą większość praw człowieka, w szczególności prawo do życia prywatnego i decydowania o sobie: miejscu zamieszkania, życiu rodzinnym i tak dalej. Ich życiem z tą chwilą rządzić mają manager, lekarz i trener – w całości, po dyktatorsku i przez cały czas kontraktu; w każdej chwili mogą być bez spytania o zdanie sprzedani innej drużynie czy innemu państwu i nie mają w tej kwestii nic do powiedzenia, zerwanie zaś kontraktu powinno skutkować ruiną finansową.

Rzecz jasna, ta rezygnacja z praw osobistych winna skutkować odpowiednim wynagrodzeniem – proporcjonalnym do wyniku (finansowego!) drużyny czy klubu.

Paradoksalnie – myślę, że taka prywatyzacja i profesjonalizacja sportu zaskutkuje także… odrodzeniem sportu amatorskiego. Ludzie nie zrezygnują bowiem z latania za piłką po kiepskiej trawie, ani z walenia piłeczki rakietą tenisową za stówę, ani podbijania jeszcze innej piłki na plaży. Szkoły będą zawsze chciały rywalizować z sąsiednią budą w kosza, czy na boisku lekkoatletycznym. Rzecz jasna, na styku amatorstwa i profesjonalizmu będą się działy różne dziwne rzeczy – ale tak jest wszędzie.

Słowem – konieczna jest w sporcie, specjalnie polskim, rewolucja. I coś mi się zdaje, że na nią się zdrowo zanosi. W każdym razie minister sportu zapowiedział już ciekawą jesień…

Reklamy

3 uwagi do wpisu “W sprawie sportu

  1. To prawda – to, co się dzieje na szczebelkach, nie wpłynie na popularność sportu wśród „szarych ludzi”, co najwyżej napełni odrazą do profesjonalnych imprez, klubów itp.
    Tylko co mamy rozumieć przez tę „rewolucję”? Tyle razy już to zapowiadano, a kończyło się niesmakiem. Czasem mam wrażenie, że jedyny sposób to, za przeproszeniem, wywalenie wszystkich działaczy na zbity pysk i całkowita restrukturyzacja kontrolowana przez niezależnych obcokrajowców. Ale wszyscy wiemy, że to raczej mało realne…

    Polubienie

  2. Niestety ma Pan rację Panie Bogdanie. Są jednak jeszcze ludzie, dla których sport jest czymś naprawdę interesującym i potrafią z naiwnością (w dobrym tego słowa znaczeniu) cieszy się nim i przeżywać związane z nim wydarzenia.

    Polecam (przepraszam za reklamę) blog o tematyce sportowej http://barnaba.bloog.pl

    Polubienie

  3. „Są to bowiem z reguły jakieś kościane dziadki z 30-letnim stażem, pobierające gigantyczne pieniądze za kompletny brak kwalifikacji, chlejące wódę z rozmaitymi “asystentami” i odkopulowujące – jesli się uda – sflaczałymi penisami co bardziej urodziwe zawodniczki, dziadki wybierane wciąż na nowe kadencje przez zamknięte “koleżeńskie” sitwy, zasługujące po prostu na miano gangów…”

    w większości są to spadakroniarze z polityki. W szczególnosci byli apartyjczycy PZPRu.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.