„Pan prezydent” rwie się do boju

Patrzyłem wczoraj na bezpośrednią transmisję przemówienia Kaczyprezia w Gruzji z narastającą wściekłością, obrzydzeniem i przerażeniem. Każdy ze wszystkich 158 cm długości ciała „pana prezydenta” (zauważyliście: premier to dla większości mediów „Tusk”, minister spraw zagranicznych to „Sikorski” (na ogół z pieszczotliwie-szyderczym dodatkiem „Radek”, infantylizującym co nieco czterdziestoletniego byka, Lech Kaczyński zaś to z reguły „pan prezydent”…) budzi we mnie uczucia w najwyższym stopniu negatywne; to zaś co wypuszcza otworem gębowym, czyli ten bełkot zwany przez pochlebców mową – budzi grozę. Nie będę tego tematu rozwijał; odsyłam do tego, co już napisali inni, specjalnie zaś zgadzam się z Matką Kurką.

Tu pragnę jedynie zwrócić uwagę Sz. Państwa na ostatni numer „Polityki”. Redakcja pogrzebała troszkę w starych dokumentach, które Kaczyński musiał w swoim czasie ujawnić – i dogrzebała się całkiem ciekawych informacji, które wiele tłumaczą. Niestety, nic z tego nie ma w wydaniu internetowym pisma. Przeto streszczę.

Otóż chodzi o opis zdrowia „pana prezydenta”. Sprzed około ćwierćwiecza wprawdzie, ale i tak ciekawy – tym bardziej, że niektóre choroby nie mijają ot, tak sobie. Na przykład stwierdzona wówczas choroba wieńcowa z napadowym częstoskurczem serca oraz – prawdopodobny – wrzód żołądka albo dwunastnicy; niby żyć z tym można, ale szpitala co jakiś czas i raptownych interwencji kardiologa uniknąć się raczej nie da, wiem coś o tym.

Ale nie to jest najciekawsze. Najbardziej znamienna jest kopia panaprezydentowej recepty, na której jak byk figuruje zapisany mu thioridazin, który w mniejszych dawkach „łagodzi niepokój i lęk (objawy neurotyczne)”, w większych zaś „poprawia stan w chorobach dających zmienione odczucia rzeczywistości (schizofrenia, psychoza maniakalna)”. Stosowany zaś jest u osób ze zmianami osobowości z napadami agresji, przy zmienionej interpretacji rzeczywistości z ideami prześladowczymi, urojeniami i halucynacjami. A także przy niepokoju i nadaktywności u alkoholików…

Dla porządku: to są dokumenty z 1982 roku, zebrane wówczas przez SB i przechowywane w teczce „pana prezydenta” w IPN (sygn. IPN Gd 159-330). Może lekarze ratowali wówczas „pana prezydenta” przed zapudleniem? A może pan Palikot wie co mówi?

Osobiście skłaniam się – specjalnie po wycieczce „pana prezydenta” do Gruzji – ku temu drugiemu mniemaniu.

Na marginesie. Pytanie SMS-em telewidza do wczorajszego „Szkła kontaktowego”: co nam Kaczyński załatwił w Tbilisi – embargo ruskich na mięso, czy zakręcenie kurka z ropą?

Advertisements

11 thoughts on “„Pan prezydent” rwie się do boju

  1. Pominę kwestie tego co faktycznie prezydent Kaczyński powiedział, a skomentuję formę zamieszczonej publikacji.
    Moim zdaniem określenia typu „Kaczyprezio” stawiają pod dużym znakiem zapytania dość wyraźne deklaracje autora strony odnośnie braku tolerancji dla chamstwa. Mówiąc bardziej bezpośrednio: ja za Kaczyńskim nie przepadam, tak, jak nie przepadam za Kwaśniewskim czy Tuskiem. Nie zmienia to jednak faktu, że Kwaśniewski jest bądź co bądź byłym prezydentem RP, Kaczyński – obecnym, a Tusk – premierem. I choćby tylko z tego powodu, że pełnią lub pełnili takie funkcje uważam, że w odniesieniu do nich należy zachować umiar. Nie ze względu na szacunek do któregokolwiek z nich (to sprawa poglądów każdego), ale ze względu na szacunek dla ich funkcji, czy – bardziej pompatycznie – dla RP której Ci panowie byli lub są reprezentantami. Skoro ci panowie zostali demokratycznie wybrani na przedstawicieli RP, to coś to znaczy. A jeśli ktoś używa wobec nich używa określeń „Kwach” czy „Kaczyprezio”, to moim zdaniem nie najlepiej świadczy o autorze i jego chęci (bo o brak umiejętności nie podejrzewam) wyrażania swoich poglądów i sympatii politycznych w sposób, który nie zatrąca o chamstwo.
    JD

Możliwość komentowania jest wyłączona.