Propozycja

Polska

Polska

Proponuję niniejszym Szanownym Czytelnikom zapoznanie się z pewnym tekstem. Nie ja ów tekst napisałem i – zanim nie uznamy ewentualnej dyskusji nad nim (na którą liczę) za zakończoną – nie chcę ujawniać, co sam myślę o jego treściach. Z wielu względów z chęcią natomiast i z dużym zainteresowaniem poczytam, co też PT Publiczność „w tym temacie” myśli; napiszcie też co myślicie o autorze tekstu: jak go sobie wyobrażacie jako człowieka? Stary jest, czy młody? Humanista, czy inżynier – a może biolog, albo geograf? Włada jakoś polszczyzną, czy psuje język? Sympatyzuje z PiS, PO, czy może SLD? Albo PSL?

Możemy sobie zaaplikować taką niewinną zabawę? A oto ów tekst:

Pomnik PRL-u

„Głęboko niesłuszny“ – niedawno obalony – ustrój nie przeminął bez śladu. Pozostałości dostrzega się jednak przy różnych okazjach z różnym natężeniem uwagi i emocji. Nie będziemy się tu interesować pozostałościami w materialnym sensie – budowlami, infrastrukturą, instytucjami nawet i resztą rzeczy i zjawisk społecznych – bo te z pewnością omawiane są najczęściej. Interesują nas swoiste „pomniki PRL-u“ tkwiące głęboko w jednostkowej i zbiorowej psychice Polaków.

Część z nich ma charakter „letalny“ – jak to mawiają genetycy – to znaczy mogą one doprowadzić do osobniczej i gatunkowej katastrofy. Taką pozostałością jest na przykład swoiste wygodnictwo życiowe i postawa roszczeniowa, przyzwyczajenie do bezpieczeństwa socjalnego i wiara w to, że „się należy“. Pozbawia ona niektórych chęci i umiejętności walki o sukces w pełnym wyzwań, kapitalistycznym otoczeniu. Rodzi frustrację, a nawet załamania i rozpacz. Jednostki dotknięte tą skazą wegetują w poczuciu trwogi i pokrzywdzenia, albo staczają się na społeczne dno. Jest to jednak temat albo dla genialnego psychologa społecznego – albo dla rzeszy początkujących, choć ambitnych reporterek, o egzaltowanej naturze i miękkim sercu. Nie na tym pragnę się skupić.

Jest bowiem coś dobrego, co tamten ustrój ukształtował i pozostawił w mentalności i świadomości Polaków w sposób paradoksalny, bo między innymi dzięki systemowi pozorów, jakie czuł się zmuszony roztaczać dla ukrycia autorytarnych ograniczeń, ale zarazem dość trwały i rodzący frapujące konsekwencje. Chodzi o stosunek do zjawiska awansu społecznego – a zwłaszcza przekonanie, że ma się do niego pełne prawo. Gdyby nie fakt oraz powszechna, oczywista akceptacja procesów awansu społecznego, nie byłoby ani Wałęsy, ani wcześniej Rakowskiego, ani pewnie także filozofa Tischnera.

Awans ten polegał przynajmniej na dwu okolicznościach: na dostępności i powszechności kształcenia oraz na teoretycznym przynajmniej braku barier dla wznoszenia się w hierarchii związanej z zawodem, rolami społecznymi, pozycją i wynikającym stąd prestiżem. Samo otwarcie szans wyjścia z nizin społecznych, ciemnoty i zacofania milionów dzieci z rodzin wiejskiej i miejskiej biedoty to olbrzymie osiągnięcie. Ponieważ trudno się spierać o ten fakt, przyjrzyjmy się wreszcie temu, co skupia naszą uwagę: co pozostało w ludzkich umysłach po PRL-owskich czasach w tym wąskim aspekcie – czyli scharakteryzujmy ten pomnik PRL-u, jakim jest przekonanie o prawie do awansu społecznego.

Zacznijmy od stron czarniejszych.

Po pierwsze – jest owo przekonanie efektem szczególnego przeniewierstwa w sferze idei, komunikacji społecznej i społecznej polityki. Swoboda i dostępność kształcenia, otwarte społeczeństwo – bez kast i barier warstwowych – to tylko drobny fragment deklarowanego w marksizmie ideału porządku społecznego. Poza tym deklarowane było tam wiele rzeczy pięknych i wzniosłych – tyle tylko, że niespotykanych w tzw. realnym socjalizmie – na przykład niezawisłość władzy sądowniczej, rzeczywiste uspołecznienie środków produkcji, wolności i prawa obywatelskie – o które zresztą niektórzy klasycy w swoim czasie walczyli naprawdę. Z całego tego teoretycznie dość nawet spójnego systemu wydobyto tylko te elementy, które dały się wdrożyć bez zbytniego ryzyka utraty kontroli politycznej i administracyjnej nad społeczeństwem przez monopartyjną oligarchi.

Po drugie – wykształceni w pierwszym pokoleniu prości ludzie byli niezłym materiałem na dorobkiewiczów, konformistów i „ludzi z plasteliny“ – zaś statystycznie niezbyt często stawali się buntownikami. Byli też zazwyczaj naprawdę wdzięczni, za otrzymaną szansę – co zresztą propaganda nachalnie podchwytywała i utwierdzała. Byli oni zatem znakomitym budulcem totalitarnej rzeczywistości.

Po trzecie – awans ten był niezwykle szeroki – wręcz powszechny – lecz pod wieloma względami bardzo płytki. Dokonywał się on w społeczeństwie pozostającym jeszcze w pełnym szoku po klęsce międzywojennej Rzeczypospolitej, zdemoralizowanym okupacją, a co najważniejsze – ogołoconym z elit kulturalnych i intelektualnych, które wymordowali na spółkę Hitler ze Stalinem (niestety – z pewną pomocą głupkowatych zwolenników gestów straceńczych, bohaterskich i beznadziejnych – takich jak Powstanie Warszawskie). Awansujący parweniusze, wykorzenieni najczęściej ze swego dotychczasowego środowiska, mającego zawsze jakieś tam jednak zasady, reguły i sankcje regulujące zachowania, trafiali w kulturową, obyczajową i przede wszystkim aksjologiczną próżnię – bez wzorców osobowych, bez codziennej „kindersztuby“, jakiej byliby z pewnością poddani w warunkach awansu mniej totalnego. To znaczy – te wszystkie wzorce niby były, ale jakże papierowe i jakże zakłamane przez wielu, którzy na wyżyny wdarli się o minutę choćby wcześniej. Z tego konfliktu praktyki i wzniosłych przesłań brali się między innymi „Szmaciacy“, osobnicy w typie Nikodema Dyzmy, czy też inne powielenia znanych postaci literackich i ekranowych, jak choćby z „Zezowatego szczęścia“.

Po czwarte – powszechność poczucia awansu społecznego z czasem niwelowała jego atrakcyjność: gdy cały blok na Osiedlu Za żelazną Bramą zamieszkiwali magistrowie, to jakiż splendor mógł wynikać z dopisku „mgr” na wizytówce? Gdy już kolejne bataliony, w sposób żmudny lub ekspresowy dopracowały się „dzwonka przed nazwiskiem” (dr) – to tylko wyjątkowo zapyziali osobnicy mogli się tym z przekonaniem chlubić. A tu w międzyczasie już i docentostwo się pojawiało na herbatce w piątki i profesorowie trafiali się w windzie… Jeszcze w hierarchii prestiżu naukowiec stał wysoko obok lekarza i adwokata, ale już coraz częściej ta miarka się wywracała, i na jej szczyt trafiał autentyczny proletariusz: strzałowy Jopek Pyrtek z kopalni Kleofas i Maniek, budowlaniec z żarnowca, którzy zarabiali jakieś abstrakcyjne kwoty miesięcznie i byli oficjalnymi „członkami klasy panującej”.

Po piąte – awans wysoko wartościowany w świadomości ogółu coraz częściej zderzał się boleśnie z potoczną, gazetowo-broszurkową recepcją hasła o „kierowniczej roli” owej klasy. Słynne gierkowskie punkty za pochodzenie podczas rekrutacji na studia, były karą dla drugiego zaledwie pokolenia inteligentów – pokolenia, którego przedstawiciele często wakacje spędzali u dziadków na wsi, pomagając w żniwach, albo łażąc z kumplami po „hasioku” w rodzinnym Nikiszowcu. Powstawało pytanie – po co się męczyć i uczyć, skoro w ten sposób ulega się deklasacji?

Z drugiej jednak strony awans społeczny i dostęp do kształcenia przyniósł przemiany korzystne, jakie nie zawsze się dostrzega, a niestety jeszcze rzadziej ceni.

Po pierwsze – mniejszość być może – ale jednak ilościowo wymierna grupa obywateli stała się konsumentami ogólnoludzkiej kultury i niesionych przez nią wysokich przesłań i wartości. Wstąpili oni na drogę samodoskonalenia i swoistej tęsknoty za ideałem życia, któremu obce jest prostactwo i stęchła przaśność. To jest niebagatelny wkład realnego socjalizmu w odbudowę elit – a zatem w stwarzanie warunków dla odrodzenia duchowego potencjału narodu.

Po drugie – procesowi edukacji i awansu towarzyszyło uporczywe i głośne deklarowanie ideałów, które są same w sobie wspaniałe i uniwersalne: tolerancja, równość, sprawiedliwość, pogarda dla rasizmu, demokracja, wolność słowa, samorządność społeczna itd., itp. Nader często rutynowo edukowani brali te deklaracje serio i trudno im było się pogodzić z takimi momentami praktyki społecznej i politycznej, gdy ideały te deptano. Między innymi i stąd się wzięło tak szybkie dojrzewanie wielu nowych inteligentów w Październiku, Marcu, Grudniu czy wreszcie Sierpniu.

Po trzecie – choć to ocena rzadko spotykana – otwarcie społeczeństwa, obalenie barier i awans pionowy to w myśl cybernetyki uruchomienie niezwykle wydajnego „generatora różnorodności“, który wpływa na pomnażanie zdolności utrzymywania równowagi oraz samozachowawczą potencję homeostatu, jakim wedle cybernetyki jest społeczeństwo. Ujednolicenie i zglajszachtowanie społeczeństwa oznacza degenerację i podatność na dysfunkcje oraz w efekcie – na rozpad. Różnorodność zaś – prowadzi do pomnożenia szansy przezwyciężenia wielu zagrożeń, wewnętrznych i zewnętrznych, które naruszają równowagę homeostatu i grożą jego destrukcją.

Po czwarte wreszcie – wykształcenie, oparte na oficjalnej idei szkoły powszechnej, światłej i nowoczesnej, czasami było utrzymane naprawdę na niezłym poziomie. Dotyczy to zwłaszcza nauk ścisłych, technicznych i przyrodniczych. Także jednak i pewnych dziedzin humanistyki, szczególnie odpornych na ideologizację, też nie można się było w Polsce powstydzić – choćby archeologii, filologii obcych itp. Ludzie, którzy uzyskali takie wykształcenie wciąż jeszcze zdecydowanie górują nad przeciętną w podobnych grupach gdziekolwiek indziej w Europie i na świecie. Co ważniejsze – nie waham się uznać, że polska szkoła średnia – czy to liceum, czy dobre technikum – produkowała absolwenta znacznie bardziej uniwersalnego i przygotowanego do pracy inicjatywnej, bardziej zaawansowanej intelektualnie. Polski inżynier i technik bił na głowę swoich kolegów w rozwiniętych krajach – a zwłaszcza w USA – gdzie poza superelitami, hodowanymi w uczelniach typu kalifornijskiego MIT, produkowało się ludzi wąskich horyzontów i ograniczonej specjalizacji – nie mówiąc już o ich wykształceniu ogólnym.

Jest więc coś – czego żal. Coś – co przeminęło być może nie bezpowrotnie, ale chyba na długo, może na pokolenie, lub dwa. Coś – co dawało nam jako społeczeństwu długofalowe i trudno wymierne pożytki. Coś – na odbudowanie czego trzeba będzie nakładu bardzo wielkiego wysiłku i pomysłowości. Nigdy już bowiem nie będzie tak, że obowiązek równania szans weźmie na siebie bezwarunkowo i w możliwie pełnym zakresie państwo. W kapitalizmie – niezależnie od stopnia jego liberalizmu i rynkowości – państwo zrzuca takie sprawy w przeważającej mierze na obywateli, samorządy, instytucje prywatne, fundacje i akcje charytatywne.

Co więc spotka w naszej III Rzeczypospolitej Janka Muzykanta z piwnicznej izby, skazanego na miłosierdzie gminy? Zwłaszcza gdy nie jest to bynajmniej gmina Centrum? Jaś chyba nie doczeka.

Reklamy

63 uwagi do wpisu “Propozycja

  1. Jeśli czuje się Pan urażony – przepraszam.

    Sam Pan przyznał, że zwlekał…
    Cóż, niecierpliwy jestem.

    Ukłony

    Polubienie

  2. Protestuję przeciw ostatniemu wpisowi – chyba, że potraktujemy go dosłownie. Szanuję Czytelników. Wstrzymałem rozwiązanie tak długo, bo jednak liczyłem, że treść propozycji wywoła większe zaciekawienie niż osoba autora. Cóż, tak nie było; szkoda, ale na rzeczywistość nie ma co się obrażać.
    Pora zatem na wyjaśnienie. Autor tekstu, to – jak pisałem – matematyk z wykształcenia (absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego), zaś z zawodu – wybitny analityk tzw. białego wywiadu (nieznającym tego terminu wyjaśniam, że rzecz polega na badaniu, studiowaniu i wyciąganiu wniosków z jawnych publikacji, na ogół prasowych) przez większość zawodowego życia w PRL. Na samym końcu – rzecznik MSW za czasów rządu Mazowieckiego; słowem – płk Wojciech Garstka, jak się słusznie za którymś razem (żartobliwie?) domyślił Chachar. Potem przez dłuższy czas bezrobotny… A mało kto pamięta, że był kontrkandydatem Kwaśniewskiego do funkcji szefa SDRP, poprzedniczki SLD; przegrał. Moim zdaniem, był za inteligentny.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.