Obama w Sieci, czyli e-marketing polityczny: wybrane zagadnienia

Mówi się, że John Kennedy wygrał wybory wyłącznie dzięki telewizji: w czasie swoich występów rozniósł kontrkandydata – republikanina Nixona – urodą, wdziękiem, luzem i inteligencją. Niektórzy uważają, że to od tej kampanii telewizja stała się faktycznym narzędziem walki politycznej; słowem, że w roku 1961 zaczęła się epoka polityki elektronicznej. Dziś, po zwycięskiej kampanii Obamy w walce o nominację demokratyczną w tegorocznych wyborach prezydenckich, zaczyna się mówić, że wkroczyliśmy w epokę cyberpolityki. Komentatorzy amerykańscy (swoją drogą: pozazdrościć obrazowości sformułowań!) stwierdzili, że Obama prowadził – i będzie to robił dalej – kampanię cyfrową, pani Clinton zaś prowadziła analogową.

O co tu chodzi? Chodzi otóż o to, że dotychczas kampanie wyborcze prowadzone były w sposób scentralizowany przez stosunkowo nieliczne sztaby kandydatów, w zupełności decydujące o przebiegu działań w całym kraju. Nikt w jakimś tam stanie, nie mówiąc już o hrabstwie, nie śmiał w gruncie rzeczy działać samodzielnie. Wielką wagę przywiązywano do kosztownych akcji medialno-reklamowych i klasycznego marketingu politycznego. Najważniejsi byli bogaci wspierający, których stać było na (maksymalnie dozwoloną) wpłatę 2300 dolarów na fundusz swojego kandydata; członkowie komitetów wyborczych raczej pewni byli – w razie zwycięstwa – objęcia ważnych stanowisk…

Obama temu zaprzeczył w zupełności. Jego kampania była w ogromnym stopniu zdecentralizowana i oparta na współpracy internetowej w duchu paradygmatu Web 2.0. Ze sztabu głównego szły tylko ogólne zalecenia, sposób ich realizacji „na dole” był zaś całkowicie dowolny, nieprzewidywalny i niekontrolowany. Główna witryna Obamy była skonstruowana na zasadzie społecznościowej: każdy mógł w niej założyć własną podstronę i pochwalić się własnymi osiągnięciami; odwiedzający te strony natomiast przyznawali tym działaczom najniższego szczebla punkty uznania. I te punkty, czyli czysty prestiż społeczny, okazały się tak ważne, że ludzie zabijali się o nie niemal jak o nowego iPhone. Obama również nie wzgardził mikrodatkami: przyjmowano wpłaty po 50, 20 a nawet 5 dolarów z równym entuzjazmem i wdzięcznością, jak te po 2300… W efekcie po zwycięskim końcu mógł wspaniałomyślnie zaoferować Hillary pomoc w spłacie długów.

Z początku komentatorzy prasy amerykańskiej okrutnie wydziwiali, że nic z tego nie będzie i że są to wygłupy dla podrostków z Facebooka. Trochę przybastowali z krytyką, gdy zarejestrowało się do takiej działalności pierwsze 100 000 działaczy. Szczęki im opadły, gdy pod koniec kampanii demokratów było ich już 3 000 000. Przy takiej liczbie wyśmiewana przez konserwatystów „działalność polityczna”, polegająca na… zapraszaniu na grilla i popijawę po 5 znajomych, których agitowano za Obamą i dawano im tanie gadżety, stała się czymś niesłychanie znaczącym. Dziś szacuje się, że w ten właśnie sposób Obama zdobył przewagę nad panią Hillary; istotne jest w tym również i to, że w odróżnieniu od niej nie skupił się wyłącznie w swych działaniach na stanach największych i najważniejszych, co jest dla tych „z dolnej półki” niesłychanie obraźliwe.

Komentatorzy zwracają uwagę również na rodzące się na naszych oczach wyraźnie inne, zupełnie nowe w polityce zjawisko. Otóż zanikają działacze typu – powiedzmy – naszych „baronów SLD”, czy innych Gosiewskich, którzy tyrają na swojego lidera aby zostać potem wicepremierami i ministrami. Tam tego rodzaju działalnością – włącznie z reprezentowaniem kandydata czy jego partii w mediach – zaczynają się zajmować w coraz większym stopniu… wynajęci fachowcy, najlepiej niemający żadnych poglądów ani ambicji politycznych, za to fachowo posługujący się mediami i znający się na reklamie. Kampania się skończy – zajmą się w swoich firmach proszkami do prania; za cztery lata być może dadzą się wynająć przeciwnikom tego, komu dziś służyli…

Nie oceniam tego zjawiska. Patrzę na nie szeroko rozwartymi oczami i widzę w takim rozwoju sytuacji mnóstwo zagrożeń dla demokracji, cokolwiek by to słowo znaczyło. Ale z dwojga złego – motywacji do walki politycznej z chęci posiadania władzy lub „zapału ideologicznego” i motywacji z perfekcjonizmu zawodowego za pieniądze – wolę chyba jednak to drugie. Mniej idiotów się dorwie tą metodą do koryta – chyba…

Advertisements

Jedna myśl na temat “Obama w Sieci, czyli e-marketing polityczny: wybrane zagadnienia

  1. Dzięki „metodzie perfekcjonizmu zawodowego” marketingowca Piotra Tymochowicza, działającego bez pobudek wyższych niż kasa, do władzy dopchał się niejaki Andrzej Zbigniew Lepper, wicepremier i minister rolnictwa IV Rzeczypospolitej, a wcześniej wicemarszałek Sejmu III i IV RP…

Możliwość komentowania jest wyłączona.