Irlandzki klops. Czy da się go strawić?

Chyba – to jeszcze wiadomość nieoficjalna, ale bardzo prawdopodobna – Irlandczycy powiedzieli NIE Traktatowi Lizbońskiemu. Martwi mnie to, ale – prawdę mówiąc – nie dziwię się. Próbowałem ten traktat czytać (a nieskromnie mam się za człowieka sporo rozumiejącego i nieźle wykształconego): nie da się tego zrozumieć. Odpadłem po jakichś 30 wierszach, bo to po prostu biurokratyczno – prawniczy bełkot. Oczywiście wiem, o co tam głównie chodziło; m. in. o osobowość prawną UE jako całości i kilka innych ważnych rzeczy – ale wiem to z komentarzy ludzi, którym ufam. Rząd Irlandii i tamtejsze koła proeuropejskie potraktowały swoją publikę z góry – no i mają skutki. A trzeba było pół roku temu wynająć fachowców od kampanii mareketingu politycznego, godziwie im zapłacić – i byłoby zapewne po kłopocie. W tym względzie irlandzkie władze zachowały się typowo: jakoś zawsze i niemal wszędzie rządzący łatwiej rozumieją, że np. należy zapłacić sprzątaczkom za czyszczenie lokali wyborczych, niż że godziwe honorarium należy się też ludziom, którzy coś tam przygotowują intelektualnie. Być może rzeczywiście leżąc przy tym niemoralnie w fotelu i sącząc – o zgrozo – whisky, nie zaś machając ścierą…

Wróćmy jednak do wyniku irlandzkiego referendum. Co teraz będzie?

W Europie jako całości – nic specjalnego. Irlandczycy dostaną zdrowego kopa w d… od „dorosłej” Unii i szybko pożałują tego, co zrobili; kilku zaś głupich urzędasów straci synekury. W sensie prawnym zapewne na jakiś czas wróci się do Nicei; będzie więc chyba mniej więcej to samo, co teraz. Po prostu trzeba będzie jeszcze kilku lat pracy myślowej; cóż to w końcu znaczy wobec wieczności? A że jedyną przyszłością UE jest ścisła federtacja w rodzaju USA, nikt chyba nie ma wątpliwości. Najwyżej nastąpi to pięć lat później…

W Polsce natomiast narodowi kretyni wybuchną radością, zaś Oberkaczor uzna (najzupełniej mylnie), że już nie będzie się musiał fatygować z podpisywaniem ratyfikacji Lizbony. Znów będzie mielenie jęzorami bez sensu – i tyle. Słowem – też nic nowego. Narodowo-plemienne towarzystwo spod znaku „krwi i ziemi” umocni swoje złudzenie, że nie należy w całości do epoki kamienia łupanego; jeszcze trochę dłużej będzie nam zatem psuło powietrze w salonie. I tyle.

Jedynie pozycja w UE Francji, Anglii i przede wszystkim Niemiec nieco się wzmocni. To akurat całkiem mi odpowiada.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Irlandzki klops. Czy da się go strawić?

  1. Oczywiście, że zamiana słowa “konstytucja” na “traktat” jest chwytem z zakresu marketingu politycznego; nie można jednak takich tricków wykluczać, bo są legalne.
    Legalne, co nie oznacza, że moralne i uczciwe wobec wyborców. Cel uświęca środki?

    W sprawie UE stanowiska ludzi są podzielone: jedni nie chcą jej w ogóle, inni chcą tylko wspólnoty ekonomicznej (w tym podgrupa przeciwnych wspólnej walucie), jeszcze inni – stworzenia pełnego państwa europejskiego z bardzo daleko idącym ograniczeniem suwerenności członków (sprowadzenia ich roli np. do roli analogicznej do roli stanów w USA). Każda z tych grup ma prawo agitować za swoim stanowiskiem w dowolny legalny sposób; także używając chwytów marketingowych. Przeciwnicy UE mają rzecz jasna prawo wykorzystywać na swoją korzyść wynik głosowania w Irlandii, zwolennicy innych opcji – zrobić wszystko, by ten werdykt odwrócić. W gruncie rzeczy i jedni, i drudzy, i trzeci chcą “uszczęśliwić setki milionów ludzi bez ich zgody”, czyż nie?
    Nie zgodzę się. Obywatele Irlandii nie głosowali na temat przyjęcia tego traktatu w całej WE, a jedynie na terytorium ich państwa.

    Oczywiście, każda grupa dąży do osiągnięcia swojego celu wszelkimi sposobami. Jednak grupa optująca za przyjęciem konstytucji europejskiej (aka traktat lizboński) wyraźnie nie gra zbyt uczciwie. Stwarza pozory, że ludność Irlandii, zgodnie ze swoją konstytucją, może wypowiedzieć się w referendum. Jednak w momencie, gdy wynik oznacza odrzucenie traktatu, co słyszymy? Groźne pomruki, ‚Irlandia nie dorosła do demokracji’ (o ironio!) i na końcu, że irlandzki premier ma czas do kolejnego szczytu WE na przedstawienie ‚sposobu’ wyjścia z tej sytuacji tak, aby dało się przyjąć ten traktat. Jaki może być ten ‚sposób’? Może zmiana konstytucji Irlandii? 🙂 Zmiana paru mało istotnych, kosmetycznych zapisów – ale czy wtedy to nie będzie próbą traktowania głosujących jak idiotów? Osobiście bardzo chciałbym zobaczyć jak Irlandia funkcjonowałaby utrzymując obecny poziom integracji z WE w porównaniu do pozostałych krajów, które bez mrugnięcia okiem są gotowe poporządkować się Brukseli.

    Lubię to

  2. Jak to co będzie? Za rok kolejne głosowanie, a potem za rok i za rok. Do skutku. Aż Irlandczycy zrozumieją, że mogą zagłosować tylko na TAK. Bo tak im mówią komisarze w Brukseli. No, chyba, że w Dublinie wprowadzą jakiś przepis, że narodu nie trzeba pytać o zdanie i że władza może robić co jej się żywnie podoba. Ot, choćby wprowadzić Związek Socjalistycznych Republik Europejskich z Irlandią i Polską w roli prowincji.

    Lubię to

  3. Nie wydawało mi się to takie ważne, dlatego nie odpowiadałem; poza tym Pana pytanie są raczej retoryczne. Oczywiście, że zamiana słowa „konstytucja” na „traktat” jest chwytem z zakresu marketingu politycznego; nie można jednak takich tricków wykluczać, bo są legalne. W sprawie UE stanowiska ludzi są podzielone: jedni nie chcą jej w ogóle, inni chcą tylko wspólnoty ekonomicznej (w tym podgrupa przeciwnych wspólnej walucie), jeszcze inni – stworzenia pełnego państwa europejskiego z bardzo daleko idącym ograniczeniem suwerenności członków (sprowadzenia ich roli np. do roli analogicznej do roli stanów w USA). Każda z tych grup ma prawo agitować za swoim stanowiskiem w dowolny legalny sposób; także używając chwytów marketingowych. Przeciwnicy UE mają rzecz jasna prawo wykorzystywać na swoją korzyść wynik głosowania w Irlandii, zwolennicy innych opcji – zrobić wszystko, by ten werdykt odwrócić. W gruncie rzeczy i jedni, i drudzy, i trzeci chcą „uszczęśliwić setki milionów ludzi bez ich zgody”, czyż nie? A demokracja nie polega na jednomyślności…

    Lubię to

  4. zdziwiony: jest w tym trochę prawdy, ale ciekawi mnie co autor bloga o tym sądzi. Może mógłby zaprezentować jakieś wyjaśnienie takiego postępowania europejskich ‚elit’ politycznych. Niestety, wygląda na to że Pan Bogdan nie ma zamiaru odpowiedzieć na moje pytania.

    Lubię to

  5. hekto5 pamiętaj, ze dla socjalistów demokracja słuzy tylko do zdobywania władzy, we własnym i cudzym kraju.

    Lubię to

  6. Panie Bogdanie, spokojna głowa. Jak mawiał pewien bardzo znany działacz lewicowy: „nie ważne jak głosują, ważne kto liczy głosy”. Wiec „Europa” jakoś to jednak przełknie 🙂

    Lubię to

  7. Czy nie sądzi Pan, że sposób w jaki europejska biurokracja stara się przeforsować stworzenie nowego państwa poprzez zmianę nazwy z ‚konstytucja’ na ‚traktat’ śmierdzi na odległość? Jakoś nie cieszy mnie ta próba uszczęśliwienia setek milionów ludzi bez ich zgody. Czyżby pańskie lewicowe poglądy uwzględniały ‚głos ludu’, ale tylko wtedy gdy jest to wygodne rządzącym? Gdzie podziała ta demokracja, którą tak chwali się Europa i próbuje, razem z USA, eksportować ją gdzie tylko się da?

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.