EIT = MIT, czy kit?

Chyba daliśmy się zrobić trochę w bambuko z tym EIT, czyli „europejskim MIT”, czyli European Institute of Innovation and Technology (więc chyba raczej EIIT – ale to by brzmiało marketingowo znacznie gorzej – prawda?). Wykonaliśmy mnóstwo ruchów – jako rząd, ale także obywatele; ja sam podpisałem się pod apelem do Brukseli, aby nam ten EIIT we Wrocławiu zlokalizowali. Zrobiłem tak, bo znam potencjał tego przepięknego miasta w dziedzinie Nowych Technologii i w ogóle noszę się z nosem do góry jakieś trzy razy do roku, kiedy nasi młodzi informatycy dają innym łupnia, aż miło. I nie chodzi tu o jakieś naukowe kibolstwo, ani przejaw szowinizmu: prostu, oni są tak dobrzy, ci nasi informatycy – i tak dobrze uczeni – że zdrowy zastrzyk miłej kaski oraz bezpośredni dostęp do współpracy z kolegami z innych krajów należy im się jak psu micha. No i wychodzi na to, że będzie kicha z grochem: ograli nas bratankowie, EIIT zapewne znajdzie się w Budapeszcie i polskie veto na konferencji ministrów spraw zagranicznych tylko odwlecze sprawę do posiedzenia „wierchuszki”, czyli do końca czerwca. Ale… co się właściwie stało?

Otóż – dowiedziałem się o tym zupełnie niedawno – EIIT nie ma w sensie organizacyjno-materialnym wiele wspólnego z przesławnym Massachusetts Institute. Głównie tym się te instytucje różnią, że MIT w całości zlokalizowany jest w jednym kampusie; EIIT ma zaś mieć tych kampusów… sześć, każdy w innym kraju unijnym; mają się nazywać węzłami. To zaś, o co tak zajadle walczyliśmy – nie powiem, rzecz prestiżowa i niosąca za sobą niebagatelny zastrzyk gotówki – to coś w rodzaju… rektoratu. A więc miejsca pracy nie dla setek naukowców i nauki dla setek studentów, ale dla naukowych biurokratów, ich sekretarek i ochroniarzy; w sumie chodzi podobno o ok. 80 osób.

No więc, Panie i Panowie, myślę, że się bez tego zaszczytu obejdziemy. Nam jest potrzebny węzeł. Węzeł, barany! Tu bowiem będzie się robiło prawdziwą naukę!

Należy natychmiast wycofać naszą kandydaturę i dogadać się z Węgrami. Możemy ugrać coś ważnego, zamiast nikomu niepotrzebnego prestiżu!

Bo jeśli dostalibyśmy ten rektorat, to gotów jestem założyć się o własny ulubiony angielski krawat, że na posadę szefa całości kandydowałby Kazio Marcinkiewicz. Choćby z litości dla tej komicznej postaci nie należy mu robić nowych nadziei i narażać na kolejnego kopa.

Oficjalne (chyba) informacje o EIIT

Advertisements

4 thoughts on “EIT = MIT, czy kit?

  1. W Dolinę Krzemową rząd USA w czasie kilkunastu lat w jej początkach wpompował ogromne pieniądze, dzięki którym cały ośrodek powstał (typowa gospodarka planowa). Radzę poczytać o tym. Wbrew opiniom jaskiniowych kapitalistów, rynek niczego nie robi sam, wszystko wymaga wstępnego wydatku (ulgi podatkowe, badania podstawowe etc.), który nie zawsze zwraca się po roku, a więc nie zawsze bywa obiektem zainteresowania prywatnych firm. Bajeczki o cudzie w Dolinie Krzemowej są może śliczne, ale fałszywe. Wiara eurokratów w to, że większość światowych tzw. cudów gospodarczych miała podłoże „administracyjno-nakazowo-planowo-państwowe”, jest silnie uzasadniona. Podziela ją zresztą rząd USA, kraju u bardzo dużej skali interwencjonizmu państwowego (niestety, towar ten ma zakaz eksportu z USA).

  2. Wiara eurokratów w to, że metodami administracyjno-nakazowymi można zrobić coś interesującego jest po prostu porażająca. W „dolinie krzemowej” powstawały firmy, zanim zaczęto wogóle posługiwac się tym terminem. Z tym EIIT będzie tak samo, jak choćby ze strategią lizbońską, która zakładała, że mumia europejska w krótkim czasie będzie silniejsza gospodarczo od usa, a skończyło się na pustych deklaracjach

  3. Panie Bogdanie,
    o tym, że walczymy nie o to, czego tak naprawdę chcemy, było wiadomo od dawna – wystarczyło poczytać o strukturze EIT. Szkoda, że dziennikarze (a pewnie także część dyplomatów – a przynajmniej ich doradców) tego nie uczyniła.

    Jako informatyk z Wrocławia, wywodzący się ze środowiska „sprawiającego łupnia”, muszę jednak napisać, że nikogo z nas nie bawią bajki o „szansie kontaktu z kolegami-naukowcami z Europy”. Takie kontakty od dawna są utrzymywane i żadne EIT nie jest w tym celu potrzebne.

    Zamysł EIT był nieco inny. UE chciała zainteresować biznes nauką, a może nawet jej wspieraniem finansowym. I tu, choć oczywiście idea jest bardzo słuszna, obawiam się, że nie ma szans na wielki sukces. Dlaczego? Czemu niby nie miałaby powstać Europejska Dolina Krzemowa? (Bo to bardziej do niej należałoby porównywać EIT niż do MIT). Otóż z bardzo prostej przyczyny – biurokracja. Jeśli chcemy wspierać nowe technologie, innowacyjność to liczy się tempo podejmowania decyzji. Z samej struktury EIT wynika, że ma to być kolejny (może nieco lepiej zorganizowany) europejski fundusz wspierania innowacyjności, jakich sporo już działa (i żaden sukcesami pochwalić się nie może).

    Oczywiście zgadzam się z tym, że dla Wrocławia byłby to znaczny zastrzyk pieniędzy i podbudowanie prestiżu tego miasta. Dokładnie tak samo, jak siedziba Google (którą dziennikarze strasznie się „podniecali”, że „to wielka szansa dla informatyków”, a nikomu z nich nie przyszło do głowy, że jest to komórka czysto marketingowa).

  4. BRAWO PANIE BOGDANIE !!!!!!!!!!!!

    (a propos Wrocławia: pisałem w 2002 r artykuł o młodych naukowcach z Politechniki Wr. którzy dostali się do finału konkursu dotyczącego wysłania pojazdu MPV na Marsa jako jedyni europejczycy (2 inne zespoły z USA, jeden z Kanady, jeden z Australii). projekt upadł przez brak kasy , niestety. i mam nadzieję że jeden z węzłów EIIT będzie takim inicjatywą pozwalał żyć)

Możliwość komentowania jest wyłączona.