W sprawie lewicy

Źle się dzieje po lewej stronie sceny politycznej; nie ulega to wątpliwości. Sondaże pikują, ugrupowanie zwane lewicą się podzieliło, różne lewicowe ugrupowania patrzą na się wilkiem, wyrazistego lidera brak… Słowem, coś w rodzaju katastrofy. W każdym razie tak to przedstawiają media. No i, niestety, mają trochę racji.

Moim skromnym zdaniem istota sprawy polega jednak na tym, że… każdy ma inną definicję lewicy (co, powiedzmy sobie szczerze, jest sytuacją dla wielu z różnych względów wygodną, specjalnie dla prawicy). Również samo ugrupowanie, uznawane dość powszechnie – choć warto pomyśleć, czy tak do końca słusznie – za lewicę (czyli SLD), nie za bardzo umie się zdefiniować. Bo to, że prawica – w szczególności ta parszywiutka, endecka, ONR-owska i trądzikowa – używa słowa „lewica” wyłącznie jako epitetu, bez najmniejszego zrozumienia jego sensu, to już norma; ale to nie ma większego znaczenia. Pokazane po lewej stronie symbole też – powiedzmy sobie szczerze – zbyt wiele wspólnego z lewicowością nie mają, choć powszechnie są z nią kojarzone.

Z grubsza biorąc – sprawa polega na tym, że scena polityczna nie jest bynajmniej w sensie geometrycznym jednowymiarowa. Nie jest tak, że na lewo od prawicy jest akurat lewica, na prawo od lewicy – prawica, i kropka. Pod uwagę trzeba bowiem brać co najmniej dwa wymiary: ekonomiczny i obyczajowy; niektórzy zaś uwzględniają jeszcze trzeci, etyczny; ja go tu pominę, mieści on się bowiem dla mnie w sferze obyczaju

Spróbuję to wszystko wytłumaczyć tak, jak sam rzecz rozumiem. Przepraszam za ewentualne uproszczenia i namawiam do rozmowy na ten temat. Nie uzurpuję sobie prawa racji w tej kwestii, żeby było jasne. Przy okazji: oto rysunek, który ilustruje z grubsza opisywaną sytuację, plasując różne partie polityczne na płaszczyźnie:

Skupmy się zatem na moment na ekonomii (jako inteligent z krwi i kości i człowiek z rodowodem co najmniej od pięciu pokoleń wywodzący się „po mieczu” ze śląsko-pruskiej sfery urzędniczo-naukowej brzydzę się tą dziedziną; ale nie ma rady – ponoć „gospodarka głupcze!”, przeto od tego zacznijmy…). Prawicowość tutaj – to liberalizm; orzeka on w swej skrajnej formie, że im mniej państwa i w ogóle regulacji prawnych w gospodarce – tym lepiej; fetyszem jest wolny rynek, hasło „bogać się za wszelką cenę, na nic nie zważając”. Zupełnie na prawym brzegu mamy więc coś w rodzaju… anarchizmu („żadnych regulacji”), zazwyczaj kojarzonego ze skrajną lewicą; czy to nie dziwne?

Lewica widzi ten problem inaczej. Skrajnie po lewej jest więc tutaj gospodarka państwowo-planowa, bez wolnego rynku, z całkowitą negacją większej własności indywidualnej, sterowana „pod potrzeby społeczne”; ten właśnie model przerabialiśmy w praktyce przez kilkadziesiąt lat i okazał się on po prostu niewydajny i niekonkurencyjny w skali światowej. Ale to wcale nie jest spojrzenie jedyne: mamy bowiem do dyspozycji nie tylko eksperyment radziecki, ale i duński czy szwedzki; a w pewnej mierze także… amerykański. Te rozwiązania zakładają po prostu pewien mniejszy lub większy – solidaryzm społeczny, w którym bogatsi i zdolniejsi – co w gospodarce rynkowej w sporym zakresie się pokrywa – zobowiązani są do pomocy słabszym i mniej zdolnym. Lewica uważa po prostu, że ci słabsi i mniej zdolni mają też prawo do godziwego życia, nie wszyscy są bowiem winni swej złej sytuacji. Stąd np. różnicowanie podatków, z których finansowane są takie projekty wyrównujące szanse, jak choćby bezpłatna nauka (w skrajnym wypadku: na wszystkich poziomach, w najmniej skrajnym – na poziomie podstawowym), bezpłatna (w całości lub części) służba zdrowia i tak dalej. Lewicowe podejście wyklucza też – lub mocno ogranicza – tworzenie tzw. kapitałów rodzinnych, przeciwdziałając tworzeniu fortun wyłącznie w drodze dziedziczenia; nie wiem, czy wiecie, że w wielu wysoce rozwiniętych krajach o systemie rynkowym podatek spadkowy – od pewnej sumy, oczywiście – przekracza 99%, co w Polsce z pewnością uznano by za zwykły bolszewizm…

Podsumowując: lewicowość w sferze gospodarczej oznacza niwelowanie nierówności i wspieranie słabszych; ale niwelowanie to ma mnóstwo niuansów i subtelności. W istocie rzeczy chodzi w tym wszyskim po prostu o wyrównywanie wszystkim szans. Szans, powtarzam – co nie ma nic wspólnego z bajdurzeniem o „jednakowych żołądkach”. Mieści się tu zatem dość szeroki diapazon rozwiązań: od etatystycznego państwa real-socu do postindustrialnego wolnorynkowego welfare state z silnym akcentem obywatelsko-samorządowym.

W sferze obyczajowej lewicowość – w moim rozumieniu, zastrzegam raz jeszcze – oznacza przede wszystkim absolutną świeckość państwa (skrajnie: m. in. odrzucenie wszelkich wierzeń z zakazem publicznego uprawiania jakichkolwiek kultów i zakazem wypowiedzi w sprawach publicznych dla osób duchownych, usunięcie religii ze szkół, zakaz uczestnictwa przedstawicieli życia publicznego w ceremoniach religijnych inaczej niż prywatnie; mniej skrajnie – po prostu zupełne i wyraźne oddzielenie tej sfery od życia publicznego i państwowego z odesłaniem tego wszystkiego do życia czysto prywatnego), przy jednoczesnym skupieniu się na prawach jednostki. Oznacza to drugie, że odrzucamy mechaniczne prawo większości do stanowienia większości regulacji w sferze obyczaju. Oznacza to, że za źródło prawa nie może być uznany żaden dekalog ani inny zestaw jakichkolwiek wartości religijnych. Owszem, w demokracji większość ustanawia prawa – ale nie może ustanowić takiego, które godziłoby w uprawnienia jakiejkolwiek, choćby jednoosobowej mniejszości. Żaden parlament nie powinien mieć więc prawa orzec np., że w szkołach mają wisieć symbole religijne – bo nie wszyscy tę samą religię wyznają i są tacy, którzy nie wyznają żadnej. Żaden parlament nie może więc narzucić obywatelom upodobań seksualnych, mówiąc np., że we tym kraju obowiązuje hetero. Żaden parlament nie ma prawa mówić, że życie zaczyna się w momencie poczęcia, lub – przeciwnie – powiedzmy w 14 dniu istnienia zygoty. Żaden parlament nie może orzec, że związki zawarte wedle takiego, a nie innego przepisu religijnego są lepsze od pozostałych. I tak dalej.

Lewicowość w całości wyklucza również nacjonalizm i szowinizm, w skrajnym stanowisku odrzucając w ogóle pojęcie narodu (o rasie jako źródle wartościowania już nie mówiąc, bo to oczywiste). Lewicowość odrzuca wszelką dyskryminację – z uwagi na cokolwiek: płeć, rasę, wyznanie, obyczaj seksualny, język i cokolwiek komu przyjdzie do głowy.

Bardzo z grubsza rzecz ujmując: jedynym zaś ograniczeniem w tej dziedzinie może być tylko fizyczna krzywda drugiego człowieka lub złamanie należnych mu praw jednostkowych. Poza tym – wszystko jest dozwolone.

Jak z tego – raz jeszcze zastrzegam, niezmiernie uproszczonego i z pewnością ułomnego – oglądu spraw wynika, nie sposób w istocie przylepić komukolwiek etykiety „lewica” lub „prawica”. SLD dla przykładu przy pewnej – niezbyt skrajnej zresztą – lewicowości obyczajowo-etycznej jest w sferze gospodarczej bliskie centrum; PSL jest gospodarczo lewicowe „klasowo”, dla swoich czyli chłopów – i prawicowe obyczajowo; PiS jest wyraźnie lewicowe gospodarczo (z pewnymi niuansami) przy dość skrajnej prawicowości w obyczaju; PO jest w sumie nieco na prawo od centrum gospodarczo i także nieco na prawo odeń w obyczaju – i tak dalej.

Warto jeszcze na dwa aspekty współczesnego pojmowania lewicowości zwrócić uwagę. Po pierwsze, poza zupełnie marginalnymi ugrupowaniami młodych anarchistów – nikt w zasadzie nie mówi już o żadnych rewolucjach. Wydaje się, że metody siłowe odeszły do lamusa, na szczęście; lewica akceptuje bezprzymiotnikową demokrację i poddaje się jej rygorom; wyszły z użycia różne wytrychy pojęciowe typu „demokracja socjalistyczna”. Używa lewica często bardzo ostrych sformułowań, ale działa wyłącznie w ramach istniejącego porządku prawnego; tak niedawno jeszcze zwanego przecież pogardliwie „burżuazyjnym”…

Po drugie, lewica przestała się uważać za reprezentanta i „awangardę” klasy robotniczej. Pewno dlatego, że owa klasa robotnicza w wyniku całkiem obiektywnych procesów cywilizacyjnych po prostu zanika i traci jakiekolwiek znaczenie polityczne; jest na nie po prostu za słaba. W dodatku okazała się w praktyce wcale nie taka „postępowa” czy „przodująca”, ale przeciwnie: zacofana, kołtuńska, nacjonalistyczna i religiancka. W każdym razie tu i ówdzie.

W tej sytuacji lewica pozycjonuje siebie jako wyraziciela dążeń i interesów „ludzi pracy”, które to pojęcie jest oczywiście wyraźnie szersze od pojęcia „klasy robotniczej”. I to podejście ma sens; a jeszcze większy sens będzie miało, gdy przepoczwarzająca się lewica zrozumie w pełni, że cywilizację rozwija nie cała zbiorowość pracujących, ale jej najbardziej wykształcona warstwa: inteligencja twórcza. Podkreślam ten przymiotnik: nie chodzi mi o urzędnika z licencjatem czy nawet magisterium, ale twórczego specjalistę IT czy takiegoż medyka, tworzącego naukę i sztukę intelektualistę, artystę wreszcie. To jest dzisiaj sól ziemi – i na rzecz tej warstwy musi działać lewica w pierwszej kolejności.

Zawsze jednak stając po stronie pracownika w jego sporze z pracodawcą. I zawsze broniąc słabszego przed silniejszym.

No i tak się rzeczy mają – jak sądzę. Zachęcam do rozmowy na ten temat; ośmielam się mieć nadzieję, że w rozmowie tej nie będziemy się wzajemnie obrażać. Na zakończenie zacytuję zaś pewnego – hmm… klasyka, powiedzmy; oto jeden z jego celniejszych bon-motów: dla bycia człowiekiem lewicy nie wystarczy mieć serce po lewej stronie; trzeba jeszcze mieć olej na górze, w głowie mianowicie.

Reklamy

11 uwag do wpisu “W sprawie lewicy

Możliwość komentowania jest wyłączona.