Książka, której nie ma

Coś mi się wydaje, że dyskusje o książkach zanim się je wyda i przeczyta – stają się naszą specjalnością (stary bon-mot, bodajże Franca Fiszera: nie czytałem, więc wypowiadam się całkowicie bezstronnie… nabiera jakiejś nadzwyczajnej i gorzkiej aktualności). Dzieło ks. Isakiewicza wywołało wielotygodniową burzę; „Strach” Grossa – podobnie; teraz ci dwaj hunwejbini z IPN mają ujawnić jakieś dokumenty, związane z Wałęsą – i już jest awantura, oświadczenia, kontroświadczenia, obelgi…

Dziwne to cokolwiek i bardzo polskie. Toteż nie miałem zamiaru zabierać w związku z tym głosu, ale jednak się nie da. To akurat jest jeden z tych tematów, jak sądzę, w stosunku do których wyniosłość klerka byłaby nie na miejscu.

Sądzę otóż, że w każdym z wyliczonych wyżej trzech przypadków w ogóle nie chodziło o książki – o ich jakość, warsztat naukowy czy literacki autorów itp. Chodziło i chodzi o pewne aktualne kwestie czysto polityczne i częściowo ideologiczne.

Może najmniej istotna jest awantura wokół książki Isakowicza; w gruncie rzeczy chodzi tu przecież o to, czy Kościół jako całość należy uważać za „niekazitelny moralnie”, czy też nie. Logika podpowiada, że żadna organizacja czy instytucja, zrzeszająca wielką masę ludzi, nie może być in corpore czysta pod żadnym względem; o czym tu więc dyskutować? W końcu: czy ten lub inny hierarcha coś tam komuś pół wieku temu podpisał, czy było takich ludzi stu czy dwustu w wielotysięcznej populacji… cóż to ma za znaczenie dzisiaj? Tak więc – spór wokół tej akurat książki, to tylko walka o granicę podziału między ortodoksyjnymi wyznawcami świętości Kościoła kat. jako instytucji i ich przeciwnikami. W sumie – rzecz dla życia społecznego już mało ważna, w przyszłości zaś – bez wątpienia w ogóle nieistotna. Nie da się na tym zbić kapitału politycznego, bo podziały są za mało ostre, zwolenników i przeciwników jednoznacznego stanowiska w tej sprawie niezbyt wielu – a tych, których to ani ziębi, ani grzeje, najwięcej. Zaś Kościół w ogóle z zasady nie przepada za sytuacją, w której ktoś analizuje jego postępowanie i wystawia mu cenzurki; obojętne: dobre czy złe. Słowem, kontynuowanie dyskusji w tej kwestii, to zajęcie dla głupków. Dostrzegła to nawet najbardziej tępa prawica i spór już właściwie ucichł.

Druga książka, książka Grossa, wzbudziła spór daleko donioślejszy: o „nieskazitelność moralną” nie tylko pewnej instytucji, pewnego podzbioru narodu; tym razem chodziło o cały naród i o cechę daleko powszechniejszą, niż skłonność paru księży do wygodnego życia w PRL-u za cenę jakiegoś podpisu (no, niechby nawet i paru donosów). Antysemitów (i innych rasistów) jest w tym kraju daleko więcej – nieporówananie więcej – niż wszystkich kleszków razem wziętych. Wzięcie ich przez skrajną prawicę w obronę – przez chamski atak na Grossa – jest więc postępkiem daleko bardziej zasadnym z punktu widzenia marketingu politycznego: nad tak dużą częścią elektoratu warto się pochylić. Z punktu widzenia korzyści wyborczych – rasistom warto się podlizać.

Trzeci casus, książka IPN, dotyczy jeszcze czegoś innego, choć w sumie też ze sfery polityki. Nie chodzi tu wcale – tak mi się wydaje – o Lecha Wałęsę. Temu człowiekowi nikt i nic już nie zaszkodzi: ma swoje miejsce w historii, niezależnie od opinii Kaczyńskich (w jakiejś mierze ta przygotowywana publikacja wynika przecież z pewnością z mściwości Kaczyńskich za wyp... ich przed laty z kancelarii prezydenta); musi to rozumieć nawet największa idyjota. Brzydzę się tymi dwoma facetami z IPN, nie znoszę Kaczorów – ale nie uważam żadnego z nich za durnia. Więc oni doskonale wiedzą, że z Wałęsą będzie dokładnie tak, jak z Piłsudskim: pracował Marszałek dla różnych dziwnych instytucji austriackich czy niemieckich, doprowadził do 400 trupów w 1926 roku – a jednak ma pomniki i ulice swojego imienia niemal w każdym mieście. Z Wałęsą będzie to samo, choćby pani Walentynowicz i pan Gwiazda zapadli z tego powodu na chroniczne rozwolnienie. Więc nie o niego tu chodzi, ale o coś znacznie poważniejszego: o samą istotę tzw. projektu IV RP, który ma cień sensu i szansy na powodzenie w jednym-jedynym wypadku: gdy zakwestionuje się i zohydzi Okrągły Stół. I temu służy nie tylko jakaś niewydana jeszcze książka, ale w ogóle cały IPN. W sumie cała ta awantura, to objaw walki Kaczorów o przetrwanie.

Mam nadzieję, że ten objaw okaże się jedną z pierwszych drgawek przed zejściem. A może to już nawet pierwsza plama… opadowa?

Reklamy

14 uwag do wpisu “Książka, której nie ma

  1. Jednak działalność IPN-u, historyków i „historyków” (duet Radziwiłł-Roszkowski i in.) jakieś tam owoce daje. Pojęcie o PRL widzianej przez pryzmat krat, niewoli i opozycji, czyli ćwiartka prawdy robiąca za całą, na dobre ugruntowuje się u młodzieży, co widać chociażby na powyższym przykładzie Michała. Wszelkie przekłamania mają długi żywot, jeśli dobry propagandzista w masce historyka się za nie weźmie. Czarna reklama, jaką zrobili Ryszardowi III angielskiemu Morus i Szekspir, dla większej chwały domu Tudorów, jest żywa do dziś (warto przeczytać „Córkę czasu” Josephine Tey). Ale cóż, pierwszą ofiarą wojny, nawet wojny tylko ideologicznej, jest prawda, córka czasu. W przypadku Polski, niestety, czas oczekiwania na bezstronną prawdę o przeszłości może być nieskończony.

    Lubię to

  2. Co do „papierow” na tego lub owego. W odroznieniu od dlugodystansowych swin nie wierze w dlugodystansowych niezlomnych. Piecdziesiolecie (jezeli liczyc 39-89) jest za dlugie na niezlomnosc (Dąbrowski). Niezlomny byl Rasiński (ci co znaja niektore nieszczesne artykuly w Wikipedii, wiedza do czego pije).

    Lubię to

  3. @Michał: Niestety komuna to byl stan zawieszenie, po ktorym odziedziczylismy wiele zlego i po ktorym nie chce nam sie odziedziczyc nic dobrego ( mam na mysli Teatr Telewizji, :), ).

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.