Smutna i pouczająca historia Instytucji

Była sobie raz Instytucja. Szacowna. Sędziwa dosyć, bo wywodząca się z głębokiego PRL-u (więc niesłuszna zapewne); ale na tyle istotna, że władze Najjaśniejszej Rzeczypospolitej rozważały nawet w pewnym momencie ewentualność nadania jej statusu kluczowej dla interesu Państwa. Ale nie nadały; pewno dlatego, że wyroby Instytucji – nazwijmy je Produktami – choć z pewnych względów bardzo ważne, należą do kategorii dóbr potwornie trudno zbywalnych i w dodatku da się je łatwo piratować. Mają jednak tę cechę, że choćby w jednym egzemplarzu wyprodukowane być w zasadzie muszą; bez nich Ważna Dziedzina Życia Społecznego przestaje istnieć. Nie natychmiast, ale przestaje. No, ale bez tej Ważnej Dziedziny też się da istnieć, jak świadczą dowodnie przykłady paru całkiem ładnych państw typu Gambii czy Burkina Faso. Więc co tu sobie władza będzie zawracać głowę i jeszcze, nie daj Boże, kolejnym darmozjadom dopłacać…
No więc przez ostatnich kilkanaście lat Instytucja robiła bokami i – powiedzmy sobie szczerze – ledwo dyszała. Jej wynik ekonomiczny nie był, przyznajmy, imponujący – oscylował koło zera. W dodatku załoga ze względów biologicznych zmieniała jakość: Instytucja musi zatrudniać fachowców o niewiarygodnie wyśrubowanych kwalifikacjach, jakich w Najjaśniejszej coraz mniej – a trzeba ich kształcić w zasadzie po kilkanaście lat. Więc część załogi odeszła gdzie indziej – bo nie mogła przy takim wyniku finansowym Instytucji liczyć na żaden godziwy zarobek – a część po prostu przeszła na emerytury lub wymarła.
Instytucją kilkanaście ostatnich lat zarządzał Szef. Nie był może arcymistrzem w zarządzaniu, ale na fachu się znał: w Instytucji przeszedł wszystkie szczeble kariery. Co ważne, Szef był kompletnie aideolo: ani w lewo, ani w prawo. Do kruchty nie latał, ale i z SLD się nie kumał; chyba go to w ogóle nie ruszało, chciał tylko robić Produkt na światowym poziomie. Więc jakoś tam było.

Nadeszła Wpółdoczwarta RP. Minął jakiś czas i Kto Trzeba zorientował się, że Szef jednak – jak to Szef – zarabia jakieś w miarę przyzwoite pieniądze. Więc Kto Trzeba Szefa odwołał; pod zarzutem niegospodarności, co przy około zerowym wyniku wyglądało nawet sensownie. Powołał Nowego Szefa, nadając mu Specjalne Uprawnienia Naprawcze.

Ów Nowy Szef był z pozoru człowiekiem na właściwym miejscu: robił w podobnej co Instytucja branży. Tyle, że jego Warsztat był jednoosobowy, zaś jego Produkt z kształtu tylko w zasadzie przypominał Produkt Instytucji. Prawdę mówiąc, różnił się od niego tak, jak krem dla czterdziestolatek różniłby się od szczepionki na AIDS, gdyby taka była.
Nowy Szef w dodatku w życiu nie zarządzał niczym ani nikim – w gruncie rzeczy. Więc musiał powołać Zastępcę. Tak się składa, że zastępca w ogóle już nie miał już żadnych związków z interesującą nas branżą; chyba to rozumiał, więc w Instytucji ograniczył się do pobierania pensji. Nawet tam nie bywał. Aha: pytacie o jego kwalifikacje? Miał, a jakże: był kumplem Kogo Trzeba czy też jego jakiegoś doradcy. Jak to w Pisuarze bywało.

Obaj nowi władcy przestawili częściowo produkcję Instytucji na nowe tory. Zaczęli wyrabiać Produkt Produktopodobny, na licencji zazwyczaj. Tyle, że licencja kosztowała, a Produkt Produktopodobny też się nie chciał sprzedawać (bo nowi władcy o marketingu nie słyszeli, zdaje się, i zaufali własnym gustom, które okazały się nieco rozbieżne z zapotrzebowaniem rynku). Więc trzeba było obniżyć zarobki załodze.

Spora jej część wzięła tedy dupy w troki i odeszła, co dodatkowo obniżyło poziom wytwarzanego Produktu. Na dodatek Szef wdał się w jakieś wewnątrzzakładowe afery (nie, zupełnie nie finansowe!), czym sobie przychylności Załogi nie zjednał; no więc skutek był taki, że po mniej więcej roku wynik finansowy mimo tych obniżek płac zadołował jeszcze bardziej.
Tymczasem Wpółdoczwarta wywinęła wyborczego orła. Ku ogromnemu zdumieniu wszystkich – Szef pozostał na posadzie. Jednak zrobił w swoim poczuciu bezpieczeństwa duży błąd: obraził się na Załogę, czemu dał wyraz publicznie, Na Łamach zresztą. W udzielonym wywiadzie napieprzył takich bredni (na przykład ujawnił swoje głębokie przekonanie, że to, co fachowcy rozważają – powiedzmy – pół dnia, on osobiście rozstrzyga bez nijakich w trzy minuty) i tak się już naraził ludziom, że udzielona mu – też publicznie – odpowiedź musiała być miażdżąca.
Nowy – platformerski tym razem oczywiście – Kto Trzeba nie miał więc właściwie wyboru: musiał Szefa wyp…, co i zrobił. Skoro zaś już tego dokonał, to musiał powołać Nowego Nowego Szefa. Którego poprzedni szef (to znaczy nie ten wieloletni, tylko ten made in Wpółdoczwarta) wywalił był w swoim czasie z Instytucji na zbitą mordę, co akurat było pociągnięciem arcysłusznym: wywalony pracował w Instytucji kilkanaście miesięcy ledwie, nie miał w ogóle żadnych kwalifikacji zawodowych, z branżą nie był nigdy związany, a w ogóle w życiu był na etacie – mimo pięknego wieku męskiego – zdaje się tylko właśnie przez okres zatrudnienia w Instytucji. W dodatku jakieś służby państwowe (nie, nie te ze skrótami literowymi) miały do niego pewne dość kompromitujące pretensje…
No, ale dostał posadę. Trzeba wziąć pod uwagę, że mimo wszystko miał pewne predyspozycje: w końcu te kilkanaście miesięcy był w Instytucji jakoś tam obecny, a przede wszystkim… okazał się jakimś szwagrem czy pociotkiem platformerskiego Kogo Trzeba, czy też jakiegoś jego doradcy…

Jak widać, Platforma z wdziękiem przejęła tu i ówdzie obyczaje poprzedników; zawsze zresztą myślałem, że to towarzystwo mało się między sobą różni; ale to tak na marginesie tylko. Och, przepraszam; towarzystwo to zupełnie nie to słowo, miałem na myśli – powiedzmy – środowisko.

I tu historia właściwie dobiega końca. Pierwszą zapowiedzią Nowego Nowego Szefa jest… całkowite zaniechanie wytwarzania Produktu. On jest, zdaniem Nowego Nowego Szefa, potrzebny tylko jakimś pokręconym umysłowo jajogłowym. Którzy, jak sobie koniecznie chcą, to niech jadą, sukinsyny, po Produkt zagranicę. Instytucja ma teraz robić wyłącznie Produkty Produktopodobne, tylko jeszcze łatwiejsze w wytwarzaniu i – zdaniem Nowego Nowego Szefa – łatwiejsze w zbycie. Jeśli poprzedni Produkt Produktopodobny porównaliśmy do kremu dla czterdziestolatek, to ten wymyślony teraz ma być czymś w rodzaju obciążnika do wydłużania penisa. Nowy Nowy Szef jest całkowicie pewien, że odniesie tym razem sukces. Polega na pewności osobistej, bo słowa „badanie rynku” go rozśmieszają jeszcze bardziej od poprzednika.

Co by tu jeszcze… Aha: najlepsi pozostali jeszcze w Instytucji fachowcy nie czekali na zwolnienia, odchodzą sami. Już niebawem zatem będę mógł Wam ujawnić nazwę Instytucji i branżę, do której należy. W nekrologu tej firmy, mianowicie.

PS. I jeszcze jedno: ilustracja nie jest bynajmniej przypadkowa. Myślta, myślta.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Smutna i pouczająca historia Instytucji

  1. nie! to musi być szatnia z tego filmu. bo tam był kierownik szatni i miał zastępcę 🙂 TAK stawiam na to! gdzie mam odebrać nagrodę za to że zgadłem 🙂 ?

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.