Syndrom 10000 km raz jeszcze

Jakiś czas temu pisałem już na ten temat: chodzi o zjawisko, które badacze statystyk wypadków drogowych nazywają tak właśnie, jak w tytule. Okazuje się, że najniebezpieczniej i najbardziej agresywnie prowadzą samochód wcale nie debiutanci, ani takie sklerozy jak niżej podpisany, ale ludzie z niejakim już doświadczeniem, właśnie po przejechaniu około 10000 km. Z takim dorobkiem za kółkiem zaczynają oni bezgranicznie ufać własnym możliwościom, czują się pewnie, mają wrażenie całkowitego opanowania warsztatu – i walą w drzewo albo w inny samochód. To samo – pisałem na przykładzie pewnej młodej osoby z TVN24 – dotyczy dziennikarzy: już nauczyli się modulować głos, już wiedzą, że czerwone światełko oznacza pracę kamery i tam właśnie trzeba spojrzeć, już umieją kątem oka dojrzeć tekst na prompterze… i stają się zupełnie nieznośni. Nic nowego; ale wiecie co? Dotyczy to nie tylko indywiduów, lecz także całych zbiorowości!

Obserwuję – jak wiecie – z pełną życzliwością TVN i TVN24. Od samego początku. Uważałem te kanały za świetne; i niby nadal są takie, w każdym razie technicznie. Przerywniki, bajery, „Błękitny 24”, wyposażenie studiów, scenografie – wszystko to robi wrażenie, niekiedy zaś zatyka dech w piersiach. Niestety, oba te kanały zaczynają zbiorowo cierpieć na wspomniany wyżej syndrom: kolektywnie, tak mi się wydaje, pracujący tam ludzie uznali się za arcymistrzów fachu telewizyjnego. I… stają się powoli nie do zniesienia. Manipulacja widzem-idiotą i pogoń za sponsorami reklam zaczyna im pomału przesłaniać – proszę mi wybaczyć ohydne słowo – wartości; oczywiście, chodzi mi o wartości dziennikarskie (cokolwiek ten termin oznacza…), nie zaś jakiekolwiek inne. Błyskotki, chwyty formalne i – ogólnie rzecz ujmując – coś, co nazwałbym „balansem ciałem”, przesłania treści. Papka dla oczu.

Myślę, że najwyższa pora przenieść dyrektora programowego na zasłużone inne wysokie stanowisko. Powiedzmy, wiceprezesa ITI ds. rekreacji pracowniczej (kiedyś nazywaliśmy taką operację „kopniakiem w górę”), albo coś w tym rodzaju. To się coraz bardziej robi prowincjonalny kram i sieczka. Szkoda.

Reklamy

11 uwag do wpisu “Syndrom 10000 km raz jeszcze

  1. Utkwiło mi mocno w pamięci coś, co powiedział znajomy mieszkający od urodzenia w Anglii. Otóż gdy w czasie wizyty w Polsce popatrzył na wyczyny naszych kierowców i powiedział: U nas każdemu od dziecka wbija się do głowy, aby zawsze myślał tylko i wyłącznie o innych użytkownikach drogi. Wówczas można być spokojnym, że inni będą myśleć o tobie.

    Coś w tym jest.

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.