Jescze raz o reklamie, chamstwie i poczuciu humoru

Zbyt mało dziś – niestety – popularny (o ile wiem…) poeta, Konstanty Ildefons Gałczyński napisał przed laty o naszym rodzimym poczuciu humoru mniej więcej to (cytuję z pamięci), że najbardziej nas bawią dowcipy typu raz dwie gołe baby kąpały się w wannie i jak się zderzyły pośladkami, to tak klasnęło, że nie macie pojęcia. Od dawna obserwuję dwie reakcje na tę anegdotę: jedna, to szczery rechot, wparty siarczystym o, k…, facet miał rację! – druga, to powiedzenie mniej więcej tego samego, tyle że bez rechotu i na ogół bez zawartego w zdaniu wiadomego „słowa uniwersalnego”. To pierwsze przyznanie racji dotyczy samego dowcipu, który mówiący uznaje za słuszny; to drugie – dotyczy oceny polskiego prymitywizmu. No i tak oto dowodnie widzimy, że słuszność mieli starożytni w powiedzeniu Terencjusza duo cum faciunt idem, non est idem (jak, baranie, nie wiesz co to znaczy, to zajrzyj do słownika, albo se zgugluj). Pierwsza reakcja jest otóż reakcją chama, druga – wręcz przeciwnie.

Odnosi się to też do polskiej reklamy, zwłaszcza tej seksistowskiej. Niedawno – zacną większością głosów – uznaliśmy tu za niedopuszczalną ostatnią kampanię reklamową firmy Cropp Town (przy okazji piszącym tę nazwę przez jedno „p” wyjaśniam, że się o firmie wyrażają mocno niepochlebnie; nawiasem mówiąc, czyżby jej PR-owcy nie zauważyli tej zbitki, czy też od samego początku wszystko im się kojarzy jednakowo?). Nie wszyscy się z tą oceną zgodzili – vide reakcja Licealisty, który nawet dostrzegł w tej naszej krytyce jakieś odniesienia polityczne (?). Mniejsza jednak o to chore zaiste skojarzenie (nigdy nie sądziłem, że genetyczna prawicowość jest jednostką chorobową, ale chyba zmienię zdanie…); ważniejsze jest co innego. I to co innego warte jest poważnej dyskusji.

Otóż: nie o to chodzi, że jesteśmy wszyscy razem (mówię o krytykach wzmiankowanej reklamy) stetryczałymi komuchami, w dodatku pełnymi hipokryzji. Większość z nas – jak sądzę (myślę tu, rzecz jasna, o mężczyznach) – bez przykrości obejrzy sobie foremne fragmenty damskiej anatomii, i nie ich wykorzystanie w celach reklamowych nas razi, ale to, że wykorzystuje się niemal wyłącznie je. Z męskimi – powiedzmy – torsami jest już dużo gorzej; gdyby zaś w jakiejś reklamie pokazano typową męską reakcję podniecenia, oburzenie (panów, rzecz jasna) nie miałoby granic. Tak więc reklama odwołująca się do ludzkiej seksualności używa (nie przypadkiem podkreślam to słowo) kobiety, tym samym traktując ją przedmiotowo. A to jest po prostu niedopuszczalne.

Drugi aspekt sprawy: wiem doskonale, że obyczajowość się zmienia. Niemniej wśród większości ludzi pewne czynności (tak się składa, że te związane z częściami ciała rzadko pokazywanymi) uchodzą za intymne. Jest to pewien kod kulturowy; tak się umówiliśmy w ciągu tych paru tysięcy lat rozwoju cywilizacji, i niech tak może zostanie, co?

Trzeci aspekt. No dobra – powiedzmy – jesteśmy wyzwoleni liberałowie obyczajowi i co się będziemy szczypać. Z gołą d… towar lepiej się sprzeda, to nie mamy zahamowań… Money is money, isn’t it?

Fajnie. Tylko czy musimy przy tym używać takich słów, jak obciągnąć, szpara i tak dalej? Same w sobie te słowa są wprawdzie niewinne, ale skojarzenia dają jednoznaczne: z językiem mętów społecznych, nastojaszczich chamow, jak mawiają nasi przyjaciele Amerykanie.

Oczywiście – takie skojarzenie mogą się komuś wydawać zabawne lub – jak to się mawia – „nośne”. Tym kimś będzie jednak raczej osobnik w typie pana Łyżwińskiego, niż pana – dajmy na to – Komorowskiego. Jeden i drugi parlamentarzysta (pierwszy trochę teraz ma ciasne mieszkanie…); obaj mają nazwiska na -ski. Ale, ale…

No, w każdym razie, żeby sprawę zakończyć, Łyżwińskim ręki się nie podaje. Z klaskania gołymi pupami bab też się nie wypada śmiać: jednak to obciach. Jeśli tego ktoś nie rozumie, to trudno: jego strata. Ale może się jeszcze próbować ratować przyjmując tę dyrektywę do stosowania i wykonania nawet bez zrozumienia. Jest wprawdzie niemal pewne, że i tak mu słoma z buciorów wyjdzie, ale jest również cień szansy, że uniknie przykrej sytuacji, w której przyzwoite towarzystwo pożegna go serdecznym paszoł won.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Jescze raz o reklamie, chamstwie i poczuciu humoru

  1. @ Krzysiek: Byłbym przecież skończonym idiotą, gdybym dla zasady (jakiej?) odrzucał wszystko, co ludzkość wymyśliła. Z rozpędu poleciałoby wtedy np. twierdzenie Pitagorasa…

    Polubienie

  2. „Niemniej wśród większości ludzi pewne czynności (tak się składa, że te związane z częściami ciała rzadko pokazywanymi) uchodzą za intymne. Jest to pewien kod kulturowy; tak się umówiliśmy w ciągu tych paru tysięcy lat rozwoju cywilizacji, i niech tak może zostanie, co?”

    Proszę proszę, Bogdan Miś konserweatystą? 😉

    Polubienie

  3. Panie Bogdanie! Podzielam Pańskie zdanie. Są pewne rzeczy, sytuacje, okoliczności, o których nie wypada mówić lub pokazywać. I nie jest to kwestia lewicowości, czy prawicowości (to strona bliższa memu myśleniu), ale kwestia przyzwoitości. A przyzwoitość to prawość myślenia i dobrego wychowania.
    Pozdrawiam

    Polubienie

  4. Lubię widzieć kobiece ciało na bilbordzie — z przyjemnością oglądam sobie na przykład reklamy Triumpha. Ale — nie zawsze, nie wszędzie, nie w każdej sytuacji.

    Idę tu więc trochę dalej od Autora — zraziła mnie kiedyś reklama damskiej bielizny (a więc jeśli chodzi o sensowność eksponowania dość obnażonego ciała całkiem zasadna) powieszona na przeciwko katedry. Jest to jednak raczej kwestia poczucia smaku, niż sztywnych regół. To samo dotyczy przekraczania granicy intymności. Można to chyba robić ze smakiem i sensem.

    Cropp Town? Widziałem. Reklama o tyle odniosła swój skutek, ze zaskoczony jej dziwnością zastanowiłem się co to jest — takiej refleksji zwykle reklamy nie wywołują. Ale nic więcej — nie poruszyła mnie, nie pociągnęła, skojarzenia — owszem, wywołała, ale płytkie i dość obojetne.

    Polubienie

  5. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tak długotrwałego uniesienia kampanią reklamową Croppa. Może dlatego, żem baran i guglować musiałem zacną łacinę. No ale koniec końców Quidquid latine dictum sit, altum videtur.
    Szczerze powiem, śmieszy mnie to trochę. Widziałem już bardziej seksistowskie reklamy i to prowokujące wprost. Nie widziałem też wtedy takich reakcji na sieci [może też dlatego, że były to czasy wolne od blogów], a już na pewno nie były tak donośne.
    Koniec końców, rozumiem oburzenie, ale to że trwa tak długo i że jednostki, którym owa reklama przypada do gustu są tak poniewierane… tego już nie rozumiem. Ale przecież baran jestem.

    Polubienie

  6. Na takich poetów jak Gałczyński mój polonista mówi „poeta zapoznany”. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego akurat tak.

    Poczułem się baranem, bo tych słów po łacinie nie znałem. Kiedyś w moim liceum była łacina, ponoć w przyszłym roku ma wrócić do łask, czyli dla mnie za późno. Przy czym ja o tego barana się nie obrażam! Pocieszne zwierzęta.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.