Zatyka dech…

Dwie wiadomości, które dosłownie zatykają dech w piersiach. Po pierwsze, nie tyle kretyńska i bezczelna (co u autora z reguły – widać, słychać i czuć stale, jak mi się wydaje), ale i niezwykle szkodliwa z punktu widzenia interesu międzynarodowego Polski, ocierająca się o Trybunał Stanu publiczna wypowiedź Karskiego; po drugie, numeras – zresztą także związany z tym niechlujnie obrośniętym na wstrętnej mordzie typasem – w wykonaniu Telewizji Publicznej: wykonali mianowicie insynuacyjkę… aż miło. Poniżej szczegóły i krótki komentarz – choć ten jest właściwie zbędny. Mamy bowiem – w mojej prywatnej opinii – ewidentnie do czynienia z pospolitymi bandytami politycznymi, w dodatku porażająco durnymi.

Dla porządku, fakty.

– Jestem spokojny, czekam aż kanclerz Angela Merkel zadzwoni do Donalda Tuska i mu powie: „Herr Donald, spokój, ten traktakt musi być przyjęty. Trudno, jak nie będziesz mógł zrezygnować z Joaniny, to lepszy jest traktat z Joaniną niż jakikolwiek inny.

To dosłowny cytat z wypowiedzi Karskiego dla TOK FM (czytaj całość). Z takim brakiem instynktu samozachowawczego i zdolnościami dyplomatycznymi – panie Karski – to po polu minowym na bosaka zap…, nie zajmować się polityką, szczególnie międzynarodową! I to był wiceminister spraw zagranicznych, Boże!

W ogóle – konsekwentne granie na antyniemieckich resentymentach naszych prowincjonalnych niedouków czy ślepców politycznych (przypomnijmy choćby wstawki z Angelą Merkel i mapą Europy z 1937 roku do teledysku pana kaczyprezydenta albo aferę kartoflaną) jest nie tylko beznadziejnie głupie. Jest też szkodliwe, jak jasna cholera: obrażanie władz niemieckich może wyłącznie skutecznie sparaliżować nawet – nieliczne przecież – sensowne inicjatywy międzynarodowe Polski i ugodzić w nasze interesy; nie mówiąc już o tym, że z kolei rozjuszone matoły niemieckie – takich tam przecież też nie brakuje, prymitywów i bałwanów wszak nie sieją nigdzie na świecie – zaczną zaraz rozbijać polskie samochody i dokonywać podobnych „patriotycznych” odwetów. Odpowiedzialność za to spadnie na kaczystów.

Dalej. Pisze „GW” (całość tutaj):

Telewizyjne „Wiadomości” puściły insynuację, że LiD za wyciągnięcie Vogla z aresztu zapłaci Platformie poparciem ustawy medialnej. I kto tak ładnie to wymyślił? We wtorkowym głównym wydaniu „Wiadomości” TVP reporter Dariusz Bohatkiewicz poinformował: „W Sejmie pojawiły się spekulacje, że Peter V. może być kartą przetargową w sprawie ustawy medialnej. Jeżeli lewica poprze projekt Platformy, to wówczas Peter V. wyjdzie na wolność. To jednak tylko spekulacje”.

Zatrzymany w niedzielę przez CBŚ Peter V., szwajcarski bankier polskiego pochodzenia, jest podejrzewany o pranie brudnych pieniędzy. Łączono go z lewicą, bo niby miał prowadzić tajne zagraniczne konta polityków SLD. Jednak – jak się dowiadujemy – nie były to żadne anonimowe spekulacje, ale wypowiedź posła PiS Jacka Kurskiego wprost do kamery „Wiadomości”. Dlaczego została ocenzurowana? I dlaczego nie ukazało się także nagrane przez „Wiadomości” dementi rzecznika LiD Tomasza Kality?

Bohatkiewicz ma zakaz rozmów z prasą. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że decyzję o tych cięciach podjęli szef „Wiadomości” Krzysztof Rak i wydawca Katarzyna Bajszczak. A ciąć było trzeba, bo… materiał z komentarzami był za długi.

– Wiemy, że to pretekst. Bohatkiewicz protestował, chciał zdjąć całą tę informację, ale się uparli. I tak poszło! To było nieprofesjonalne, ewidentny błąd, ale to była decyzja góry – mówią nieoficjalnie dziennikarze „Wiadomości”.

Prowadzący i zarazem współwydawca wtorkowych „Wiadomości” Jarosław Kulczycki pytany, dlaczego w jego „Wiadomościach” ukazał się materiał z insynuacjami, i to bez komentarzy osób, których dotyczył, odparł: – Nie komentuję pracy kolegów. Takie osobiste widzimisię.

Katarzyna Bajszczak godzi się na rozmowę, ale „nie przypomina sobie, by coś takiego było”. Gdy cytujemy jej odpowiedni fragment, mówi, że prowadzi samochód i rozmawiać nie może. Prosi o telefon za pół godziny. Po półgodzinie rozmawiać już nie chce.

Mój komentarz: po prostu, zgroza. Politycy PiS, jak najzupełniej prywatnie uważam, mogliby – obecnie na czele z Karskim i Kurskim właśnie, bo podobnej specyficznie oryginalnej inteligencji Gosiewskiego, Kuchcińskiego, Brudzińskiego i Cymańskiego jakoś, zdaje się, nam ichni spin doktorzy oszczędzają ostatnio – znaleźć się w Sevres pod Paryżem obok wzorca metra i kilograma jako wzorce landsknechtów politycznych, żeby nie powiedzieć wprost: partyjnych oprychów; to przecież – jak najzupełniej prywatnie sądzę – tacy pisowscy SA-mani… Myślę, że pora, by media – w trosce o interes publiczny – po prostu ostentacyjnie usunęły ich z łam i ekranów. Mogłoby to wyglądać na przykład tak: pojawia się któryś z nich na ekranie – i zamiast oryginalnego dźwięku słyszymy lakoniczny tekst lektora „znowu pieprzy głupoty”. Nieziszczalne i bezsensowne marzenie oczywiście, ale sam fakt, że przyszło mi do głowy, jest już wyznacznikiem mojej desperacji…

Straciliby co prawda wtedy co najmniej połowę zajęcia tacy „geniusze żurnalistyki”, jak niejaki Rymanowski – co to ogranicza się wyłącznie do podpuszczania jednego polityka na drugiego i zacierania krótkich rączek kurdupla gdy ci skoczą sobie do oczu – ale sprawa jest poważna, bo chodzi tu już naprawdę o interes kraju.

Co do telewizji publicznej: kilkakrotnie tu dawałem wyraz swoim bardzo poważnym wątpliwościom, związanym z bezsensownymi pomysłami reform Platformy, reprezentowanej przez swoją dość beznadziejną „ekspertkę medialną”, panią Ślesińską-Katarasińską (tę od prowadzenia samochodu po syropie, skądinąd znaną publicystkę łódzką z okresu Marca ’68); babsko minimalnie się w końcu różni od madame Kruk, powiedzmy sobie szczerze. Po kolejnym numerze gangu Urbańskiego zaczynam jednak myśleć, że tego stada należy się pozbyć za wszelką cenę jak najszybciej. Nawet jak w efekcie reformy zawłaszczy media PO – niech tak będzie. Naprawimy to za rok, dwa, może pięć; może nie naprawimy wcale i trzeba będzie campus na Woronicza wysadzić i zaorać – ale niechaj już ci nie szkodzą. Każde rozwiązanie jest lepsze od stanu obecnego.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Zatyka dech…

  1. Ten babus nazywa się Śledzińska-Katarasińska i ma ciekawą drogę za plecami. W 1968 r. faktycznie pisała napastliwe teksty na Żydów w ramach marcowej nagonki w Dzienniku Łódzkim (jedna z dwóch ówczesnych gazet lokalnych). Potem została opozycjonistką, pierwszą naczelną łódzkiego dodatku Wyborczej a na końcu wznosiła toasty „kieliszeczkiem koniaku” (taka była pierwsza wersja). Znalazłem taki kieliszeczek w sklepie Duka – mieścił jakieś półtora litra ale proporcje były zachowane idealnie. 🙂

    Lubię to

  2. 🙂 uśmiecham się. Wiem, nic śmiesznego. Ale – ja o „geniuszach”- niektórych nie stać na nic więcej. I- naprawdę nie jest wytłumaczeniem samousprawiedliwiający wist Miecugowa, ze w kwestii poziomu- „media gonią za widownią”. Rymanowski warsztatowo jest słaby, ale coraz bardziej przekonany o swojej wspaniałości

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.