Liszka? Kiszka…

Kiedy Donald Tusk robiąc niejaki cyrk medialny i budując atmosferę suspensu mianował rzecznikiem rządu p. Agnieszkę Liszkę – byłem lekko zdumiony. Sądziłem, po pierwsze, że uda mu się pozyskać na to stanowisko jakieś nazwisko dziennikarskie z najwyższej (lub choćby: bardzo wysokiej) półki; oczywiście, trudno byłoby się spodziewać asa nad asy, jak powiedzmy, Tomasz Lis, czy Jacek Żakowski – trudno, bowiem przyjęcie takiej posady zamyka teoretycznie raz na zawsze karierę dziennikarską, otwierając bardzo wątpliwą polityczną. Ale kogoś – myślę – mieliśmy prawo się spodziewać; może na przykład kogoś sędziwego u schyłku kariery, komu już ewentualne niepowodzenie polityczne nie zaszkodzi. Tymczasem mianowana została panna Nikt. Jeśli tak, to zakładałem, iż Tusk skądinąd wie, że jest ona tak dobra, energiczna i samodzielna, że brak nazwiska nie będzie jej przeszkadzał w pełnieniu funkcji

Tymczasem okazało się, że mamy do czynienia z panną Nikt w dowolnie pomyślanym wymiarze. Ani to ma inicjatywę, ani to potrafi cokolwiek skomentować, ani w ogóle nie istnieje. Zero bez indywidualności, na dodatek z piskliwym i źle ustawionym głosem. Słowem: kiszka z grochem, wręcz zwyczajna kicha – z jakimś doktoratem, zdaje się, za to.

Świadczy to fatalnie: nie o tej myszce-kiszce, ale o jej pryncypale. Już to wyłysiałe za młodu medialne dno, które  rzecznikowało Głównemu Kaczorowi, było o dwie klasy lepsze.

Wiem, że się wielu z was narażę: Jurek Urban – to był rzecznik z indywidualnością i pasją; rzecznik stulecia. Twórczy i zaangażowany. Inteligentny, złośliwy i samodzielny. O wiele parseków zostawiający w tyle wszystkich swoich następców; co do sztuki. Howgh. Po nim była już tylko mierzwa; ale w niektórych wypadkach chociaż urodziwa.

Reklamy

11 uwag do wpisu “Liszka? Kiszka…

Możliwość komentowania jest wyłączona.