Strach

Od kilku dni w mediach wrze od dyskusji o „Strachu” prof. Jana Grossa (nie sądzę, by ktokolwiek nie wiedział o co chodzi, ale na wszelki wypadek wyjaśniam: to książka, w której autor opisuje koszmar polskiego antysemityzmu z wczesnych lat powojennych). Właściwie to nie żadna dyskusja, tylko nieustanny atak, w którym – ku mojemu niejakiemu zdziwieniu – wziął udział również p. kard. Dziwisz, zarzucając wydawcy książki „błąd wydawniczy”. Wczoraj zaś Grossa zaatakowała Monika Olejnik w swojej „Kropce”.

Z grubsza biorąc, zarzuty Olejnik – i pozostałych – wobec Grossa (pomijając bzdurę „znieważenia narodu polskiego” – bzdurę, bo mówienie o kimś prawdy nie znieważa go, jest stwierdzeniem faktu) sprowadzają się do tego, że nie pokazał „całości problemu”, czyli nie powiedział

  • ani o licznych Polakach, którzy Żydów ratowali
  • ani o antysemityzmie innych nacji (np. znanym dziś powszechnie obrzydliwym antysemityzmie Francuzów, albo o tym, że Duńczycy wprawdzie Żydów ratowali, ale za pieniądze)
  • ani o tym, że Zagładę przeprowadzili w istocie Niemcy

Po kolei. Wszystkie zarzuty są idiotyczne i odpowiedź na każdy z nich mogłaby brzmieć identycznie: nie taki jest – i nie taki miał być – temat tej książki. Zresztą Gross pisze o przypadkach ratowania Żydów przez Polaków; wspomina o tym, to prawda, i na tym się nie skupia – ale przecież to nie miało być o akcji „Żegota” na przykład, bo o tym są inne książki! Po drugie – antysemityzm Francuzów czy interesowność Duńczyków nijak nie usprawiedliwiają antysemityzmu Polaków; i znów, nie o tych nacjach miało to być. Po trzecie – a kto mówi, że nie Niemcy (ściślej zaś – ichni Narodowi Socjaliści!) zrobili to, co zrobili? Zresztą jest o tym masa książek; nic tu nie trzeba po raz setny powtarzać.

Zarzuty dżentelmenów w rodzaju K. M. Spaślaka-Ujazdowskiego, że „książka nie jest publicystyczna” są bez sensu: pisanie o sprawach publicznych (a czyż to nie jest sprawa publiczna?) jest publicystyką mocą samej definicji. Zarzut, że książka „nie jest historyczna”, bo odwołuje się do selektywnie wybranych dokumentów, jest też brednią; dobór dokumentów jest absolutnie adekwatny do założonej tematyki, warsztatowi autora – podawaniu źródeł, obfitych cytatów, przypisów, bibliografii i tp. – nic zarzucić nie można; mam tę przewagę, jak mi się wydaje, nad większością krytyków, że tę książkę przeczytałem i wiem, co mówię. Nawiasem mówiąc, ta książka – choć można mieć po jej lekturze sny koszmarne – czyta się znakomicie; jest po prostu literacko doskonała.

Znamienne: nikt nie ośmiela się podważać opisanych w książce faktów. Znaczy, autor pisze… prawdę, czyż nie?

Cała ta historia jest dosyć obrzydliwa. Uczestnicy „krytycznych dyskusji” zapewne by się silnie obruszyli, ale ich wypowiedzi ogromnie mi przypominają „polemiki” ze Zgniłym Zachodem z okresu wczesnego PRL-u, kiedy to – w braku innych argumentów – dyskutanci zwykli byli mawiać „a u was Murzynów dyskryminują”. W latach późniejszych Stosowni Towarzysze też pouczali piszących – specjalnie dziennikarzy – że „temat należy ukazywać całościowo, wiecie: żeby negatywy były zrównoważone przez pozytywy”.

A jeśli – nie są zrównoważone?

Niemiło słuchać brzydkich opowieści o sobie; ja to rozumiem. Ale nie wolno chować głowy w piasek. Nic mnie tak nie wścieka zresztą, jak to przekonanie rodaków, że sami oni Zawisze Czarni i w ogóle Anieli Pańscy; wścieka, bo takich narodów nie ma. Podejrzewam zaś – nawiasem mówiąc – że w sprawie „Strachu” gdzieś w tle siedzi w gruncie rzeczy jakaś mała (a może wcale nie taka mała…) wojenka religijna. „Żydzi zabili nam Pana Jezuska”; to zdanie wielu matołów ma gdzieś tam w tyle głowy. I wynika stąd, że zabić czy obrabować Żyda – to w końcu nic złego.

Jestem już starym człowiekiem. Na tyle starym, że pamiętam to i owo z okupacji. Pamiętam – to fakt – ludzi, ratujących Żydom życie przez skryte trzymanie ich w jakichś komórkach, czy szafach; znałem takich. Ale nasuwa się okrutne pytanie: a przed kim mianowicie ci sprawiedliwi kryli chronionych? Czy tylko przed hitlerowcami? Czy Niemcy zaglądali systematycznie do każdego mieszkania w okupowanej Polsce? Jeśli zaś jednak – nie, to może w domyśle jest taka oto odpowiedź na to pytanie: chronili owych Żydów przed sąsiadami, którzy mogli zakapować.

A szmalcowników też znałem. I ci jakoś swojej „profesji” nie skrywali, ani się jej nie wstydzili. Każdy wiedział, że sąsiad X. czy Y. rabował mienie pożydowskie. Po prostu, Gross ma rację: wśród ogółu motłochu było na to przyzwolenie. To wszystko.

Reklamy

21 uwag do wpisu “Strach

Możliwość komentowania jest wyłączona.