Coś dla blablona

Muszę wyjaśnić: blablon – to ksywka jednego z komentatorów poprzedniego wpisu. Zacznijmy od cytatu, co by po blogu nie latać bez sensu. No więc, ów blablon pisze tak: Szanowny Panie Bogdanie! W ramach exercices de style (i w duchu pańskiego komentarza powyżej) proponuję, żeby Pan napisał podobnie złośliwie krytyczny tekst o własnym środowisku. Może coś na ludzi związanych z postPZPRowską lewicą? Ateistów? Radykalnych przeciwników PiSu? Something else?

No to – porozmawiajmy…

 

Rozumiem, że blablon sobie ze mnie dworuje, czyli szydzi; wolno mu: czyni to dość elegancko. Ale troszkę mi w tym przypomina pewnego jegomościa (z mojego środowiska właśnie, żeby użyć blablonowej stylistyki, choć tak prawdę mówiąc, to za swoje środowisko uważam siebie wyłącznie i wąskie grono bliskich przyjaciół; przez moje środowisko będziemy jednak dalej rozumieli ludzi, wśród których niegdyś – nolens volens – bywałem i z którymi pracowałem, bo o to chyba blablonowi chodzi), który to jegomość nauczał podległych sobie żurnalistów, że krytyka powinna być wyważona i konstruktywna. Oznaczało to w szczególności, że krytykować było po pewnymi warunkami wolno, ale jednocześnie należało wskazywać osiągnięcia. Miało być więc mniej więcej tak: do sklepu nie dowieźli pieczywa, ale wytopy stali się generalnie w ostatnim roku zwiększyły. No i ów wspomniany warunek był taki, że krytycznej ocenie należało poddawać… fakty już niebyłe; wymienionej informacji powinna więc była obowiązkowo towarzyszyć wiadomość, że dzięki interwencji komitetu partyjnego braki w dowozie pieczywa już nie będą występować…

 

Wedle blablona – jak się domyślam – można tedy krytykować Polaków, ale zapewne jedynie jednocześnie pisząc coś złego np. o Amerykanach czy Czechach (a domniemywam, że najlepiej o Ruskich albo Niemcach…); i – prawdopodobnie – podkreślając obowiązkowo wagę Wiktorii Wiedeńskiej oraz rolę Bitwy Warszawskiej w ocaleniu świata przed zalewem bolszewickim.

 

No, ale może niezupełnie o to chodzi; może blablon nie czepia się kwestii narodowej, lecz po prostu oddziela nasz naród od ateistów, postpezetperowców i radykalnych przeciwników PiS-u? Wygląda bowiem na to, że dla blablona to nie Polacy, tylko jakieś egzotyczne stwory, zamieszkujące złym zrządzeniem losu kraj między Odrą a Wisłą…

 

Wyjaśniam otóż – choć nie wiem po co, bo to oczywista oczywistość, że to błąd. Wśród żyjących tu i teraz Polaków bywają jednak i postpezetperowcy, i ateiści, i Świadkowie Jehowy, i muzułmanie, i uczeni, i idioci, i kolejarze i byli żołnierze NSZ, i byli ubecy, i w ogóle wsiakaja drugaja swołocz. Narodowość nie ma nic do poglądów politycznych, wiary, koloru skóry i posiadania napletka, dajmy na to; możemy się tak umówić?

 

Mniejsza zresztą z tym; może chodzi po prostu o niefortunne sformułowanie niezbyt biegłego w używaniu niuansów stylistycznych początkującego autora. Niech Mu więc będzie; jeśli mu na tym zależy, przywalę również swojemu środowisku. Po kilkakroć.

I tak: wśród ateistów zdarzają się – powiedzmy – agresywni idioci; mniemam , że nieco rzadziej niż w pewnych środowiskach ze środkowo-północnej Polski, ale to tylko tak na marginesie, en passant. Co więcej, niektórzy z ateistów są do tego stopnia wojujący, że chętnie by innym swoje poglądy wbili do zakutych łbów pałą; ubolewam nad tym. Ale przyznaję: tak bywa. Podobnie jak wśród wierzących.

 

Dalej – wśród ludzi związanych z postpezetperowską lewicą zdarzają się malwersanci i złodzieje; więcej powiem: głupi i prostaccy malwersanci i złodzieje. Gdyby nie było takich w PiS-ie – pierwszy bym złożył tej dziwnej organizacji gratulacje; ale, niestety, nie mogę. Tam też bywają tacy, nawet na stanowiskach do niedawna ministerialnych.

 

Jeszcze dalej. Wśród dziennikarzy – to też moje środowisko – zdarzają się na przykład kłamcy i mitomani; jak ten, co to go niby porwali, a potem okazało się, że zachlał czy zadragował, a swoją dziewczynę, delikatnie mówiąc, nakłaniał do płatnego świadczenia usług erotycznych. Wielu kolegów po fachu moczy frustracje bynajmniej nie w wodzie. Niektórzy oddają się hazardowi. Jeszcze inni nakłaniają swoje niepoślubione żony do aborcji.

 

Powiem jeszcze więcej: w moim ukochanym środowisku naukowym, wśród utytułowanych profesorów – też zdarzają się hochsztaplerzy, cyniczni oszuści i naciągacze; a nawet zwykli durnie. Chętnie wymieniłbym nazwiska…

 

Ale – mój miły blablonie wśród ateistów mamy takich tytanów umysłu jak Dawkins, wśród wierzących zaś – ks. Tischner; wśród ludzi związanych z prawicą – takich jak profesor Bartoszewski, z lewicą zaś – profesor Szyszkowska; wśród dziennikarzy obok niejakiego Bubla jest Kapuściński. Profesorem – i to belwederskim, z habilitacją – jest niejaki pan Bender oraz takimże profesorem był Wacław Sierpiński…

 

Przy okazji: wszyscy oni – z wyjątkiem Dawkinsa, naturalnie – to Polacy. I powstaje pytanie: co z tego wynika?

 

Odpowiedź: dokładnie nic. Aniśmy jako zbiorowość święci, ani bydlaki; bywają zaś wśród nas tacy i tacy. Czasami zaś te – lub tamte – cechy wykazujemy w stadzie. Konstatując zaś to – nie musimy bynajmniej w każdym momencie stosować cytowanych na wstępie zasad krytyki konstruktywnej i złe słowo pod cudzym adresem zaczynać od walnięcia się we własne piersi.

 

Powracając zaś do kwestii krytyki jako takiej. Otóż będę się upierał, że stały cielęcy zachwyt własnym środowiskiem (narodem, ugrupowaniem politycznym) znamionuje wyłącznie durnia lub absolutnie załganego cynika (tego drugiego zresztą – jako człowiek absolutnie i programowo niemoralny – wolę…); stały krytycyzm jest zaś być może cechą zgryźliwych i zgorzkniałych starców, ale raczej świadczy o rozumie i dojrzałości. Jakkolwiek jest – każdemu radzę, by krytykę, nawet tę jadowitą, złośliwa i jawnie niesprawiedliwą brał pod uwagę, a wyrazy zachwytu puszczał mimo uszu. Zdrowiej mu będzie.

Reklamy

15 uwag do wpisu “Coś dla blablona

  1. bó ha ha ha 🙂 porównanie bartoszewskiego z szyszkowską. Panie Bogdanie, kończ waść………… 🙂

    Polubienie

  2. Wedle blablona – jak się domyślam – można tedy krytykować Polaków, ale zapewne jedynie jednocześnie pisząc coś złego np. o Amerykanach czy Czechach (a domniemywam, że najlepiej o Ruskich albo Niemcach…); i – prawdopodobnie – podkreślając obowiązkowo wagę Wiktorii Wiedeńskiej oraz rolę Bitwy Warszawskiej w ocaleniu świata przed zalewem bolszewickim.

    Te słowa – jak i cały artykuł jest krytyczny do tego co powiedział blablon.
    A nie przyszło panu do głowy że on też

    dziś zaś używam tej maniery bo chcę

    Krytykuje pan kogoś za coś, co jednocześnie pan robi, twierdząc przy tym, że tak chce. Brak spójności – moim skromnym zdaniem 😉

    Polubienie

  3. >>Blablon: Oczywiście, że można powiedzieć, iż wielokrotnie popełniałem ten sam błąd na nowo; pierwsze skojarzenie, jakie mi się tu nasuwa, to sprawy damsko-męskie. Tyle, że wiedząc, iż robię błąd (bo np. wpędzam się w trudną sytuację) robiłem go mimo to, bo pewne przyjemności były ważniejsze.

    Ale czy w takiej sytuacji można mówić o błędzie; przecież pojęcie to – dla mnie – oznacza zrobienie czegoś nieświadome? Raczej o wyborze, prawda?

    Po prostu: nie myślę, że istnieją sytuacje „czyste”, tzn. „bezbłędne” same w sobie, w stu procentach. A jeśli – post factum – jakąś sytuację oceniłem krytycznie (znów: oznacza to, że uznałem bilans za ujemny), to już jej rzeczywiście nie powtarzałem. Czy to nadludzkie???

    Polubienie

  4. >>A.W> Różnica jest taka: wtedy taki sposób pisania był obowiązkowy (i dotyczył totalnego państwa), dziś zaś używam tej maniery bo chcę i przywalam nie państwu, tylko pewnemu typowi palantów.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.