Ekran pachnący kadzidłem

Kolejne święto. I kolejny raz wszystkie stacje telewizyjne, szczególnie zaś publiczna, wciskają świąteczny pedał do dechy. Jeśli to jakieś święto niepodległościowe, to grzmią surmy narodowe, solidarnościowe i kościelne; jeśli święto jest kościelne, to zmienia się tylko kolejność i rozkład akcentów. Ale zawsze akcent katolicki jest obecny…
I niech sobie będzie, choć wszelka przesada – a tej tu pełno – wywołuje odruch sprzeciwu. Gdybyż to był tylko akcent; tymczasem jest to łomot! Jak zawsze przy tym – przynajmniej w moim pojęciu – dużo ważniejsza jest grana melodia, niż treść. Otóż jest tak – i to coraz bardziej – że prezenterzy i dziennikarze przedstawiają nam tzw. prawdy wiary jako prawdy absolutne. Opowiadają zatem poważnie o życiu pozagrobowym jako o czymś pewnym, rzeczywistym i stwierdzonym; snują rozważania o tym, czy lepiej jest wnosić modły do Boga o powodzenie zmarłych na „tamtym” świecie za pośrednictwem świętych, czy też może skuteczniejsze będzie zwracanie się do aniołów; i tak dalej. Jednym słowem dziennikarze i prezenterzy demonstrują widzom swój niezachwiany i żarliwy katolicyzm…

No i to jest, szanowni państwo, nie do przyjęcia. Religia i osobiste wyznanie wiary powinno być sprawą najzupełniej prywatną. Telewizja musi brać pod uwagę, że oglądają ją także protestanci, prawosławni, żydzi, mahometanie, buddyści – a przede wszystkim ludzie niewierzący. Nic do rzeczy nie mają tu procenty i powoływanie się na katolicką większość narodu jest argumentem nie do przyjęcia; demokracja bowiem to nie są – co warto nieustannie przypominać – po prostu rządy większości, ale takie rządy większości, które nie naruszają żadnych praw jakiejkolwiek mniejszości, choćby była jednoosobowa.
A tak łatwo uniknąć kłopotów! Wystarczy, by prezenter zamiast „jest to i to” mówił „jak wierzą katolicy, jest to i to”. To małe zastrzeżenie, delikatne zaznaczenie dystansu – rozwiązuje problem; i w dodatku w żaden sposób nie określa osobistego stosunku dziennikarza do sprawy, pozwalając mu zachować neutralność. Nie sądzę, by w jakikolwiek sposób było to sprzeczne z jego osobistym wierzeniem lub niewierzeniem.
A jeśli jest, jeśli chce on ten osobisty stosunek podkreślać – to, niestety, nie nadaje się do pracy. Specjalnie w publicznej; choć przyciskanie katolickiego pedału do dechy w komercji też mnie razi; odbieram je jako wyjątkowo nieszczere.

Reklamy

9 myśli na temat “Ekran pachnący kadzidłem

  1. >> Bogdan Miś
    Dla mnie to jest jak zjawisko przyrodnicze, prawo natury. To po prostu jest.
    Jak mówi klasyk: „Praw fizyki Pan nie zmienisz i nie bądź Pan…”

  2. Ależ my właśnie mamy taką obrażeniową paranoję, że gdyby prezenter zamiast „jest to i to” mówił „jak wierzą katolicy, jest to i to”, zaraz ozwałyby się głosy, że ośmiela się nie utożsamiać katolików z ogółem odbiorców i to jest obraźliwe. A w Polsce niestety ludzie się tych głosów boją.

  3. Zamiast oglądać kolejną rozmowę redakcyjną o „tajemnicy” z księdzem lub redaktorem katolickiego czasopisma, względnie reportaże z kierowania ruchem pod cmentarzami, obejrzałem sobie w National Geographic godzinny film popularnonaukowy o historii wszechświata. Było to dużo bardziej pouczające.

  4. >>B. Pinikiewicz Ależ oczywiście, znam ten mechanizm doskonale. Jest on także bliski używaniu w redakcjach „kalendarza okrągłych rocznic” (co 5 lat niektóre tematy wracają na łamy automatycznie…) – no, ale fakt, że coś jest używane, nawet „od zawsze” – nie znaczy chyba, że jest eo ipso akceptowalne i słuszne, czyż nie? I myślę, że stacja, która by np. w Święto Zmarłych poszła „pod prąd” i nie powiedziała ani słowa o religii – samym tym faktem wzbudziła by sensację (w moim pojmowaniu – pozytywną).
    >>milosti: zwracam uwagę, że chodzi o telewizję publiczną i to ludzie wierzący – jak im się laickość nie podoba – mogą i powinni sobie szukać kanałów religijnych, nie odwrotnie (choć dziś – i o to mi właśnie idzie – to u nas czysta teoria). Państwo nasze jest w założeniu świeckie; taka też powinna być publiczna telewizja, na dodatek ma ona – w moim przekonaniu – obowiązek racjonalizmu naukowego. Nie ma w niej prawa paść zatem stwierdzenie o – powiedzmy – „cechach charakteru osoby urodzonej w znaku koziorożca”; nie ma też prawa paść twierdzenie o życiu pozagrobowym, nieśmiertelnej duszy itp. I jeszcze jedno: bardzo często używa się argumentu „a za komuny coś było jeszcze gorzej”. Otóż to żaden argument. Po pierwsze, nie ma komuny. Po drugie, jeśli przeciwnik robi coś źle, to nas to w żaden sposób nie upoważnia do kroczenia tą samą drogą.

  5. A czy za komuny ktoś brał pod uwagę fakt, że nie wszyscy są komunistami i niekoniecznie chcą oglądać propagandową sieczkę o sukcesach demokracji ludowej? A wybór był o wiele mniejszy. Zawsze może pan przełączyć na inny kanał, jeśli nie zagraniczny, to przynajmniej taki, który nie porusza tematów związanych z życiem codziennym polaków. Nawet jeśli wierzący nie stanowią większości polaków, to mogę się założyć, że ~99% obywateli kraju idzie 1 listopada na cmentarz choćby wspomnieć (co nie musi oznaczać modlitwę) bliskie osoby.

  6. Trochę się dziwię „temu postu” i jego autorowi. W końcu w mediach robi Pan nie od dzisiaj. Przecież jest to typowa tendencja w każdym „publikatorze”, bez względu na to, czy prywatnym, czy państwowym.
    Wiadomo, każdy redaktor chce byc”bardziej” niż konkurencja, a jego szefowie zwłaszcza. Na co dzień, kiedy się nic nie dzieje jest to trudne. Ale jak jest jakaś okazja, wszystko jedno, wypadek autobusu, koniec roku szkolnego, czy defilada, no to wtedy można pohulać. Szczególnie jak to jest okazja przewidywalna, np. święto. Wtedy uruchamia się samonakręcająca spirala, albo jak kto woli śnieżna kula. Redaktor patrzy na szefa, bo on i jego szef patrzą na konkurencję. Szefowie i szefowie szefów w sprzężeniu zwrotnym patrzą wyczekująco na redaktora: „no pokaż co potrafisz wykreować, jaki jesteś rzutki i dynamiczny”. No i się zaczyna:
    – Zrobimy mapkę dojazdów
    – Jak konkurencja zrobi relację na żywo z ulic dojazdowych, to my jeszcze kamerkę internetowa z każdego skrzyżowania
    – I wywiad z prałatem, a jak konkurencja z biskupem, to my z arcybiskupem…
    i tak dalej i tak dalej
    w każdym aspekcie, religijnym też.
    Od tej zarazy wolne są czasami młode redakcje, ale i to rzadko.
    Pamiętam jednego młodego edytora jak rzucił na kolegium: „nie dajemy na pierwszą zakończenia roku szkolnego, bo to co roku to samo”. Co się działo jak to usłyszał naczelny…
    „Przecież konkurencja zapowiada poradnik wakacyjny i będą to mieli na pewno na czołówce”. Nie było rady, trzeba było z zakończeniem szkoły do dechy…

  7. A czemu tu jesteście tego nie rozumię

  8. ja w „te” dni przełączam na superstacje, bo na niej jest najmniej tego obłędu, albo inny discovery czy animal planet

Możliwość komentowania jest wyłączona.