Po przesławnej debacie

Musiało upłynąć trochę czasu: nie chciałem komentować słynnej debaty „K vs. K” na żywo, bo zapragnąłem wyciszyć emocje – a i, prawdę mówiąc, miałem to i owo do zrobienia pilniejszego. Teraz jest wolna chwila, więc kilka słów, bo takiego wydarzenia nie odnotować jednak nie wypada. Choćby się chciało tak zrobić, bo kiksów tam było od wielkiego groma.

Pierwsza sprawa: nawet gdybym nie znał prawdy, to i tak bym nie uwierzył, że choćby średniej klasy dziennikarz tak głupio napisał sobie pytania, jak to usłyszeliśmy. Ot, choćby forma: czyta dziewczyna pytanie i… przekracza czas na tę czynność, co sygnalizuje gong! Przecież to absolutny brak profesjonalizmu; co to, nie można było przed emisją pytania „naczytać” i wystoperować? Ewidentnie pytania – uzgodnione przez sztaby – przyniesiono w kopercie; ale w takim razie dziennikarze „robili za małpy”, czyli w żadnym wypadku nie powinni byłi tam w ogóle wejść!

Sprawa druga: Monika Olejnikowa. Jej się po prostu wywaliło we łbie od popularności (zupełnie – moim zdaniem – niezasłużonej, bo to po prostu sama damska agresja i nic nadto; w dodatku pięćdziesięciolatki zrobione na „seksowne” podfruwajki budzą we mnie z miejsca odruch wymiotny; a dajże sobie babo z tym spokój!) – myliła się, zapominała bieg wydarzeń – no, katastrofa zupełna. Po tym totalnym blamażu powinna natychmiast zniknąć z ekranu.

W ogóle dobór dziennikarzy był niejasny. Wolałbym, by było tak: każda z redakcji uczestniczących w transmisji powinna zgłosić 5-10 kandydatów; spośród całej tak powstałej puli (każdy ze swoimi, nieznanymi uczestnikom pytaniami w kieszeni) losujemy publicznie trzech – i do zabawy. Kandydaci iich sztaby nie powinni tu mieć absolutnie nic do powiedzenia.

Kto wygrał? Ha, myślę, że sondaż „Teraz My” oddał sprawę: mniej więcej 4:3 dla Kwaśniewskiego, co znaczy, że były prezydent był w nienajlepszej formie. Wyglądem, erudycją, elegancją, swobodą bycia, polszczyzną – powinien po prostu skopać trollowi tyłek. Niezrobił tego

W ogóle – mieli wszyscy oni – uczestnicy i organizatorzy – trochę pecha. Kilkadziesiąt minut wcześniej TVN24 transmitowała wykład prof. Z. Brzezińskiego i jego dyskusję z trzema polskimi intelektualistami. Kto to oglądał – ten oglądając później boje panów K. musiał czuć się jakby z orzeźwiającej kąpieli wlazł prosto w szambo. Brzeziński (z którego wieloma poglądami chętnie bym podyskutował) różni się od obu panów K. klasą o jakieś – skromnie licząc – dwa parseki.

Advertisements

10 myśli na temat “Po przesławnej debacie

  1. Dwie uwagi
    1. Jakkolwiek tuż po debacie miałem wrażenie, że wygrał Pan K z obozu Poprawnych i Sławetnych, takie też komentarze dominowały w mediach jeszcze tegoż wieczoru, to już dwa dni później ze zdumieniem czytałem wszem i wobec ogłsozenie zwycięstwa Pana K Lubych i Dowcipnych. Dziwne…
    2. Fakt nieprzygotowania dziennikarzy i braku kontroli nad ich pytaniami potwierdziły pytania Pani Moniki Olejnik (przy całej sympatii) gdzie w jednym pytaniu zawierało się nie tylko kilka, często różnych, ale i Jej osobiste przekonania, czy wręcz „zaczepki”.

    Pozdrawim.

  2. Po tym totalnym blamażu powinna natychmiast zniknąć z ekranu.

    tu zgoda zupełna 😉

  3. Skad sie w ogole wzial ten osobliwy poglad jakoby Monika Olejnik byla wybitna dziennikarka? Chyba z ogolnego schamienia spoleczenstwa. Pamietam ja jeszcze z lat osiemdziesiatych i juz wtedy golym okiem bylo widac, ze nadrabia agresja ogolna niekompetencje. A teraz jest jeszcze bardziej agresywna, ciagle przerywa rozmowcom w pol zdania, wklada rozmowcom insynuacje w usta etc.

    W kwestii jezykowej (zastrzegam, ze jestem tylko skromnym matematykiem…): chyba raczej Olejnikowna niz Olejnikowa, bo przy slubie i rozwodzie nie zmienila nazwiska.

  4. Oglądałem Brzezińskiego późno w nocy – i byłem pod wyjątkowym wrażeniem jego klarownego wywodu i argumentacji.

    Na temat debatyy KK też dopiero do mnie dziś dotarło lepiej.
    Wkleję to tu, w komentarz – mam nadzieję, że nie uzna Pan tego za spam

    __________

    Debata poniedziałkowa pomiędzy Aleksandrem Kwaśniewskim a Jarosławem Kaczyńskim przedstawiana była jako starcie się dwóch światów politycznych, dwóch światopoglądów i dwóch teorii politycznych. Nazwano to starciem III RP z IV RP. Tylko o to tu tak naprawdę chodzi…

    Z jednej strony mieliśmy człowieka, który z czasów realnego socjalizmu przeszedł w czasy najpierw koncesjonowanego, a później – faktycznego systemu demokracji parlamentarnej. Człowiek ten przekształcił partię aparatu w partię socjaldemokratyczną, z nowoczesną strukturą i liberalnym programem gospodarki (którą następnie Leszek Miller popsuł…).

    Z drugiej strony – mamy polityka, Jarosława Kaczyńskiego, który stworzył najpierw nieudaną partyjkę PC, potem odszedł w niebyt, aby powrócić na czele partii aparatu, scentralizowanej, wiernej, wodzowskiej, bezideowej, żywiącej się pieniędzmi z synekur państwowych swoich członków.

    Kwaśniewski – wprowadził Polskę najpierw do NATO, następnie do Unii Europejskiej, znalazł jej tam godną i pełną szacunku pozycję, potwierdzoną niespotykanym poparciem obywateli dla naszego uczestnictwa w Unii. Jest autorem i patronem nowoczesnej Konstytucji, otwartej światopoglądowo, pluralistycznej, przyjętej przez społeczeństwo w ogólnokrajowym referendum.
    Drugi polityk – patrzy na UE jako na rezerwuar taniego pieniądza, mnoży konflikty i scysje ze wszystkimi instytucjami tejże, konfliktuje kraj ze wszystkimi sąsiadami. Najchętniej chciałby tylko szmal – i nic więcej.
    A Konstytucje – najchętniej chciałby zmieniać po cichu, od tyłu – a jak już generalnie – to tak aby wprowadzić tam restrykcyjne zapisy o prymacie religii katolickiej nad wszystkim i wszystkimi.

    Kwaśniewski – szanował Sejm, niezależnie od tego w jakiej był on konfiguracji, współpracował ze wszystkimi dla dobra państwa.
    Dla Kaczyńskiego – Sejm to tylko narzędzie do głosowania, maszynka mająca realizować jego cele polityczne – zdobycie jak najszerszego pola władzy.

    Były prezydent – traktował trójpodział władzy jako rzecz naturalną, nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek podważał decyzję sądów jakiejkolwiek instancji. Współpracował – w miarę zgodnie – ze wszystkimi rządami za swoich kadencji.
    Kaczyński natomiast – jest bliski tak znanemu sowieckiemu modelowi integralności władzy, gdzie władza ustawodawcza, sądownicza i wykonawcza skupiona była pod jednym berłem, pardon, knutem…

    Kwaśniewski – starał się być prezydentem wszystkich Polaków, starał się integrować obywateli w zadaniach i celach. Nie było gorszych, nie było takich z którymi on by nie chciał rozmawiać – to inni odpychali w ogóle myśl współpracy z nim.
    Kaczyński – i jego brat, prezydent – nie mają skrupułów – liczy się te dwadzieścia parę procent własnego elektoratu, reszta to „układ, elity, wykształciuchy”, nie warte zachodu i programu politycznego – dla nich wystarczy populistyczna retoryka.

    Jeden, niepełny magister – porusza się po Świecie z pełną swobodą i jest wszędzie przyjmowany jako ambasador Polski. Włada językiem angielskim, zna protokół, za przyjaciół ma nawet koronowane głowy.
    Drugi, doktor praw – nie potrafi się wysłowić jak na inteligenta przystało, jego zbitki słów, te „oczywiste prawdy”, „porażające i straszliwe ataki” i inne neologizmy – przypominają starego aparatczyka z lat ‘60 w pomiętym garniturku. A za granicą czuje się równie swobodnie jak foka na Saharze…

    No więc kto wygląda na przyszłość Polski? Kto wygląda na demokratę i na człowieka, który wie co dla kraju jest jego przyszłością? A kto na populistycznego aparatczyka? Kto reprezentuje dokonania i wizję – a kto tylko własne fobie?

    Kto broni demokracji – a kto poputczikowskiego modelu państwa swego i brata?

    Ukłony

    Azrael

  5. poczatek debaty dawal złudną nadzieję na merytoryczność. Fakt debaty mają prawo byc wykorzystywane instrumentalnie jako nie tyle prezentacja programu co nabicie sobie punktów procentowych przy jednoczesnym obniżeniu ich u przeciwnika. Zabrakło jednak tego co podejrzewam spoleczeństwo oczekiwało. Igrzysk i wyrazistego starcia. Formuła spotkania także nie była najlepsza. Nie czułem że to starcie dwóch polityków z przeciwnych obozów. Po prostu zwyczajnie wiało nudą. A biorąc pod uwage wcześniej podsycane zainteresowanie to poważna wada

  6. było i małe fo pa. prezes tvp pożegnał się najpierw z kaczorem potem z kacolkiem.

  7. Zamiast debaty wolałem pójść na piwo. Później włączyłem sobie kawałek, ale po pierwszych minutach zrobiło się tak nudno, że odechciało mi się dalej oglądać – i wyłączyłem. Szkoda czasu na oglądanie pustych dyskusji, skoro i tak wiadomo, że nic z nich nie wyniknie.

  8. To była debata przesrawna, że sobie pozwolę na przypadkową literówkę!
    Dwaj panowie K wystawiali sobie kurtuazyjnie legitymacje polityczne, udając kulturalny spór. Pan Kacz wystawił Panu Kwaś legitymację nr 1 Lewicowca. Pan Kwaś wystawił Panu Kacz legitymację nr 1 Prawicowca.

    Dla mnie żaden z nich nie jest numerem 1. Lewicowiec jest liberałem, prawicowiec jest lewakiem. Numer 1 ja sobie sam wybiorę!

  9. Tak, odległość dwóch lat świetlnych pomiędzy Brzezińskim i panem pseudo magistrem oraz yntelygentem żolyborskim

Możliwość komentowania jest wyłączona.