Jest jeszcze telewizja (w kablu)!

Ostatnimi laty ja – niegdyś (pół wieku temu) „do białości” entuzjasta telewizji jako środka przekazu informacji i źródła rozrywki – odchodziłem od tego medium coraz dalej. Prawdę mówiąc, oglądałem wyłącznie informacje, dość rzadko publicystykę (Lis, „Szkiełko”, „Teraz my”, czasem dla podniesienia ciśnienia mały seansik nienawiści z Pospieszalskim albo „Misją specjalną”). Filmy jeszcze rzadziej; nie znoszę masowo pokazywanych „pakietowych” produkcji klasy B, C i D – takich, co to dystrybutor dołącza je w pakiecie kilkunastu sztuk po niskiej cenie jako obowiązkowy dodatek do zakupu jakiegoś przyzwoitego tytułu i potem coś z nimi trzeba zrobić. Seriali nie oglądam w ogóle (pewno nie uwierzycie, ale przysięgam: nie obejrzałem ani jednego odcinka żadnego polskiego serialu poza „Kasią i Tomkiem”). Rozrywki – jak wyżej. O sporcie nie mówię, bo – cytując mojego mentora i przyjaciela – uważam się za umysłowego, nie fizycznego i wydaje mi się, że od kilkunastu lat tej smutnej komercji nie ma co poświęcać cennego czasu. No i – imaginujcie sobie – od paru tygodni wieczór sobotni mam z grzywy: siedzę jak przymurowany.

Kto rozpoznał faceta z załączonego zdjęcia, wie o czym piszę. Oczywiście o genialnym serialu BBC (stworzonym i wyświetlanym do dziś – w szóstej już serii – w BBC One) „Sędzia John Deed„. Czwarta -niestety – seria (z sześciu wyprodukowanych dotychczas), z polskimi napisami, idzie teraz w kanale BBC Prime w soboty o 21:00 – i to ona właśnie mnie przykuła do fotela.

Bohaterem serialu jest dość kontrowersyjny sędzia brytyjskiego sądu najwyższego, oddelegowany do pracy na prowincji (widać tam tak można). Jest do spodu prawy i uczciwy; to wręcz kryształowa postać – z jednym wyjątkiem: bardzo delikatnie mówiąc, mimo z pewnością nie pierwszej młodości ma mocno skomplikowane relacje z kobietami. Mniej oględnie rzecz ujmując – starszy pan idzie (a właściwie: skacze) do łóżka ze wszystkim co się rusza i ma biust, włącznie ze studentkami, adwokatkami, a nawet… powódkami. Przy tym autentycznie kocha tylko jedną – ale ewidentnie jest organicznie niezdolny do wierności seksualnej, a zapotrzebowanie w tej dziedzinie ma godne podziwu. Oczywiście, rodzi to mnóstwo perypetii – tym barwniejszych, że jego dość niezdecydowana i leciutko histeryczna wybranka-adwokatka też do uprawiających klasyczne wiktoriańskie związki nie należy…

Ale nie warstwa obyczajowa, choć świetnie rozegrana i ze znakomitymi wątkami sensacyjno-kryminalnymi, trzyma mnie przed ekranem. Serial ma niesłychanie ciekawą wymowę polityczną, w dodatku niezmiernie aktualną tu i teraz. Otóż sir Deed ze swoją bezkompromisowością i żelaznym – ale twórczym – przestrzeganiem prawa jest solą w oku rządu, specjalnie zaś… ministra spraw wewnętrznych, w życiu prywatnym mężą – czy też partnera – byłej żony Deeda. Ów polityk jest skorumpowany po uszy i myśli tylko o tym, by ograniczyć niezależność i swobodę myślenia sędziów w ogóle, a już Deeda w szczególności. Śledzenie intryg i pomysłów pana ministra – oraz wysłuchiwanie bezbłędnych prawniczych ripost sędziów na majaczenia polityków – to czysta radość; skojarzenia lecą po prostu same. Sir John Deed to znakomity brytyjski aktor Martin Shaw (ciekawostka: grał niegdyś u Polańskiego w „Makbecie” Banka). Partneruje mu jako owa trudna miłość Jenny Seagrove, zaś przeuroczą córkę sędziego gra absolutnie zachwycająca młodziutka Louisa Clein.

No, ale odcinek serialu trwa tylko póltorej godziny. A ja siedzę dalej i wgapiam się w telewizor, bo kolejna pozycja sobotniego wieczoru w BBC Prime – to dziwny serial „Lenny Henry: Boki zrywać” (oryg. Lenny Henry in Pieces), ciąg króciutkich blackoutów, często najzupełniej absurdalnych i niebywale śmiesznych, w których czarnoskóry komik ze swoimi partnerami – w większości też czarnoskórymi – demonstruje niebywale inteligentne poczucie humoru klasy – bo ja wiem – Przybory? Dobrowolskiego? Tyma? Wszystko to razem jest mocno antyestablishmentowe i lekko antyamerykańskie; podobnie jak kolejny serial, który… nadal zatrzymuje mnie na fotelu. Jest już 23.00, a ja patrzę dalej i dalej się zachwycam.

Bo zaczyna się kolejny serial „Władza absolutna” o cynicznym szefie wielkiej agencji PR, który pracuje dla świata polityki – przy czym potrafi wziąć jednoczesne zlecenia wizerunkowe od konkurujących partii i… zarobić na obydwóch. Ten serial – to oczywiście złośliwe kpinki z korporacyjnego stylu bycia i pracy „pijarowców”, ale przede wszystkim nieludzkie szyderstwo z polityków. To, co ci Brytyjczycy wyprawiają ze swoim parlamentem, rządem, ministrami i lordami – to po prostu wciera w ziemię. Gdyby u nas jakakolwiek stacja zaczęła mówić takim językiem i z tak bezbrzeżną pogardą dla „wszystkich świętych”, procesom i oskarżeniom o działanie „widomych sił”, „frontów” itp. nie byłoby końca. Oni tam nawet przywalają ogólnie kochanej nieboszczce Królowej Matce, choć w tym wypadku złośliwości są raczej dobrotliwe.

Jednym słowem, ostrzegam. Kto w sobotę o 21:00 włączy BBC Prime – przepadł. Przed 23:30 raczej nie wstanie.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Jest jeszcze telewizja (w kablu)!

  1. Zlecenia wizerunkowe od obu partii – coś mi to przypomina. Priestleya – Poza Miastem i Londyn. Priestley był chyba wynalazcą (szyderczym) całkiem teraz poważnie nam wciskanego kitu PR-owego. Nazywało się to imagistyka.

    Polubienie

  2. Nie wszędzie jest. Ja tego nie obejrzę … UPC jakiś czas temu usunęła oba kanały BBC: Prime i informacyjny World. W zamian pojawiły się takie „atrakcje” jak TVN Gra czy ITV.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.