Wolność słowa, Internet i dobre obyczaje

Spostrzegam – z niejakim zasmuceniem – w Internecie, specjalnie zaś w blogosferze, dość charakterystyczne zjawisko. Otóż wielu ludzi zaczyna uważać każde miejsce w Sieci – włącznie z tymi najzupełniej prywatnymi, jakimi m. in. są blogi – za obszar użyteczności, a nawet własności publicznej. Upowszechnia się sąd, że każdy może wszystko i wszędzie, i nie wolno tu wprowadzać żadnych restrykcji. Mniemanie takie motywuje się prawem do wolności słowa, traktowanym w dodatku skrajnie; żąda się tedy między innymi prawa do używania wulgaryzmów i obrażania kogo się chce i w dowolnym miejscu Sieci.

Otóż – w moim głębokim przekonaniu – jest to błąd, i to błąd groźny. O ile Internet jako całość można uznać za obszar publiczny – to tylko i wyłącznie dokładnie w tym samym sensie, w jakim obszarem publicznym jest sieć telefoniczna czy infrastruktura pocztowa. W żadnym zaś razie nie jest obszarem publicznym ani konkretna stacja telefoniczna, ani prywatna korespondencja (nawet prowadzona przy użyciu kart pocztowych, które każdy może czytać), ani dowolny fragment powierzchni jakiegoś serwera internetowego – nawet jeśli jest to powierzchnia udostępniana przez providera bezpłatnie. I tak, jak abonent telefoniczny może dziś – w związku z rozwojem techniki – zablokować numer intruza, z którym nie chce mieć kontaktu, albo mieszkaniec bloku zgłosić poczcie żądanie niewkładania do jego skrzynki reklam – tak i użytkownik wydzielonego miejsca Internetu (autor bloga, na przykład) ma pełne i niezbywalne prawo „zamknąć doń drzwi” dowolnym ludziom, których komentarzy nie ma ochoty czytać sam, ani udostępniać innym. Prawo niczym nieograniczone, poza jego własnym wewnętrznym poczuciem – powiedzmy – smaku. On tu rządzi po prostu. To on ma pełne prawo uznać tę lub inną osobę za mało ciekawą czy szkodliwą, jego decyzja w tym względzie musi być suwerenna i ostateczna; i nie ma to absolutnie nic wspólnego z jakimkolwiek ograniczaniem cudzej wolności słowa. Negowanie tego uprawnienia byłoby właśnie – paradoksalnie – ograniczaniem swobody wypowiedzi. Autora i właściciela witryny tym razem.

Oponent autora bloga nie ma taką decyzją zamkniętych ust. Swoje zdanie może wypowiedzieć we własnej witrynie lub w witrynie ludzi podobnie do siebie myślących; jeśli jej nie ma do dyspozycji – to nic nie stoi na przeszkodzie, by ją założyć bez wydania jednego grosza, czyż nie?

Osobiście sądzę, że osoby, wdające się w graniczące z bijatykami dyskusje na cudzych blogach, należą do jednej z dwóch kategorii: albo są to nawiedzeni „naprawiacze świata”, którzy uważają za swój święty obowiązek flekowanie każdego myślącego inaczej przez „dawanie odporu” poglądom, których nie podzielają – albo nieudacznicy, pragnący własną mizerię i nieistnienie zniwelować przez dokonywanie demonstracji w miejscach o pewnej popularności. „Misjonarze” zatem, którzy z imieniem Najświętszej Panienki (lub – w drugą stronę – Włodzimierza Iljicza…) na ustach rżną pohańców (w drugą stronę – burżujów…) i starają się upowszechnić Jedyną Słuszną Ideę; albo miernoty, pokrywające własną małość intelektualną gromkimi pokrzykiwaniami lub oddawaniem moczu w miejscu zgromadzeń publicznych.

Rzecz jasna, wszystko to nie dotyczy dyskusji innego typu. Dyskusji, w której występuje różnica poglądów (bo bez niej dyskusji w ogóle nie ma), nawet ostro czy złośliwie wyrażana – ale taka, w której obaj dyskutanci dopuszczają myśl, że cień choćby słuszności może mieć adwersarz. Dyskusji, w której nikt nie zakłada, że przeciwnik jest – z samego tytułu posiadania innego zdania – degeneratem i podlecem. Dyskusji, która przyjmuje do akceptującej wiadomości fakt, że nie istnieje w żadnym obszarze żadna Prawda Objawiona, Prawo Naturalne ani Jedyna Moralność; że każdy może się mylić; że równouprawnione są dowolne racjonalne sądy; że obowiązkiem dyskutującego jest przede wszystkim okazanie szacunku adwersarzowi. Że rację – powiedzmy, polityczną czy naukową – może mieć także baba-feministka, gej, Żyd, były ubek, rozpustnik i degenerat; a także jakiś Moherowy Beret czy prowincjonalny katabas. Taką dyskusję dopuszczam i akceptuję. Nawet – choć z niechęcią – prowadzoną bełkotliwą polszczyzną.

Podsumowując – Panie i Panowie – ja po prostu nie odwiedzam (w każdym razie, nie robię tego często ani systematycznie) miejsc, w których głoszone są poglądy, których nie podzielam; nigdy też na „wrażych” blogach nie zostawiłem ani jednego wpisu i nadal nie mam zamiaru tego czynić. Podobnie nie czytuję – niesprowokowany jakąś bulwersującą informacją – „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej”, „Wprost” czy „Tygodnika Solidarność”. To po prostu kompletnie nie mój świat. I proponuję, by takie postępowanie przyjąć za wspólną zasadę, minimalną podstawę kohabitacji ludzi o różnych poglądach. Nie próbujmy naprawiać się – czy też wychowywać – nawzajem; od dawna wiadomo, że w stosunku do ludzi, mających więcej niż 16 lat, jest to kompletnie nieskuteczne. Szkoda nerwów. Mówmy tedy co chcemy – ale u siebie. Howgh, jak mawiał bohater mego dzieciństwa, Winnetou.

Poniżej możesz do mnie napisać bezpośrednio bez pozostawiania komentarza. Komentarze jeszcze niżej.

Reklamy

18 uwag do wpisu “Wolność słowa, Internet i dobre obyczaje

  1. Panie Bogdanie! Blogger jest Panem i Władcą na swoim blogu i wszystko może! Tak i ja się czułem, do momentu, gdy coś mnie podkusiło i wkleiłem licznik. Teraz zastanawiam się, jak odbiera moje pisanie ta setka czytelników, która codziennie zagląda w mój kącik.

    Staram się pisać tak jak dawniej i o tym, co mnie rusza, ale ciągle myślę o tej Setce. zwłaszcza, że jest to Niema Setka! Gapią się i nie dają głosu… Nie próbuję Ich ośmielać, zachęcać, choć wiem, że blogspot ma pokręcone logowania, zwłaszcza odkąd wpadł w łapy googla, a ja kiedyś strasznie psioczyłem na anonimów.

    Ale teraz piszę nieco łagodniej. Zamiast kaczorów, kurdupli czy pisuarów używam wyszukanych form takich jak Jarosław Premier Kaczyński czy Roman Minister Giertych (tu niekiedy używam formy Wszechedukator, ale choć dla mnie to może brzmi jak obelga, to pewnie dla RG brzmiałoby to jak komplement). Teraz wobec chamstwa koMENDArzy staram się stosować wuszukaną i złośliwą grzeczność, choć niekiedy czując, że nic nie pomoże perswazja, wyrzynam z pomrukiem radości chamstwo z bloga! Chamopole – ale bez chamstwa!!!

    Pozdrowienia i powodzenia
    Nie skrywam, że to „Good Night And Good Luck” w moim wydaniu jest inspiracją amerykańską, ale bardzo mi odpowiada i zupełnie po staropolsku brzmi…

    Polubienie

  2. Wolnosc slowa powinna miec swoja granice w miejscu, gdzie ktos zaczyna nawolywac do zle czynienia. Taki i tylko taki model wolnosci slowa czyni ja naprawde wolna. Taki wlasnie model obowiazuje w USA. Oczywiscie ma to swoje negatywne strony, ale cos za cos. Jezeli ktos w dyskusji, czy monologu, rzuca wulgaryzmami to poprostu brakuje mu klasy, a ta nie ma tu za duzo do czyniena z wolnoscia slowa.

    Z tego co rozumiem w Polsce wolnosci slowa nie ma i jak mi sie wydaje dlugo jeszcze nie bedzie. Nikomu nie wolno „dotknac” swietych krow rzadowych z Prezydentem na czele, napisac czy powiedziec dowcip o JPII to juz nie wspomne. Wolnosc slowa w Polsce to dla mnie istnieje tak ddlugo jak zydzi, masoni i geje sa zli, a Kosciol swiety.

    Polubienie

  3. >>jotesz: Dzięki. Przy okazji jeszcze jedna uwaga, która mi przyszła do głowy na tle tego wszystkiego. Otóż niby czemu uważać – a tak wydaje się czynić część ludzi – że bloger jest jakby ich pracownikiem, że wykonuje coś dla nich? Otóż nie; on pisze, bo tak mu się akurat świat widzi, dlatego nie musi uwzględniać niczyjego zdania. Co innego dziennikarz w redakcji (obojętne, „prawdziwej” czy internetowej): ten, jeśli ma coś zrelacjonować dla Czytelników, na polecenie szefa, a już na pewno, gdy mu za to płacą – musi czytać teksty, których nie akceptuje i bywać w miejscach, których nie lubi. Blogowanie nie jest służbą społeczną ani zawodem; jest tylko i wyłącznie skrajnie subiektywnym uzewnętrznianiem własnego „ja”. Tak sądzę.

    Polubienie

  4. Panie Bogdanie – jestem ZA, ale też troszeczkę przeciw…
    Chamstwu – NIE! (trochę mi niezręcznie, bo swoje blogi nazywam chamopole, ale nazwa ta powstała z protestu i jest na odwyrtkę…)
    Ja też oprócz chamstwa nie trawię antysemityzmu, choć nie zawsze wycinam komentarze, bo niekiedy usiłuję podyskutować.

    Ciągle mi się marzy jakieś miejsce wymiany poglądów różnych, więc trafiłem do Salonu24, choć jest on bardziej prawoskrętny niż neutralny, ale chociaż lewitujący i centrujący są tam w zauważalnej grupce i silnej intelektualnie.

    Co do zaglądania we wraże blogi to na ogół nie błądzę, choć bywa, że wdepnę z ciekawości i potem długo buty wycieram w trawę…

    Sumując – uważam, że każdy gospodarz bloga ma prawo wyciąć każdy komentarz, choć dobrze jeśli ma ku temu jakieś ważne powody. Są komentatorzy i koMENDAtorzy…

    Pozdrowienia i powodzenia

    Polubienie

  5. Pozwoli Pan, że sam sobie będę wybierał kręgi do zamykania i otwierania. Jakoś nie narzekam na wąskość widzianego horyzontu; a jak się komuś ta moja linia nie podoba, to – powtarzam – po co tu bywać? Rozumiem, że PT Czytelnicy jednak coś tu dla siebie znajdują; dziękuję, doceniam. Ale ja nie zamierzam już niczego szukać dla siebie; to, co mam (w głowie) nieskromnie uznaję za wystarczające. Bez studiowania pism np. Tejkowskiego czy Giertycha albo dzieł zebranych posłanki Sobeckiej – jakoś się bezczelnie obejdę bez łkań nad własnym zubożeniem intelektualnym. Powtarzam to, co jest – może innymi słowy – napisane na pierwszej stronie w editorialu: nikogo nie chcę przekonywać ani pouczać; czytasz, bracie, na własną odpowiedzialnośc.

    Polubienie

  6. przykłady dobre, tyle, że nie adekwatne do Twojego wpisu.
    pan szanowny jako dziennikarz -choćby internetowy – nie powinien sie moim zdaniem zamykać w jednym kręgu.
    Przecież nie chodzi tu o narzucenie, próbę zmiany poglądów a o szerszy horyzont, wzbogacenie swojego poglądu czy wreszcie utwierdzenie sie w swoich przekonaniach.
    Nie lubię kręgu Gazety Wyborczej, a i też jej samej, ale przeglądam ją by, wiedzieć jak inni, widzą dany pogląd/sprawę.
    Dopuszczam myśl, że może maja racje w niektórych sprawach.
    Jaki maiłbym obraz sytuacji gdybym opierał sie tylko na np. Gazecie Polskiej?
    P.S.
    wcześniejszy wpis także był mój. niestety moja przeglądarka potraktowała mnie jako anonima.

    Polubienie

  7. Anonimie: nie słyszałeś, że w niektórych miejscach się nie bywa? I niektórym ludziom nie podaje ręki? Oczywiście, różni mogą mieć różne miejsca „tabu”; ale nie wymagajmy, by wszyscy akceptowali wszystko! Katolik oglądający pornosy – czyż nie byłaby to schizofrenia? Albo liberalny demokrata studiujący witrynki typu „RedWatch” lub podejmujący dyskusję z jakimś na przykład Rydzykiem, czy racjonalista wczytujący się w dzieła o różdżkarstwie… Ponadto: nie ma żadnego obowiązku podobania się wszystkim ani kochania wszystkich; tez warto o tym pamiętać.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.