Zostałem sprowokowany…

… do działania, ale bardzo sympatycznie. Wzywacie mnie (przynajmniej niektórzy) do dokonywania częstszych wpisów; to miłe, bo każdy autor lubi mieć czytelników, dziękuję. Niech tak będzie, poprawię się. Muszę jednak wyjaśnić, że przerwy w pisaniu nie wynikały – a przynajmniej nie w całości – z wygaśnięcia słomianego ognia. Zwaliły mi się na głowę przede wszystkim różne robótki, które nie dość, że pochłonęły czas, to jeszcze zaowocowały najmilszymi każdemu autorowi wyrazami uznania, jakimi są bilety płatnicze NBP (mam nadzieję, że znacie jedyną absolutnie precyzyjną definicję grafomana: otóż jest to taka osoba, która pisze bez honorariów) – a w dodatku były całkiem ciekawe. Troszkę o nich poniżej.

Po pierwsze więc, było to uczestnictwo w jubileuszowym projekcie „Polityki” pod tytułem „Cywilizacja”. Napisałem dla tego cyklu zeszytów coś koło 10 tekstów, mniejszych i większych, które albo już się ukazały (nie wszystkie podpisane: małe kawałki sygnuję tylko inicjałami), albo się ukażą. Projekt uważam za ciekawy i dość ambitny; prawdę mówiąc, marzyłoby mi się, by było to w sumie nie coś koło 200 kolumn tekstu (tak będzie), ale – powiedzmy – dziesięciokrotnie więcej; dopiero wtedy moglibyśmy mówić, że robimy coś naprawdę poważnego, z czego znacząca część młodego pokolenia będzie miała rzeczywisty pożytek. No, ale rozumiem: nawet osiągająca tak znakomite wyniki finansowe jak „Polityka” firma mogłaby takiego rozmachu nie udźwignąć.

 

Nawiasem mówiąc… Kiedy w stanie wojennym redagowałem (z wielką przyjemnością, naprawdę) miesięcznik Związku Ochotniczych Straży Pożarnych „Strażak”, jeden z wysokich przedstawicieli tej arcysympatycznej organizacji – wysłuchawszy moich planów i spodziewań -powiedział kiedyś z niejakim chyba przekąsem następnym wymaganiem redaktora Misia będzie zapewne przegrodzenie tamą ulicy Marszałkowskiej w Warszawie…

 

Następna robótka to był cykl wykładów dla pewnej znanej firmy edukacyjno-informatycznej. Ludzie kochani: nie spodziewałem się, że w naszym kaczokartoflanym zadupiu istnieje instytucja, która działa tak prężnie i sprawnie. Wymagania mają spore, ale za to dają człowiekowi (mam na myśli wykładowcę) obsługę na niebywałym poziomie: każdy termin przypomniany z góry, dobrej klasy sprzęt zawsze gotowy do akcji, asystenci techniczni i organizacyjni, audytorium na poziomie (nie żadni „nabywcy licencjatów”, ale ludzie, płacący niemałe pieniądze za wiedzę, która jest im potrzebna – i której przekazania wymagają). Słowem, super. Aż żal, że jak się wzięło pieniądz, to nie bardzo wypada wymienić nazwę firmy w blogu, bo by była kryptoreklama… Tylko trzeba mieć kwalifikacje Wuja Fidela: pięć godzin gadania ciurkiem, to jednak coś, po czym dwa dni człowiek przypomina dętkę, w każdym razie jak ów człowiek urodził się jeszcze przed II wojną światową…

 

Wykładów było zresztą więcej; jeden – ku mojemu zdziwieniu – poza Stolycą. Okazuje się, że Kartoffelland (inaczej: IV RP) nie jest taki straszny, jak myślałem: są jeszcze enklawy niespisiałe do końca, gdzie się nie boją zaprosić i wysłuchać człowieka myślącego programowo pod prąd. Nie podam jednak na wszelki wypadek szczegółów; owa enklawa nie jest prywatna (choć i nie państwowa – zgadnij, kotku, jaka tedy?), więc a nuż jakiś palant by się do nich przyczepił, że dają zarobić licu niebłagonażdionnomu?

 

Mało tego wszystkiego – ku mojej autentycznej radości moja najważniejsza (to, rzecz jasna, ocena arcyosobista) książka, Tajemnicza liczba e i inne sekrety matematyki, będzie po 20 latach wznowiona. Marketing wydawniczy jakoś przestał twierdzić, że matematyka i w ogóle nauka to pewny deficyt wydawniczy i nas na to absolutnie nie stać. Jak dostali informnację, że ostatnie egzemplarze poprzedniego wydania ukradziono z pewnej prowincjonalnej biblioteki, to zmienili zdanie. No i musiałem w tydzień zrobić korektę. Koszmar, większej nudy trudno sobie wyobrazić.

 

Tyle rzeczy miłych; były i mniej miłe. Otóż przełaziłem infekcję górnych dróg oddechowych – zamiast z godnością, właściwą starszemu panu, zalec w wyrze i złapałem jakieś takie paskudztwo, którego ani ja, ani moje doktory nie rozumieją do końca. Wyniki pewnych badań okazały się na tyle paskudne, że do dziś mam w portfelu pilne skierowanie do szpitala na wszelki wypadek… Jeśli idzie o dolegliwości, to praktycznie nie ma już żadnych, ale co drugi dzień mnie kłują, oglądają w ultradźwiękach, wsadzają do tomografu i tak dalej. Okropnie to wszystko czasochłonne. Całe szczęście, że mam wykupiony abonament w prywatnej lecznicy, bo bankructwo byłoby pewne. A (rzadkie, na szczęście, choć mimo wszystko nieuniknione) kontakty z państwową służbą zdrowia budzą grozę: spędziłem w jednym z lepszych (ponoć) stołecznych szpitali pół nocy na pilnych konsultacjach i mam dość.

 

Pojmijcie więc, że miałem w sumie umiarkowaną mocno ochotę do ponadprogramowego stukania w klawiaturę. Zresztą: uczciwie mówiąc, po co strzępić jęzor? Jak smakuje kartofel, każdy czuje. Norma. Teraz wzięli na celownik Damięckiego, któremu pewnie odbiorą jakąś rólkę w głupawym serialu. Dziś Pospieszalski, Pietrzak, Kąkolewski (co się zrobiło z tym genialnym niegdyś reporterem?) i jeszcze jakieś inne „ogniwa pośrednie” chcą znowu rozbierać Pałac Kultury. A we wtorek – już widziałem zwiastun – osławiona „Misja specjalna” przyłoży Kwaśniewskiemu: zrobią z niego, jak się wydaje, na dodatek do wszystkiego moczymordę i dziwkarza. Przedtem Łysy w nagranych pół roku temu, a opublikowanych akurat tuż przed powrotem b. prezydenta na arenę polityczną (wierzycie w przypadki?) pijackich wynurzeniach zarzucił mu nielegalność posiadanego majątku. Ciekawe: kto następny? Myślę, że jak się wezmą za środowisko muzyków popowych i rockmanów, to tego już ludzie ode mnie młodsi nie wytrzymają i ich zdmuchną ze sceny politycznej; bo ja się tylko uśmieję jak mrówka.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Zostałem sprowokowany…

  1. Ojej….
    „definicja grafomana: otóż jest to taka osoba, która pisze bez honorariów.”
    Zrobiłem http://www.tk.pl zupełnie gratis! Jej bohu! Jeszcze płacę za utrzymanie domeny… No, kretyn zupełny jestem.
    Grafoman jam ci jest i już.
    Gratuluję prac dla Polityki, czytałem już i bardzo się podobało.
    I masz rację, tam można duzo więcej zmieścić (w tym projekcie), ale jak sądzę brakuje funduszy.

    Lubię to

  2. Zaglądam codziennie, polubiłem to i cieszę się, że częściej przeczytam niebanalne uwagi autora. Wytrwałości, zdrowia życzę i oczywiście „wesołego jajeczka” z okazji Świąt.
    Jean

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.