Zabawne i pouczające spotkanie z młodością

Trochę się odzwyczaiłem w te święta od wczesnego udawania się na spoczynek. Siedzę sobie więc w ulubionym fotelu i czasem coś ciekawego uda mi się znaleźć w telewizorze. No i wczoraj (a właściwie to już dzisiaj) w nocy na egzotycznej dość stacji TV4 trafiłem na koncert Roya Orbisona, zarejestrowany w telewizji holenderskiej gdzieś tak – sądząc po fryzurach pań i strojach panów – na samym początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Małolatom wyjasniam, że Orbison to był taki niespecjalnie wyjściowo wyglądający ciepły tenorek w stylu nieco operetkowym, jeden z pionierów rock and rolla; to on stworzył niebywale i dziś popularny utwór Pretty Woman, który jest leitmotivem wielokrotnie już nadawanej przez wszystkie nasze stacje telewizyjne symaptycznie niemoralnej komedii romantycznej z Julią Roberts w charakterze wspaniałej damy niezbyt ciężkich obyczajów. No i obejrzenie tego koncertu – to był szok dla organizmu.

Otóż bowiem taki mamy tu (czarnobiały, oczywiście, obrazek): stoi sobie widoczny w planie ogólnym wykonawca jak drąg przed taką tyczką, na której mamy umocowany mikrofon. Stoi i ani drgnie, nawet nie za bardzo widać, jak mu palce po strunach gitary biegają – sama dyskrecja i delikatność użytych środków wyrazu. Z tyłu – grzeczny zespół w garniturkach; też ani drgną. Kadr statyczny – o jakimś dojeździe do detalu mowy nie ma przez dobre dwie minuty. Potem zmiana kamery – miks na zbliżenie zespołu i znowu kompletny bezruch minutę. Znów zmiana kadru – publiczność skosem z góry; siedzą grzecznie, garniturki i krawaciki na panach, panie łebki w tapirze, niektórzy dyskretnie poziewują. Koniec piosenki, brawka jak w filharmonii, Francja – elegancja; wnet kamera na konferansjera siedzącego wśród publiczności: chłopię sama słodycz i przystojność jak z reklamy pasty do zębów. Recytuje wyuczony na blachę tekst, zmiana kadru na ten pierwszy, i tak w kółko.

Ludzie: to był koncert rockowy! Myślałem, że się skicham ze śmiechu w pierwszej chwili. A potem przyszła refleksja: jak ogromnie w ciągu niespełna półwiecza wszystko się zmieniło! I nasza obyczajowość, i estetyka przekzu telewizyjnego, i ubiory, i technika (ten drąg z mikrofonem, który wymuszał na wykonawcy brak ruchu!).

Z tym, że to się zmieniało tak wyraźnie chyba tylko na Zachodzie. Ja pamiętam koncerty jazzowe „Melomanów” w warszawskiej Hali Gwardii z drugiej połowy lat pięćdziesiątych, kiedy to panny mdlały z histerycznym wizgiem, marynary fruwały pod sufit, wiara wyła i gwizdała na każdej solówce, a milicja stała i głupiała z tego wszystkiego. U nas chyba tego „grzecznego” okresu jazzu i rocka w zasadzie nie było.

Ale taką estetykę przekazu telewizyjnego to jednak pamiętam. U nas bardzo długo musiało być „z przedziałkiem i w krawacie” a do realizacji transmisji z koncertu wystarczały trzy-cztery nieruchome kamery.

Zabawne.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Zabawne i pouczające spotkanie z młodością

  1. Racja. Ja też cierpię, gdy możliwości współczesnego sprzętu są nadużywane. Nazywam to „estetyką MTV”, bo to ta stacja tak „zrewolucjonizowała” przekaz (do czasu pojawienia się MTV uważano na przykład, że ujęcie telewizyjne nie ma prawa być krótsze niż 8 sekund; dziś bywają dwusekundowe…). Ale… między pompowaniem zoomem i obracaniem kamery bez sensu do góry nogami, a ową transmisją z lat 60. jest przepaść. Tam było po prostu za mało kamer (trzy albo cztery), zatem realizator miał za mało planów do dyspozycji; w dodatku były to plany niemal wyłącznie ogólne i całkowicie statyczne, bo kamery wyraźnie nie miały obiektywów, umożliwiających dojazd do detalu; samy były też ustawione na sztywno, bez możliwości jazdy. W kadrze nie było zatem ruchu, a przy tym zespół Orbisona nie miał żadnej choreografii; chłopaki stali i szarpali druty. Tak można ewentualnie pokazywać koncert kwartetu smyczkowego (choć też zbliżenia są konieczne), nie zaś zespołu rockowego. No i ta potwornie grzeczna reakcja „prześlicznie ubranej” publiki, która dziś jest już kompletnym anachronizmem…
    Swoją drogą, gdy pojawił się na estardzie Jerry Lee Lewis czy choćby Elvis ze swoim gibaniem biodrami, to była rewolucja już nie estetyczna, ale obyczajowa. Maurice Chevalier (taki francuski piosenkarz z epoki lodowcowej, bardzo zresztą miły i w swoim genre fajny) mówił z przekąsem, że Elvis to „ten kolega, który śpiewa miednicą”. Widział kto dziś statycznego estradowca?

    Polubienie

  2. Panie Bogdanie, bywa że tęsknię za taką statyką, po obejrzeniu programu, w którym realizator wykorzystał wszelkie możliwości, jakie daje współczesna technika. Dobrym przykładem jest dla mnie nie koncert rockowy tylko serial kryminalny. Chodzi mi o „Oficerów”, których z wściekłością porzuciłem, po obejrzeniu kolejnych drgawek kamery, horyzontu przekrzywianego pod wszelkimi możliwymi kątami, namolnych zbliżeń twarzy bohaterów. Jedynie Cezary Pazura był wykonawcą, który z sukcesem bronił się przed zapędami reżysera. Na drugim biegunie realizacji jest dla mnie serial „Mrok” – bez wariactw i „uatrakcyjnień”, rzetelnie zrobiony i porządnie zagrany.

    Podobnie z koncertem rockowym – jeśli nie zostanie oddany w ręcę małpy, która złapała brzytwę i chlasta nią na lewo i prawo, to widz coś z tego ma. Dobrze robią to Rolling Stonsi, u których zawsze rządzi muzyka a widowisko nigdy tego nie niszczy!

    Pozdrowienia

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.