…i po świętach

zyczenia.jpgNigdy nie lubiłem tych świąt, od dziecka. Zawsze oznaczały dla mnie zawracanie głowy, uleganie bzdurnym tradycjom i koszmarne nudy oraz wyrzuty sumienia z powodu przeżarcia i (trochę później) przepicia. Nawet prezenty wiele tu nie zmieniały, choć niewątpliwie stanowiły miłe urozmaicenie marnowanego czasu. Dziś jest dokładnie tak samo; dziś może zresztą specjalnie, bowiem w naszej cywilizacji coraz większą role odgrywają media. Niby człowiek wie, że inteligent „nie ma prawa” oglądać telewizji, a nawet wręcz posiadać telewizora, ale… No, a w mediach……w mediach regularna zgroza. Po wielu latach pracy w tej branży wiem doskonale, że kalendarz i tzw. „gotowce” odgrywają w niej niesłychaną rolę. Sam prowadziłem liczne kalendaria – na przykład, ważnych wydarzeń z historii techniki i nauk ścisłych – co pozwalało mi co pięć lat („okrągłość” rocznic!) publikować bez wysiłku i zbierania materiałów różne „okolicznościówki”; miałem też w szufladzie zapas nekrologów dla różnych prominentnych osób i w razie czego mogłem w ciągu dziesięciu minut zalać się łzami nad dowolną w zasadzie trumienką – ale w tym roku już koledzy przesadzili (albo ja mam za dobrą jeszcze pamięć…). Teksty te same co rok, dwa, pięć lat temu; to samo filmy i programy radiowe. No, może kolędowanie nieco bardziej globalistyczne i statystycznie więcej White Christmas niż Lulaj-że…

Ale w sumie – dno. Aniołki, Bozia, „dzieciąteczko”, sianko, dania kolacyjne z Francji, Anglii, Hiszpanii; stolik, serwetka, ciąża donoszona wbrew okolicznościom, święty Mikołaj to to samo, co Gwiazdor, setna opowieść o „najważniejszej Wigilii w moim życiu”, na drogach znów pijani kierowcy…

Słowem, dziennikarski doroczny banał i sztampa, że zęby bolą i rzygać się chce. Żeby tak choć jedna stacja telewizyjna powzięła trudną decyzję i nie nawiązała w żaden sposób do żadnych uroczystości religijnych, a zamiast dickensowskiej „Opowieści Wigilijnej” walnęła zdrowego pornola albo – niebanalnie – mecz rugby. Żeby choć jedna gazeta nie pieprzyła o gwiazdce i nie wyjaśniała, że trzej królowie to wcale nie królowie, a Dzieciątko przyszło w istocie na świat sześć lat przed terminem…

Na szczęście chodzi po świecie Johnny Walker. Może być czerwony, choć niewątpliwie czarny jest bardziej godny uwagi, nie mówiąc już o zielonym; na wyższe gatunki mnie, niestety, nie stać. Biorę tedy w rękę zacną czworokątną flaszeczkę i mile odpływam na te oceany, na których nie ma Giertychów, Wierzejskich, Lepperów, Gosiewskich, Dornów – a nawet kaczorów niewiele tam bywa. Nikt tam nie zanuci dziś fałszywie Cichej Nocy; jeżeli już tam coś usłyszę, to wagnerowskie Der Alte Mann…

Wasze zdrowie, Przyjaciele. Na pohybel wam wrogowie. Long live, Johnny.

PS. Nie wiecie, co jest na obrazku? Ależ oczywiście: małpa w czerwonym 

Reklamy

11 uwag do wpisu “…i po świętach

Możliwość komentowania jest wyłączona.