Po co studiować dziennikarstwo?

Wirtualnemedia.pl. Pisze – bardzo interesująco – medioznawca i nauczyciel akademicki Zbigniew Bajka: Każdego roku, w porze egzaminów wstępnych na wyższe uczelnie z pewnym zdziwieniem konstatuję, że ciągle zwiększa się liczba chętnych na studia dziennikarskie. Startuje liczna grupa maturzystów – na studia licencjackie i dość sporo absolwentów różnych kierunków i uczelni – na uzupełniające studia magisterskie, przy czym bardzo wyraźnie zwiększa się liczba dziewcząt na dziennikarstwie. Do zawodu – jak twierdzą – ciągnie młodzież ciekawość świata i innych ludzi, możliwość bywania w sytuacjach niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, towarzyszenie wydarzeniom niezwykłym. Wierzą, że jest to zawód, w którym cały czas człowiek się uczy, zarazem zawód żywy – widać jego rezultaty. Innych ciągnie do dziennikarstwa możliwość wpływania na świadomość, nastroje i opinie ludzi, możliwość krytyki negatywnych zjawisk, ale także pomagania wielu ludziom w konkretnych sprawach.

Idealistyczne podejście do zawodu zderza się dość szybko z praktyką redakcyjną. Zalatani i obarczeni nierzadko wieloma zleceniami dziennikarze nie piszą, ale produkują tematy, praktycznie taśmowo. W wielu redakcjach prasowych, ale także w radiu i telewizji, mamy do czynienia z tzw. dziennikarstwem „kelnerskim” (określenie ks. Kazimierza Sowy), czyli z przyjęciem zlecenia i szybkim, dość powierzchownym zrealizowaniem zadania. Zleceniodawcy zresztą na ogół nie oczekują jakiegoś specjalnego „smaku” przyniesionej „potrawy”; efektem jest pogarszający się poziom dziennikarskiej działalności. Odchodzą, z różnych powodów, doświadczeni dziennikarze, redakcje są pełne praktykantów i stażystów, zatrudnionych na różne umowy, byle koszty redakcyjne były jak najniższe. Obniżanie się poziomu twórczości dziennikarskiej (w niektórych przypadkach to nie jest nawet twórczość) powoduje, że coraz bardziej krytyczni są czytelnicy, którzy po prostu rezygnują z czytania prasy oraz korzystania z mediów audiowizualnych, które przestały ich interesować.

Nasi stażyści i praktykanci wchodzą do pracy redakcyjnej z marszu. Nie ma już, jak bywało drzewiej, że młodzież miała w redakcji opiekunów, mentorów, mistrzów. Był ktoś, kto wskazywał błędy, uczył jak pisać i mówić, jak ustawiać się do kamery. Efekty takiego zaniechania widać na każdym kroku.

W początkach lat 90. ub. wieku liczbę dziennikarzy w Polsce szacowano na ponad 11 tysięcy, 10 lat później pojawiała się liczba ponad dwukrotnie większa. Już jednak w obecnym wieku liczba ta zaczęła się zmniejszać, bowiem zaczęto likwidować tytuły prasowe, zwłaszcza gazety, nadto inne media dotknęła także polityka redukcji etatów. Kiedy w roku 1994, na pewnej konferencji we Wrocławiu, wieszczyłem przyszłe likwidacje, zwłaszcza gazet regionalnych, mówiąc, że w poszczególnych regionach Polski będzie ukazywał się jeden dziennik, góra – dwa, jeśli będą tam różni wydawcy, zakrzyczano mnie, a dwójka dziennikarzy jednej z wrocławskich gazet nawet próbowała ośmieszyć moje proroctwa.

A przecież nie były to słowa nieprzemyślane. Wynikały zarówno z obserwacji sytuacji na rynkach prasowych innych państw, jak też tego co działo się w Polsce i jakie były symptomy negatywnych zmian. Jaka jest dzisiaj sytuacja prasy codziennej w poszczególnych regionach Polski – wszyscy widzą. Zmniejszenie się liczby dzienników na polskim rynku prasowym dokonuje się głównie przez likwidację i połączenie tytułów (czasem połączenie jest de facto okresowym włączeniem – jak wkładki – likwidowanego tytułu do drugiego nadal istniejącego.

Policzyłem stan posiadania gazet regionalnych w czasie likwidacji RSW „P-K-R” i obecnie (nie wliczam nowopowstałych w tym czasie dzienników, bo z wielkiej liczby wypuszczanych na rynek ostały się tylko 4) i oto co mi z tego wyliczenia wyszło:

Z 16 dawnych regionalnych gazet partyjnych pozostało na rynku 12, ale od nowego roku będzie już tylko 11. Ukazują się wszystkie gazety „czytelnikowskie” (wywodzących się jeszcze z powojennej Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”), z tym, że wrocławskie „Słowo Polskie” do spółki z mocniejszą „Gazetą Wrocławską”. Z 14 gazet popołudniowych zostało już tylko 5. Po roku 1990 szybko przekształcały się w dzienniki poranne, zachowując jednak „popołudniówkowy” charakter. Nie mały szczęścia do nowych właścicieli, upadkom pomogły też niesnaski w spółdzielniach dziennikarskich, który przejęły te dzienniki itp. Łącznie więc znikło z rynku 15 gazet regionalnych.

Nowy rok zapowiada się niezbyt wesoło. Z trzech post-orklowskich gazet na Pomorzu Zachodnim ma powstać jeden tytuł, w Wielkopolsce znika już w grudniu „Gazeta Poznańska” (pozostanie tylko w winiecie nowego „Głosu Wielkopolskiego”), łączyć się mają ostatecznie dwie gazety w Białymstoku, wreszcie niemiecki wydawca być może połączy dwie swoje gazety w regionie bydgoskim. Szacujemy, że pracę może stracić 150 do 200 dziennikarzy.

Po dwa dzienniki ukazywać się będą w: Krakowie, Lublinie, Szczecinie, Rzeszowie (bo są tam konkurencyjni wydawcy) oraz w Łodzi (ze względu na różną klientelę obu ukazujących się tam dzienników Polskapresse i nienajgorsze efekty sprzedaży). Z 37 gazet o zasięgu regionalnym i wielkomiejskich (popołudniówki) na rynku pozostaje 23 i zapewne nie jest to jeszcze ostatni akt dramatu. Na rynku są bowiem dzienniki słabe, których wydawanie może jutro okazać się zupełnie nieopłacalne.

Upadek prasy regionalnej to utrata wielu miejsc pracy przez dziennikarzy, którzy w mniejszych miastach mają często problem ze znalezieniem innej roboty. Koledzy dziennikarze trafiają na różne dziwne stanowiska, zmieniają zawód, w miarę młodzi – emigrują za granicę.

Dziennikarze tracą pracę wręcz z godziny na godzinę i nie ma nikogo, kto by ich bronił. Nie ma odpowiedniej siły Syndykat Dziennikarzy Polskich, a Stowarzyszenia nie mają zarówno siły przebicia, jak i podstaw prawnych. Wydawcy mają swój związek, a dziennikarze są podzieleni, większość z nich nie należy zresztą do żadnej organizacji zawodowej. Proponowałem w roku 2000, aby wzorem „przedwojennym” powołać Związek Zawodowy Dziennikarzy, jako organizację, która byłaby partnerem dla właścicieli mediów. Podziały w środowisku nie pozwoliły na realizację tego pomysłu.

Wolność mediów to tak naprawdę wolność ich właścicieli. W każdej chwili mogą powiedzieć dziennikarzowi: panu już dziękujemy! Co musi się stać, aby środowisko dziennikarskie stworzyło silną reprezentację, walczącą o jego żywotne interesy?

P.S. Kiedyś pół żartem – pół serio – powiedziałem, że może w sytuacji, kiedy największymi wydawcami w Polsce są koncerny niemieckie, warto pokusić się choćby o stworzenie w naszym kraju zagranicznych oddziałów, np. Deutscher Journalisten – Verband, w którego władzach są m.in. dziennikarze koncernów obecnych w Polsce. Dzisiaj, kiedy związek ten bardzo mocno zajmuje się u siebie warunkami pracy i płacy dziennikarzy, może warto zapytać niemieckich związkowców o możliwość wsparcia polskich kolegów po fachu, pracujących dla Bauera, Springera, Bertelsmanna, Burdy, Vogla, czy grupy z Pasawy. Żartuję? Nie do końca.

Mój komentarz: do tych nader trafnych uwag, doskonale w szczególności charakteryzujących fatalną pozycję dziennikarza jako pracownika, dodam kilka spostrzeżeń własnych; sam jestem nauczycielem akademickim i z lekkim przerażeniem patrzę na to, co się dzieje ze studiami dziennikarskimi i w konsekwencji młodzieżą.

Otóż moim zdaniem studia te w ogóle mają niewiele sensu. Talentu i inteligencji się nie nabywa, w szczególności w drodze szkolenia; je się ma, albo nie; należy mieć po prostu odpowiedniego wykształciucha tatusia i mamusię, a i mający w domu więcej niż 1000 książek dziadzio też by się wstępnie przydał; oczywiście, bywaja szczytne wyjątki, ale to na zasadzie mutacji ewolucyjnej, czyli rzadko. Gdy idzie o rzemiosło (np. robienie tytułów, pisanie lidów, montaż radiowy czy zasady współpracy z operatorem w telewizji), to zdobywa się je najlepiej w praktyce, terminując z pół roku – rok w odpowiedniej redakcji; w większości szkół dziennikarskich, specjalnie prywatnych, ta część studiów, to po prostu zawracanie głowy i uczenie pływania „na sucho”, bez wchodzenia do wody (nie dziwię się specjalnie, bo to kosztowne; albo trzeba mieć własne odpowiednie urządzenia techniczne w szkole, albo je wynająć). Uczenie przyszłego dziennikarza przedmiotów politologicznych czy prasoznawczych – a do tego się sprowadza zatwierdzony przez MEN program – ma sens, ale tylko w odniesieniu do adeptów, planujących karierę w dziennikarstwie stricte politycznym. Nawiasem mówiąc, wiedza np. o tym, jakie były w XIX wieku największe agencje prasowe w USA czy jak się nazywał pierwszy polski dziennik – jest wiedzą praktykowi dziennikarstwa absolutnie zbędną. Tak kształconych żurnalistów jest nadmiar; redakcjom potrzebni zaś są specjaliści od gospodarki, nauki, kultury, sportu wreszczie. Czy nawet jeszcze wężsi: od gry na giełdzie, astronautyki, genetyki, opery klayscznej, filmu radzieckiego czy siatkówki pań. Jedynym sensownym rozwiązaniem są więc dwu-trzyletnie studia podyplomowe, skupiające się na intensywnym ćwiczeniu warsztatu, wściekłej nauce dwóch języków obcych (do perfekcji!) i pogłębianiu sprawności w użyciu nowoczesnej techniki teleinformatycznej. A potem ze dwa lata kiblowania na szergowym stanowisku w redakcji do pierwszego awansu.

Kiedy mówię moim studentom, że zatrudnienie w tym zawodzie gwarantuje (i to: nie na pewno, a tylko wysoce prawdopodobnie) ukończenie jedynie jednej z dwóch uczelni, z których obie mają ten defekt, że są dość daleko, bowiem jedna to Stanford University, druga zaś – Harvard, patrzą na mnie bez entuzjazmu. Rychło po ukończeniu studiów okazuje się, że praca w recepcji prowincjonalnego hotelu, to okazja, którą należy chwytać.

Ja wiem doskonale, że perspektywa bardzo ciężkich studiów, w sumie 7-8-letnich i jeszcze rocznego czy dwuletniego terminowania w redakcji, czyli widoki na wejście w samodzielność profesjonalną w wieku 29-30 lat z kolejną perspektywą na ważniejsze stanowisko funkcyjne w wieku 35-40 lat – nikomu się nie uśmiecha. Ale prawdziwe dziennikarstwo to nie jest zawód dla dzieci, niestety.

Reklamy

10 uwag do wpisu “Po co studiować dziennikarstwo?

  1. Ad 7: Widzisz, sprawa nie jest taka prosta. Ja na przykład bardzo lubię kontakty z młodzieżą – i myślę, że mi one wychodzą; pochwalę się, że nie słyszałem o wykładowcy, który na zakończenie zajęć dostał brawa ze standing ovation – a ja to miałem. Z prawdziwą przyjemnością uczę tego, co sam umiem; robię różne bajery, korzystam z metod e-learningu, itp. No i… jedna osoba na sto jest tym zainteresowana. Nie mówię np. o instytucjonalnym zainteresowaniu uczelni, w której do niedawna usiłowałem ludzi czegoś uczyć (właśnie przestałem, bo są pewne granice kiwania studentów i wykładowców…), bo jej właściciel w żaden sposób nie był i nie będzie zainteresowany poszerzaniem agendy zajęć: obawia się, że musiałby za to kiedyś może zapłacić, a może po prostu nie rozumie, że istota studiowania polega w końcu na jakiejś wspólnej zabawie, czy też wymianie zdań. Ale i sami studenci nie przejawiają żadnej pasji; im chodzi o papierek, i tyle. Chciałem z nimi robić (bezpłatnie!) gazetę: gucio. Chciałem zrobić jakieś koło dyskusyjne: jak wyżej. W sumie mnie to martwi, choć rozumiem, że organizacja rodziny, gonitwa za kasą i tp., to rzeczy ważne. Uczciwie powiem, że nie widzę rozsądnego wyjścia z tej sytuacji.

    Polubienie

  2. Nie zgodze sie panie Bogdanie. Mentorem nie bedzie nikt, kto nie dziala wsrod mlodych, kto sie nie angażuje społecznie, kto nie działa. Myślę, że anonim miał trochę racji, a ja mam pogląd na ten temat trochę uogólniony, bo studiuję na kierunku ścisłym, a działam w kole naukowym psychologiczno-filozoficzno-artystycznym, zupełnie humanistycznym.

    Jest masa ludzi, którzy mogliby być mentorami. I nie są, nie są bo nie mają odwagi wyjść z własnej dziupli. Walczyli jako intelektualiści z PRL-em, w dużej części to oni obalili ten ustrój i na ich pracy intelektualnej powstała III RP, to wreszcie po ich kieszeni III RP uderzyła dość szczególnie, żałując na edukację jak mogła.

    Owi intelektualiści, nauczyciele, ale także ludzie z wyższym wykształceniem z dużym doświadczeniem, którzy wyróżniali się na swoich studiach właśnie tym, że mieli jakąś pasję, że nie byli na studiach w roli kolegi szczura, który szedł za innymi. Oni się tą pasją nie dzielą. Nie wychodzą do liceów i nie próbują dogadywać jakiś spotkań z młodzieżą u dyrektora, nie próbują im przekazać tego co jest najcenniejsze w wiedzy. Nie próbują.

    Właściwie poza duchowieństwem i aktorstwem, nić mentorów, autorytetów została dość zmasakrowana, oj szczególnie w matematyce i paru innych ścisłych kierunkach, gdzie brakuje naprawdę tego, co czuje się na wykładach z jednym z 20 profesorów z instytutu. A poza instytutem? Nic. Nie ma spotkań z tymi właśnie pasjonatami, no nie ma. Naprawdę nie ma, studenci mogą namówić i zorganizować, ale to nie działa, studenci tego nie robią niestety!

    Słyszałem miliony opinii, że warto by otworzyć sekcję filozoficzną w kole naukowym, ale nikt tego nie robił, dopiero gdy wziąłem telefon, zacząłem dzwonić po tych moich znajomych, którzy mogli by stworzyć bazę takiej sekcji, dopiero gdy mój najlepszy przyjaciel udostępnił nam willę do pierwszego spotkania (notabene też się wciągnął) dopiero wtedy wszystko zaczęło ruszać. To tylko przykład, ale my działamy sami, sami jesteśmy dla siebie mentorami, sami zbieramy wiedzę, czytamy publikacje naukowe, interpretujemy i dzielimy się tym co poznaliśmy.

    A gdzie są Ci, którzy powinni to zacząć? To nie my powinniśmy się samoorganizować, to mentorzy powinni już wcześniej działać, a my winnismy jedynie wzbogacać jako nowi członkowie już istniejące struktury!!!

    Polubienie

  3. Kochany anonimie: o tym, czy jesteśmy mentorami czy nie – nie my niestety decydujemy, ale wy, młodzi. Możecie nas naśladować, albo nie; możemy się wam podobać, lub nie. Miło jest mieć zresztą status mistrza, ale bardzo jest trudno go osiagnąć; i powiem, że sam w życiu spotkałem takich może z pięciu w ciągu długich lat wykonywania tego zawodu. Ale przestrzegam przed jednym: przed postawą „oni się okopali na posadach i nas nie dopuszczają”. Może tak i czasem bywa (rzeczywiście spotykałem się z tym, zwłaszcza w początkach tzw. kariery, wielokrotnie…), ale owa postawa jest szalenie destruktywna: usprawiedliwia najczęściej własną słabość warsztatową. Demobilizuje. Tymczasem trzeba zacisnąć zęby, zbagatelizować zaporę zawodową i pracować, pracować, pracować. Dziesięć tekstów odwalili – pisz jedenasty z uśmiechem na ustach. Ucz się języków; jak będziesz biegle władał pięcioma, nikt nie powie, że jesteś niepotrzebny. Czytaj, czytaj jak najwięcej, książkę dziennie: coś samo z siebie we łbie zostanie. Ucz się – czegokolwiek: jak będziesz wybitnym ekspertem od konstrukcji czołgów, hodowli zwierząt futerkowych, seksu owadów albo teorii grafów – wtedy możesz stawać do konkurencji.
    No i nie daj się upodlić. Nie zgadzaj się na to, by ci byle matoł kazał siedzieć dwanaście godzin w redakcji i puszczać bąki; tylko dlatego, że „taki u nas ład korporacyjny”. A gówno: siedź i 24 godziny, jak będzie rzeczywiście coś sensownego do roboty, ale nie po to, by jeden z drugim mógł czuć się „kerownikem”. Raczej rzuć ten zawód, niż pójdź na kompromis.
    Amerykanie mają cudownie trafne powiedzonka. Jedno z nich w wolnym przekładzie brzmi: „Ta pomocna dłoń, o którą tak żałośnie wołasz, jest umocowana do końca twojego własnego ramienia”.

    Polubienie

  4. W imieniu studentów dziennikarstwa. Dzięki wielkie za dobre chęci i słowa otuchy. Nic się tak nie liczy jak słowa prawdy i wsparcia.
    P.S. Każdy z Was powinien być dla nas pewnego rodzaju mentorem, obiektem do naśladowania. Jednak Wy, z całym szacunkiem, chowacie się pod kołderką, co jakiś czas tylko komentując jacy to kiepscy jesteśmy ale nic nie robicie, nie uczycie nie macie nawet takich chęci.Ciągłe pretensje, jakim prawem oni wogóle wchodzą na nasz rynek…

    Polubienie

  5. 🙂 powyżej, widzę, pochwała wykształciuchów.. A ładnie to tak?

    Niestety brutalna prawda jest taka,ze najczarniejszą robotę w redakcjach odwalają za marne pieniadze i mglistą perspektywę dzieci, czasem z dyplomami- często dziennikarstwa. Strach przed nimi zeznawać, bo zawsze coś pokręcą. Trudno się przecież znać na wszystkim, a są miotani od tematu do tematu, szczególnie w dziennikach. Znana lokalnie dziennikarka telewizyjna „od kultury” umawia się na spotkanie przed impreza, bo nie ma czasu, póxniej materiał robi operator i lecą na inną ..akcję.
    Tak jest

    Polubienie

  6. W jednej z moich byłych redakcji miałem koleżankę, która twierdziła z wyższością, że w firmie jest tylko dwóch prawdziwych dziennikarzy – ona i jeszcze ktoś. Z tego tytułu, że ukończyła 2-letnie studium dziennikarskie. Niestety, jej dziennikarstwo sprowadzało się głównie do klepania newsów przepisywanych z kwitów dostarczanych przez producentów. Gwiazdami byli za to ludzie, którzy znali się po prostu na rzeczy i potrafili jeszcze dobrze pisać. Właśnie dlatego, że w domu było 1000+ książek oraz inteligenckie tradycje.

    Polubienie

  7. Gdybym prowadził jakąkolwiek redakcję, nie przyjąłbym do niej nikogo, kto ukończył tylko dziennikarstwo. Wolałbym przyjąć kogoś po geodezji, ochronie środowiska czy wychowaniu plastycznym z jednego jedynego powodu. Osobnik po studiach dziennikarskich nie potrafi nic, łącznie z „niepotrafieniem” dziennikarstwa. Osobnik po dowolnych innych studiach + po dziennikarstwie zawsze może opisywać to, z czego ma dyplom — to znacznie zmniejsza szansę na opowiadanie idiotyzmów.

    Polubienie

  8. zgadzam się.
    nie mają sensu.
    w czasach (ech te wspomnienia!;-) mojej pracy w redakcji 1-dnej — przyszło 2-ch Praktykantów.
    ze Stud. Dzien. oczywiście.
    no i byli. pisali (nawet!)
    na pytanie ówczesnego Tow. Naczelnego (czerwonego, ale jednak Fachowca…)
    — którego z nich przyjąć do pracy — odpowiedziałem: ŻADNEGO. bo się nie nadają.
    (no, studia owszem prawie mają; ale…)
    ……………………………………..
    dziś 1-den jest (chyba nawet dobrym) Dyrechtorem czy Prezesem Dużej Firmy Handlowej;
    a 2-gi — Popularnym, acz żenującym Błaznem
    (moim skromnym)
    — w jednym z popularnych takl-szołów w nie-państwowej (dziś) tv…
    znaczy; pomyliłem się, prawda?;-))
    w 50%…
    ……………………………………..
    a z tą Międzynarodówką Journalisten — to strrrasznie Lewacki pomysł jest…;-))
    ale Uroczy!

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.