„Bratek” zerwał z „Rzepą”

bratek.jpgStefan Bratkowski, jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa, honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zerwał w piątek współpracę z Rzeczpospolitą – podaje ostatni serwis MediaRun.pl. Od lat do jej weekendowego dodatku Plus Minus pisywał felietony. – Nie pozwolę się cenzurować – powiedział – Redaktor Lisicki zdjął mój felieton, w którym pisałem, że dla Rzeczpospolitej i jej zespołu może się źle skończyć przejęcie ponad połowy udziałów w spółce wydającej gazetę przez Mecom [brytyjska firma, która odkupiła udziały w Rzeczpospolitej od koncernu Orkla]. Tydzień wcześniej też usiłował ocenzurować mój felieton. To dla mnie sytuacja nie do przyjęcia.

Paweł Lisicki, naczelny Rzeczpospolitej, odmówił Gazecie Wyborczej komentarza w tej sprawie.

Mój komentarz: najpierw dla tych, którzy  nie za dobrze wiedzą, kim jest Stefan Bratkowski. Oto garść informacji oficjalnych: Stefan Tadeusz Aleksander Bratkowski (ur. 22 listopada 1934 we Wrocławiu) – dziennikarz, publicysta, pisarz. Z wykształcenia prawnik (absolwent UJ z 1955 r.). W latach 1954-1956 pracownik naukowo-dydaktyczny Wydziału Prawa UJ.

Członek zespołu redakcyjnego tygodnika „Po prostu” w latach 1956-1957. W latach 1980-1982 i 1989-1990 prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, potem prezes honorowy, do dziś.

Założyciel i w latach 1970-1973 oraz 1980-1981 kierownik redakcji „Życia i Nowoczesności” (cotygodniowego dodatku do dziennika „Życie Warszawy”). 1971-1974 kierownik Pracowni Prognoz Rozwoju Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Informatyki. Autor scenariusza serialu telewizyjnego „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”.

W 1978 r. zainicjował Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, które odegrało istotną rolę w formowaniu opinii publicznej okresu tuż przed powstaniem „Solidarności” i w podbudowie teoretyczno-politycznej przemian ustrojowych w Polsce.

W latach 1984-1989 twórca podziemnej „Gazety Dźwiękowej”; współpracownik odnowionego „Po prostu”, „Gazety Bankowej”, „Gazety Wyborczej”; zajmuje się problematyką naukową, ekonomiczną, historyczną, kwestiami nowoczesnego zarządzania.  Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Laureat nagrody im. Adolfa Bocheńskiego 1980. W 1998 r. otrzymał nagrodę PEN Clubu im. K. Pruszyńskiego. Członek ZLP, członek honorowy Związku Polskich Artystów Plastyków. Członek ZMP w latach 1949-1956, KC ZMS 1956-1957, PZPR w latach 1954-1981 (usunięty dyscyplinarnie).

Wybrane pozycje książkowe spośród ponad 20

* Księga wróżb prawdziwych (1969)
* Gra o jutro (wspólnie z bratem Andrzejem) – książka roku 1970
* Skąd przychodzimy (1975, wyd. rozszerzone 1993)
* Z czym do nieśmiertelności (1977)
* Oddalający się kontynent (1978)
* Nie tak stromo pod tę górę (1980)
* Nowy Marsyliusz czyli społeczeństwo inteligentne (1981)
* Kilka sposobów na niemożliwość, czyli poradnik dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić. (1983)
* Wiosna Europy (1997)
* Najkrótsza historia Polski (1998)
* Pan Nowogród Wielki (1999)
* Nieco inna historia cywilizacji: dzieje banków, bankierów i obrotu pieniężnego (2003)

Prywatnie: znam Stefana osobiście od początku lat 60, około 45 lat, a nasze rodziny znały się – wedle relacji mojej mamy – już przed wojną. Przez wiele lat byliśmy blisko zaprzyjaźnieni. Spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu w każdy wtorek całą paką, nieformalnie zwaną „Stołem” – od pierwszego stołu po prawej stronie od wejścia w knajpie Stowarzyszenia na Foksal. Ów „Stół”, skupiający kilku wybitnych intelektualistów (m. in. profesorowie antropologii Tadeusz Bielicki, Andrzej Wierciński, historyk Adam Kersten, informatyk Konrad Fiałkowski, prawnik Wiktor Osiatyński, ekonomista Tadeusz Kochanowicz; reżyser i dyrektor teatru Polskiego Radia Juliusz Owidzki; dzienikarze Ryszard Doński, Maciej Iłowiecki, Jerzy Zieleński, Wojciech Giełżyński, Władysław Fiałkowski, Tadeusz Jacewicz i autor tych słów; sporadycznie bywali spiker TV Jan Suzin i red. Dariusz Fikus oraz informatyk, prof. Jacek Bańkowski), zajmował się głównie tematyką rozrywkową: dobrym jedzeniem, piciem zgoła nie tylko i bynajmniej nie przede wszystkim kawy w dużych ilościach, niemoralnymi grami w rodzaju pokera (tylko część z nas, ta najbardziej zdemoralizowana!), robieniem (najczęściej wysoce skutecznego) wrażenia na młodych adeptkach dziennikarstwa i innych nauk (wolno było na wtorkowy obiad przprowadzić partnerkę, przy czym w żadnym wypadku nie mogła to być żona; lansowany i preferowany był maksymalnie luźny styl bycia w relacjach męsko-damskich). Istotą funkcjonowania „Stołu” były jednak pasjonujące i długotrwałe dyskusje ideologiczne i polityczne, a także – może nawet głónie – naukowe: mieliśmy taką ideę fixe, by znać natychmiast wszelkie nowinki w tej dziedzinie i mieć o nich swoje zdanie. Bywało, że dyskusje takie kończyły się głęboką nocą… w barze w Kazimierzu nad Wisłą, dokąd czasami gnaliśmy w kilka samochodów po obiedzie (raz zdarzyło się nam dojechać do Kazimierza w 70 minut, co oznacza – ze wstydem przyznam – jazdę z szybkością ok. 150 km/h…). Najczęściej kończyły się u mnie (i Owidzkiego, bowiem współnie wynajmowaliśmy dół pewnej willi na Żoliborzu) około 4 rano następnego dnia. Do dziś mam w oczach widok pewnego pięknego świtu i Stefana Bratkowskiego (powiedzmy szczerze: w stanie wskazującym), fikającego koziołki na zroszonej trawie w ogrodzie…

Było więc życie; bezkompromisowe. A potem założone przez Stefana „Życie i Nowoczesność”. Zbiór opublikowanych tam felietonów to – między nami mówiąc – moja pierwsza książka.

Stefan jest człowiekiem wspaniałym. Jest jednym z największych znanych mi erudytów; on wie po prostu wszystko o wszystkim, przy czym pamięć ma fotograficzną. Wyobraźcie sobie, że kiedyś założył się ze mną, że on, prawnik w końcu i najrasowszy humanista, zda u mnie (wówczas asystenta na Wydziele Matematyki UW) po półroczu własnych lektur kursowy egzamin  z bardzo trudnego pojęciowo przedmiotu pt. Podstawy Matematyki (obejmującego teorię mnogości w dość szerokim zakresie i logikę matematyczną, także dość zawansowaną); kosztowało mnie to litrową butelkę dobrej whisky, zresztą wspólnie samowtór – a może samotrzeć, bo chyba była z nami pewna piękna pani docent – natychmiast skasowaną. Jest przy tym mistrzem stylu: rzadko kto włada piórem z taką łatwością i posługuje się tak piękną polszczyzną. Ma niezłomne zasady, dotyczące uczciwości i rzetelności zawodowej dziennikarza; wielokrotnie w imię tych właśnie zasad był wyrzucany z pracy – lub sam z niej z hukiem odchodził – nie tylko w czasch PRL. Jest też niebywale płodny, gdy chodzi o nowatorskie pomysły i idee; produkuje ich dziesiątki dziennie. Przy tym – tu odrobina złośliwości – z jego stu pomysłów 94 są zupełnie idiotyczne, 3 godne uwagi, 2 świetne, jeden zaś genialny; z tym, że nie zawsze widać gołym okiem, który jest który.

W każdym razie deklaruję niniejszym: kocham Stefana, choć nasze związki – trochę z powodów obowiązków rodzinnych – nieco osłabły. Dzwonimy w każdym razie do siebie od czasu do czasu i czasami udaje się nam jeszcze wspólnie coś załatwić.

Jeżeli więc takiego dziennikarza ktoś ośmiela się nie tylko cenzurować (co się w ogóle w głowie nie mieści), ale nawet wprowadzać do jego tekstu jakiekolwiek poprawki stylistyczne, to jest to głupi palant i do diabła z nim. „Rzepę” czytywałem w weekandy głównie dla felietonów Bratka, no i jeszcze dla „Smecza”, czyli Tomasza Jastruna. Straciła kolejnego czytelnika. Do diabła i z  nią.

Reklamy

9 uwag do wpisu “„Bratek” zerwał z „Rzepą”

  1. a ja dopiero zaczynam się na poważnie interesować własnym nazwiskiem mam nadzieję że warto…

    Polubienie

  2. Nie ma co ukrywać, że po własnych bankach (SKOK, BOŚ), standardowo, acz nie_za_skutecznie – TV publicznej i powoli także radiu (na szczęście trójka pod Skowrońskim powinna być ok :]), PiS ma chrapkę na własną gazetę. Niby jest „ND” i „GP”, ale to jednak nie ta renoma i czytelnicy, co „Rzeczpospolita”. Ciekawe, kiedy TKM zje własny ogon, bo jak na razie nie przypominam sobie ekipy, która by z tym cudownym zjawiskiem walczyła.

    Polubienie

  3. Rzepa strasznie skręciła w prawo od czasu odowłania pana Gaudena, z gazety obiektywnej po woli staje się rządową tubą. Widać to zwłaszcza w komentarzach.

    Polubienie

  4. @Azrael: o jednym wiem z pewnością, że tak; zresztą nigdy tego nie ukrywał: Wojciech Giełżyński. O jednym wiem z pewnością, że nie: to ja, nad czym zresztą troszkę ubolewam, bo pewne odmiany masonerii (te nie wymagające wiary w „istotę wyższą”) i niektóre jej cechy wydają mi się całkiem sympatyczne. Co do reszty – prawdę mówiąc, a co mnie to obchodzi?

    Polubienie

  5. Doskonale, że Pan przypomniał.. nie nie tylko Bratkowskiego… ale to, że w czasach tak opluwanego PRL, można było jak się chciało, potrafiło i rozumiało, znaleźć niezleżność, umiejętnośc realizacji pasji i pewien konstruktywzim moralny, który pozwalał na to, że wcale nie trzeba się było ześwinić, żeby coś zrealizoważ, osiągnąć i mieć możliwość spokojnie oglądać się teraz za siebie…

    A tak na marginesie… ciekaw jestem, ilu z nich to masoni ?! 😀

    Ukłony

    Azrael

    Polubienie

  6. Ładnieście się, Panie Bogdanie, widzę drzewiej bawili 😉
    Ja też, nie ukrywam, jestem pod wrażeniem słowa Pana Bratkowskiego – pamiętam jego felietony ekonomiczne w „Rzepie” sprzed przeszło dekady oraz mnóstwo innych fajnych rzeczy.
    Szkoda, że „biznesowa lojalność” skłoniła rednacza tej dobrej gazety do cięcia jego felietonu, szkoda, że padł on ofiarą durnych zwyczajów.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.