Lamentacje zera

Mam dziś dla ciebie smakołyk. To znaczy – o tyle o ile. Jeśli lubisz się irytować (dziwne, ale są tacy, i nie jest to wcale rzadki okaz w przyrodzie: widać ta zgniła adrenalinka jakś ich kręci), będziesz zachwycony. Jeśli jednak należysz do ludzi łaknących spokoju i wolących, powiedzmy, fugę Bacha niż słodkie trele maestra Gosiu – nie czytaj. Bo tekst, który wynalazłem, jest dość kuriozalny. Choć to i nie dziwne, zważywszy źródło…

Oto ów tekst.

Dziennikarz – handlarz czy sługa?

Ostatnie dni w polskich mediach – to jakby wielkie zbiorowe prześwietlenie środowiska dziennikarskiego: nadawców, producentów i sprzedawców informacji. Wszyscy – i odbiorcy, i dziennikarze, jesteśmy zszokowani, może wystraszeni serwowanymi nam obrazami, zalani potokami sprzecznych wiadomości, zatapiani w kotle dezinformacji.
Urywały się telefony: „Jesteś tam, w tej telewizji, wytłumacz nam, co to się dzieje?!”. A z drugiej strony głos sąsiadki zza ściany w bloku w centrum Warszawy: „Co to za draństwo! Jakie to przekupstwo polityczne! Jak można tak plugawić Polaków, wyzywać od ZOMO, a potem kupczyć stanowiskami! Oto ta wasza uczciwość!”. Dodajmy dla wyjaśnienia całości sytuacji obyczajowej: sąsiadka wraz z niemal całą rodziną „wisi” na liście Wildsteina. I jakoś nie protestuje…
Oto streszczenie obrazu Polski z ostatnich dni. Jacy jesteśmy pomieszani, zagubieni, chwiejni. W sprawie medialnej prowokacji TVN dokonanej w hotelu sejmowym nie ma jednomyślności w ocenie, nie ma nikogo w powołanych do tego gremiach, kto by jednoznacznie nazwał ten „wyczyn” dziennikarzy, tę manipulację. Kto ma wskazywać drogę w tym rozpędzonym świecie, informować o prawdzie, jak nie media właśnie?
„…czy wszystkie (…) osiągnięcia idą w parze z postępem etyki i duchowym postępem człowieka? (…) czy w ludziach, pomiędzy ludźmi… rośnie sprawiedliwość, solidarność, miłość społeczna… czy przeciwnie – narastają egoizmy, ciasne nacjonalizmy w miejsce miłości ojczyzny, a wreszcie dążenie do panowania nad drugimi wbrew ich słusznym prawom i zasługom, dążenie zwłaszcza do tego, aby cały rozwój materialny… wykorzystać dla celów wyłącznego panowania nad drugimi (…)?”.
To słowa Ojca Świętego Jana Pawła II. W zgiełku ostatniego tygodnia w jego Ojczyźnie nikt już nie zwracał się ku niemu. A 2 października mijało półtora roku od jego śmierci…

Media wciąż pod kontrolą
Dzisiejsze media są produktem powojennego półwiecza panowania totalitaryzmu komunistycznego w Polsce. Jak my wszyscy, tak i dziennikarze nie wzięli się z jakiegoś innego świata, ale tak samo przechodzą fazę przemian środowiskowych, politycznych, mentalnych. Zmiany wymagają ofiarnej pracy nad sobą, poszukiwania wiedzy, pogłębiania duchowości. Nikt już teraz nie zakazuje nam wierzyć, nikt nie zabrania wypowiadać otwarcie swoich poglądów. Czego więc się boimy, czego obawiają się dziennikarze, którzy codziennie powinni opowiadać się za prawdą, stawać po czyjejś stronie?
Dziennikarze obawiają się przede wszystkim utraty pozycji w środowisku zawodowym, a co za tym idzie – utraty możliwości zarobków czy wręcz pracy. Kiedyś, w PRL-u, sprawa była prosta: należałeś do partii (PZPR) czy innych socjalistycznych związków, miałeś poręczenia partyjne, to pracowałeś w gazetach, w TV, w radiu. Innej drogi nie było. Właścicielem tych dóbr medialnych była PZPR i podporządkowane jej służby wywiadowcze, skierowane na kontrolę wewnętrzną państwa i całego Narodu. Teraz, od 16 już lat, zaczęło nam się wydawać, że media są „nasze”. Jednak PZPR zastąpiona została właścicielami prywatnymi – przecież to nie „naród” miał pieniądze i fundował sobie „narodowe” media! A publiczne radio i telewizja – utrzymywane w dużej mierze z dobrowolnych abonamentów – pozostały pod kontrolą służb specjalnych, WSI utrzymujących siatki układów kontrolujących te media.
Sposoby kontroli są znane, jak na całym świecie – to praca i pieniądze, pozycja zawodowa, poczucie udziału w czwartej władzy, wpływy w rozmaitych środowiskach, przede wszystkim polityczne, czy wreszcie sława, popularność, ambicje. Dziennikarza nie potrzeba zabijać, strzelając, można go łatwo uśmiercić, odsuwając w niebyt zawodowy, pozbawiając dostępu do mikrofonu, ekranu czy stron w gazecie, nie zamawiając jego scenariuszy czy artykułów (nagle przestają się podobać szefom), a za tym idzie brak honorariów, środków na utrzymanie…
Są jednak dziennikarze tak już cenieni przez odbiorców, tak mocni warsztatowo, utalentowani i niezłomni, że jakoś zdołają się przebić, jakoś trwają. Może nie są znani i bogaci, ale wierni sobie i swoim odbiorcom. Dzisiaj już nie wystarczy jeden telefon z komitetu partii, by takiego dziennikarza wyrzucić z pracy. Ale jak długo można tak trwać na granicy niebytu zawodowego, ubóstwa materialnego, bez możliwości spełniania swego powołania zawodowego, czerpania ze swych talentów?
Dziennikarze, by przetrwać, stają niemal codziennie przed wielkimi próbami – ugiąć się, iść na „kompromisy”, wykonywać polecane zadania bez dyskusji z szefami, bez przeciwstawiania się nieetycznym naciskom, za to z zaangażowaniem swego profesjonalizmu warsztatowego, za odpowiednio duże honorarium?

Drogi kariery
Jaki jest tzw. przeciętny polski dziennikarz? Skąd się wziął? Musi mieć wyższe wykształcenie, znać się na pracy z kamerą, mikrofonem, umieć artykułować informacje, znać języki obce. Większość tworzących dzisiaj programy dziennikarzy kończyła studia 15-20 lat temu, większość ich szefów ma zapewne jeszcze więcej lat. Gdzie w PRL-u można było uczyć się dziennikarstwa? W peerelowskich uniwersytetach. Warto przypomnieć, że wszyscy studenci musieli wtedy zaliczyć taki dziwny przedmiot jak „filozofia marksistowska” albo „ekonomia polityczna socjalizmu”. Aby dostać się na wydział „nauk politycznych i dziennikarstwa” na czołowych uniwersytetach polskich, a więc w Uniwersytecie Warszawskim, Jagiellońskim czy we Wrocławskim, trzeba było „wykazać się socjalistycznym myśleniem”, a najlepiej przynależnością organizacyjną. Jeszcze gorzej było na tych wydziałach „dziennikarskich” w systemie „dla pracujących” – tu trzeba było mieć skierowanie od redaktora naczelnego pisma czy radia lub TVP po co najmniej dwóch latach pracy etatowej, a do tego jeszcze potwierdzenie czy opinię… socjalistycznego stowarzyszenia dziennikarzy, lub samemu być w partii. Wtedy dopiero, z tyloma glejtami i poręczeniami redaktor – kandydat na studenta pracującego mógł złożyć papiery i zostać dopuszczony do egzaminu wstępnego. Warto przypomnieć, że w nieodległych czasach PRL-u każdy redaktor naczelny musiał być członkiem PZPR! Każda redakcja była kontrolowana przez SB i wojskowe służby wywiadowcze, każde stanowisko dziennikarskie zatwierdzane przez wewnątrzredakcyjny i partyjny układ. Nie było innych możliwości.
Dodam tu na potwierdzenie, z autopsji: gdy rozpoczynałam drogę dziennikarską (jako filmowiec, operator kamery, realizator filmów sportowych i podróżniczych) w 1977 r., nie miałam najmniejszych szans na etat w jakiejkolwiek redakcji telewizyjnej, nie udało mi się nawet wejść do Telewizji Polskiej! Raz tylko, chyba w 1979 r., kolega filmowiec jakimś cudem załatwił mi spotkanie z dyrektorem Poltelu, za bramą mitycznego „Woronicza”. Przyjął mnie tam rozbawiony bardzo gruby pan dyrektor, rozwalony w przepastnym fotelu; towarzyszyła mu asystentka z ogromnym dekoltem, na którym bujała się szczerozłota… gwiazda Dawida. Dyrektor spytał: „To pani jest tą alpinistką, co chce tu pracować? I co by tu pani nam filmowała, jakieś góry??? A ma pani studia dziennikarskie skończone…?”.
Nie miałam studiów dziennikarskich za sobą, bo… nie miałam przecież etatu. A etatu nie mogłam dostać, bo… nie miał kto za mnie poręczyć z PZPR! A dokładnie tego zażądał szef redakcji filmowej Interpressu, ten jedyny, który zgadzał się na moje filmy z wypraw sportowych w Himalaje, przydzielał kamerę i taśmę, o ile film się udał, płacił najniższe honoraria. I tak z roku na rok „umowy o dzieło”. Przechodziłam przez specjalne komisje, uzyskiwałam uprawnienia operatorskie i reżyserskie, ale ani etatu, ani skierowania na studia, ani nawet prawa do ubezpieczenia lekarskiego… Tak nakręciłam ponad 50 filmów z Himalajów i Hindukuszu, z Indii, Nepalu, Tybetu.
Ten pan dyrektor rozbawiony moim „śmiesznym pomysłem”, by prosić o szansę pracy w Telewizji Polskiej w 1979 r. – nazywał się… Lew Rywin.
Zatrudniłam się więc jako… pomoc domowa. Pracodawca jakoś chętnie dawał mi „wychodne” na dłużej, bym mogła z upragnioną kamerą wyruszać na wyprawy Klubu Wysokogórskiego i pokazywać Polakom, jak piękny jest świat na zewnątrz „żelaznej kurtyny”.
Na studia dziennikarskie – na UW – przyjęto mnie w 1981 r., z poparcia – a jakże – „Solidarności”.
W stanie wojennym wyrzucono z tego wydziału wielu studentów, tych, którzy stracili pracę etatową w swoich redakcjach, usunięci za wystąpienie z partii czy przynależność do „Solidarności” lub za podjęcie innej pracy „niezgodnej z kierunkiem studiów”, np. listonosza, a przecież mieli rodziny, musieli z czegoś żyć. A ja, jako „gosposia z kamerą”, mogłam ocaleć, przyzwyczajona do utrzymywania się z wszelkich dorywczych prac. Dziekan przymykał oko…
Pierwszą sesję zdawaliśmy w stanie wojennym. Jednak zmiany zapoczątkowane na tym wydziale w 1981 r. jakoś trwały. Przybyli nowi wykładowcy, już z normalnego świata. Choć kilku kolegów studentów przychodziło na egzaminy w mundurach Ludowego Wojska Polskiego czy milicji, z bronią i ostrą amunicją, choć któremuś z nich pozwalano zdawać egzaminy „indywidualnie” (pamiętam, że miał on kłopoty z… pisaniem po polsku, a jednak w końcu zrobił dyplom magisterski!, choć bez świadków) i do dzisiaj pracuje jako dziennikarz – jest teraz rzecznikiem prasowym…
Takie studia skończyła urocza panienka, która nigdy nic nie umiała, jedynie wspaniale ściągała. Gdy spytałam ją, jak chce potem pracować jako dziennikarka, wyznała z rozbrajającą szczerością, że… już ma etat w Telewizji Polskiej, bo tatuś jest krawcem, bardzo znanym w Warszawie, zapłacił komu trzeba 100 tysięcy…
Takie studia skończył też były prezes TVP SA Robert Kwiatkowski, czy płk Krzysztof Pomes, oficer LWP, szara eminencja w TVP, a potem w TVP SA, prowadzący oficerów byłej już redakcji wojskowej (dzisiaj podobno „zupełnie cywilny” rzecznik prasowy w dużej instytucji).
Takie studia skończyła była wicedyrektor Programu 2 TVP – choć czasy tak szybko się zmieniały, że profesorowie z UW nie zgodzili się na dyplom magisterski, owa pani, wychowanka Niny Terentiew, dopełniła kadrowego obowiązku (dla kierowniczych stanowisk) ukończenia pełnych studiów wyższych i uzyskała stosowny dyplom… w Akademii Obrony Narodowej, gdzieś po roku 2000. Choć nie ma tam, może na szczęście, wydziału dziennikarskiego.

Układy i znajomości
Wszystkich wymienionych tu absolwentów dziennikarstwa różnią drogi wchodzenia do mediów, sposoby, ale i spora rozpiętość wieku. Ostatni znani mi decydenci telewizyjni, legitymujący się takimi dyplomami z końcówki lat 80., nie mają jeszcze czterdziestki. A za sobą – wysokie stanowiska kierownicze, ogromne, niebotyczne zarobki.
Środowiska, czy raczej „układy”, które promowały swój młody narybek, nie wymagały już legitymacji partyjnych, bo PZPR w końcu padła trupem, ale pilnie strzegły swoich protegowanych.
Niech posłuży za dowód jeszcze jeden przykład: w dokumentach Komitetu Obrony Kraju, niedostępnych dziennikarzom do dzisiaj (pozostaje mieć nadzieję, że są w dobrych, uczciwych rękach – by trafić wreszcie do IPN), w raportach zarządcy komisarycznego TVP gen. Żyto znalazłam opis błyskotliwej kariery jednego z byłych dziennikarzy i szefa redakcji. Otóż ten młody, zdolny i dobrze wykształcony (polonistyka na UW) Polak otrzymał etat i jednocześnie własną redakcję w TVP około 1986 r., na prośbę swego ojca, zarządcy komisarycznego jednej z fabryk w Radomiu. Dzisiaj ten pan redaktor ma wielką firmę reklamowo-telewizyjną, a jest naprawdę utalentowanym menadżerem i twórcą. (Praca w jego redakcji też była całkiem na poziomie, choć do czasu reaktywowania zakładowej „S” w TVP, kto się do niej zapisał, nie mógł już liczyć na zamówienia filmowe, a redakcję rozwiązano).
W TVP, już „SA”, tj. w 1994 r., wiosną, gdy właśnie rozpoczynałam zmagania z odziedziczoną po stanie wojennym redakcją wojskową, jedna z nowo mianowanych pań dyrektor w Programie 1, w pewnym zakresie moja przełożona, wezwała mnie niczym „na dywanik”. Bez ogródek wydała polecenie: „Masz mi załatwić dwa apartamenty generalskie w wojskowym domu wypoczynkowym na Helu, od 1 lipca!”. To polecenie zabrzmiało jak rozkaz. Czułam, że gdy odmówię, znowu spiętrzą się trudności, nie tylko dla mnie, ale dla całej redakcji. Odpowiedziałam, że „nie pracuję w biurze podróży, tylko w publicznej telewizji, a wojskowe apartamenty dostępne bywają już dla cywilów, o ile są tam wolne miejsca”. Na tym skończyło się spotkanie z przełożoną. Po kilku godzinach przyszedł jeden z oficerów LWP, dziennikarz z podległej mi redakcji i… zaproponował, że spełni to życzenie dyrektorskie, ma znajomości wśród generalicji i dla niego to żaden problem, a zasługę będę mogła przypisać sama sobie! Szok mój był tak wielki, że po prostu pana oficera wyprosiłam z gabinetu. Ale następnego dnia apartamenty były już zamówione… Od tej pory, aby cokolwiek wskórać u przełożonej, musiałam o pośrednictwo prosić… podległego mi dziennikarza-oficera. Rozmowy na ten temat z wyższymi przełożonymi nie odniosły rezultatu, jedynie stały się bardziej lodowate. Nie liczyły się zmiany programowe, kadrowe, ba, nawet pierwsza transmisja satelitarna z Katynia. Wystawiłam całemu zespołowi godziwe honoraria za ten wielki wyczyn, mnie zaś – ukarano odebraniem premii. Za „samowolę programową”! Za 3-godzinną transmisję, pierwszą w dziejach Polski przeprowadzoną z terytorium Rosji!

Lustracja jest niezbędna
Osamotnienie – to najtrudniejsza sytuacja dziennikarza. „Pomagają” w tym odpowiednie służby: do tego służy plotka, pomówienie, donosy, anonimy, zastraszanie głuchymi telefonami, itp. Jak łatwo ludzie wierzą plotkom! Jak chętnie je rozpowszechniają.
Dowiaduję się ciągle, przez swoje kontakty z wojskiem, jak rozległa była inwigilacja środowiska – jak rozległe i głębokie wpływy budowały WSI w TVP, w Polskim Radiu, w czasopismach. Tam, gdzie nie warto było plasować swoich profesjonalnych konfidentów, starano się zatrudnić np. dewiantów albo uzależnionych od amfetaminy, albo po prostu niezwykle kochających mamonę prymitywnych, słabo wykształconych młodych ludzi. Oni godzili się bez oporów na wszystko, wykonywali wszelkie polecenia.
Znam tylko jeden przypadek, ogromnie ułatwiający zbudowanie jakiejś profesjonalnej współpracy, gdzie kolega przed laty sam przyznał się do tego, że był do 1989 r., tj. do weryfikacji, agentem wojskowego wywiadu. Dzisiaj marnie zarabia, stroni od ludzi, zajmuje się tylko swoimi telewizyjnymi zadaniami. Przynajmniej można spokojnie z nim pracować. Zabawnie do mnie „kablują” na niego jego właśni przełożeni – oficerowie WSI, ci sami, którzy w ostatnich tygodniach „ostrzegają”, że mają pokwitowania z IPN, że „nie ma ich na liście Wildsteina”… O, jak niezbędna jest rzetelna lustracja! Podobne przypadki znam z Polskiego Radia.
W mediach prywatnych profesjonalizm dziennikarzy jest szczególnie ceniony, znakomicie wynagradzany, pod jednym warunkiem: tu pracuje się dla komercyjnego nadawcy, a więc to on sam decyduje o kształcie programu, o zleceniach, wreszcie o wartościach, którym służy jego kapitał.
Jak więc można kontrolować media – tak, by służyły narodowi?
Przez uczestnictwo w demokracji, a więc w wyborach, przez świadomość obowiązków, jakie niesie dla każdego z nas wolność.
To my, czytelnicy, słuchacze czy widzowie możemy mieć wpływ na media – także przez świadome wybory, te dosłowne, czyli polityczne, gdzie mamy przecież swobodę decyzji wyborczych, a przez to wpływ na obsadę stanowisk politycznych. Stąd, z grup politycznego nacisku, przecież wychodzą późniejsze decyzje ustawowe – związane z mediami, ich strukturą, kontrolą, kierunkami programowymi, umożliwianiem pełnienia misji publicznych.
To my, płatnicy abonamentu radiowo-telewizyjnego, mamy prawo domagać się godnego traktowania jako słuchacze i widzowie. To z nami mają obowiązek liczyć się tak medialni decydenci, jak i dziennikarze, autorzy programów, przekazujący informacje.

Sprężyny dezinformacji
Jaka jest kondycja środowisk dziennikarskich w wolnej Polsce, w dramatyczny sposób ukazały nam wydarzenia ostatnich tygodni. Zmanipulowany program o jednoznacznych celach politycznych, oszukani widzowie. Ale to nie sam program stanowił największe zło, lecz rozmydlanie podstawowych pojęć etyczno-moralnych związanych z przekazem dziennikarskim, te setki kolejnych programów rozwadniających prawdę, skwapliwie zacierających granice dobra i zła, uczciwości i niegodziwości ekranowej… Dobro widza? O to już nikomu nie chodziło. Pierwszym celem szpiegowskiego programu zrealizowanego przez TVN było podkopanie popularności Prawa i Sprawiedliwości, tj. przeciwnika politycznego, jakim jest ta partia wobec postkomunistycznej grupy nacisku finansującej komercyjną telewizję TVN. Drugim celem stało się zdezintegrowanie środowiska dziennikarskiego, odsłonięcie jego marności, dyspozycyjności wobec układów władzy i mamony. Żenująca walka na sprzeczne ze sobą oświadczenia stowarzyszeń dziennikarskich. Nie doczekaliśmy się nawet szeptem wypowiedzianego „oficjalnego zdania” zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy… Spychani na margines, niedopuszczani do anten, jakby ich już nie było?
Widz został sam ze swoim lękiem. Wyważone programy telewizji publicznej nagle zaczęły mieć specjalnie wysoką oglądalność… Widz wie, że ma szukać tam, gdzie pozostaje mu nadzieja na uczciwie zagwarantowane prawo do bycia informowanym rzetelnie, może nie dość efektownie, niestety ospale, ale jednak rzetelnie.
W tym samym czasie nasiliły się ataki na prezesa TVP, pomówienia przenikają do wszelkich mediów. Zaczęto mu przypisywać najbardziej oczywiste winy poprzedników, tj. wyprowadzanie telewizyjnych pieniędzy na zewnątrz, do prywatnych firm producenckich – rzekomo kolegów prezesa. Nie jest to możliwe, choćby z tego względu, że w ciągu ostatnich 6 lat wyprowadzono już co tylko się dało! A żadne media jakoś nawet się nie zająknęły dotąd, że to obecny zarząd TVP wprowadził po raz pierwszy od początku istnienia tego publicznego nadawcy – kontrolę zewnętrznych umów. Sporządzany jest błyskawicznie spis prywatnych firm, którym od lat przelewano miliony, a to na montaże, a to za wynajem kamer itp., itd. Ktoś pierwszy raz podjął próbę zbadania, z kim i na jakich zasadach zawierano najbardziej kasowe kontrakty za telewizyjne, publiczne pieniądze, i czym się wtedy kierowano… Nie dziwmy się więc, że ataki na obecnych decydentów TVP pochodzą z tak wielu źródeł, że dziennikarze dostają wiele „różnych prawd” od swoich „zaufanych informatorów”, a to na temat polityków, a to na temat publicznych mediów. Byle nakręcać dalej sprężyny dezinformacji, byle potęgować dezintegrację i tak marnych, postkomunistycznych przecież, środowisk dziennikarskich – potęgować lęk, poczucie zagubienia i osamotnienia w odbiorcach mediów.
W tej sytuacji nikt jakoś nie zwrócił uwagi na typowy, postkomunistyczny wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, w sprawie ubiegłorocznego filmu TV Trwam pt. „Przystanek Woodstock – przemilczana prawda”. Na mocy tego wyroku TV Trwam przegrała swoją bitwę o prawdę. (Na pocieszenie pozostaje myśl, że tegoroczny reportaż o Przystanku Woodstock, zrealizowany znakomicie przez dziennikarzy TV Trwam, nie został zaskarżony mimo bardzo ostrych zdjęć, a na dodatek spotkał się ze świetnym odbiorem, także wśród…. dziennikarzy TVP. Słyszałam wiele dobrych opinii warsztatowych o tym programie od swoich przyjaciół dziennikarzy z redakcji przy ul. Woronicza!). To kolejna bitwa o dusze, o mentalność Polaków.
„Narzędziem, jakim Kościół posługuje się do osiągnięcia tego celu, jest jego nauka społeczna”.
Na najtrudniejsze sytuacje dziennikarskie od lat mam jedno i to samo lekarstwo: książeczkę w mocno już sfatygowanej okładce pt. „Serce pragnie sensu – motywy życia i nadziei”. Autor: Jan Paweł II.
Od mego dnia wolności, od spotkania z Ojcem Świętym na Jasnej Górze w 1991 r., zabieram tę książeczkę na wszystkie filmowe wyprawy, do Afganistanu, Rwandy, Mongolii, Konga czy w Ojczyźnie. Najlepszy przewodnik po życiu, po Polsce i całym świecie. Moim studentom dziennikarstwa polecam: to najprostszy podręcznik dziennikarstwa, który nigdy się nie zdezaktualizuje: „Nie gódźcie się na żadne ustępstwa tam, gdzie chodzi o prawdę i poszanowanie godności człowieka. To są zasady nowego świata”.
Anna T. Pietraszek, Nasz dziennik


Mój komentarz: patrz w tytule.nie.jpg

Reklamy

5 uwag do wpisu “Lamentacje zera

  1. @Olgierd: byłem (jeszcze, bo potem – ze względów całkowicie i wyłącznie ideowych – to się zmieniło) całkowicie bezpartyjny, gdy odebrałem już ze trzy ważne nagrody w mojej branży dziennikarskiej (popularyzacja nauki, była to m. in. bardzo ceniona nagroda im. Winawera oraz nagroda Komitetu Nauki i Techniki) i doszedłem do niebłahej funkcji kierownika działu w agencji prasowej AR. Nikt mnie nie pytał o przynależność partyjną w TVP, kiedy w 1961 roku zostawałem finalistą otwartego konkursu na prezenterów i otrzymałem od W. Sokorskiego – wraz z 11 innymi – prawo dowolnego wyboru miejsca pracy; wybrałem redakcję teleturniejów. Nikt mnie nie pytał o legitymację partyjną, gdy stawałem się jednym z bardziej znanych dziennikarzy w tym kraju. Niech ta damulka nie pieprzy: oczywiście, że odpowiednie instancje PZPR musiały wyrazić zgodę na zatrudnienie kogoś, powiedzmy, na stanowisku zastępcy naczelnego redaktora. Ale niżej? Zresztą mianować można kogoś funcyjnym; Kapuścińskim – się jest bez względu na aurę polityczną. Popatrzcie, wymienię same sławy telewizyjne z tamtych lat: Ryszard Serafinowicz – bezpartyjny, Bolesław Kielski, Jerzy Wunderlich, Lech Pijanowski, Wojciech Pijanowski, Michał Sumiński, Rafał Skibiński – bezpartyjni, Jan Suzin – ciężko bezpartyjny, Edyta Wojtczak – bezpartyjna… Szef Teatru Polskiego Radia, Juliusz Owidzki – jak wyżej. A redaktorzy naczelni „Życia Warszawy” czy „Słowa Powszechnego”, czy prasy tzw. ludowej? Żaden nie był partyjny!
    Oczywiście, byli i tacy, których PZPR „kierowała do dziennikarstwa”. Czasami nawet wyrastali z nich dziennikarze całą gębą, jak pod koniec lat 60-tych „desant z ZHP” do telewizji. Byli i tacy, którzy wstępowali do PZPR dla kariery lub lekko przyciśnięci przez szefa, bowiem rzeczywiście mogło to przyspieszyć awans zawodowy. Ale gwiazdą i autorytetm dziennikarskim w ten sposób zostać nie było można; ani wtedy, ani dzisiaj. Bo to zależało wówczas i zależy nadal od czytelników/widzów.
    A studia wyższe w PRL nie były żadnym rarytasem. Były całkowicie dostępne (w każdym razie gdzieś tak od 1955 roku) dla każdego, kto przyzwoicie zdał egzamin. Z akademikiem za fryko i przyzwoitym stypendium; osobiście miałem tzw. naukowe, które mi całkowicie wystarczało na studenckie (dobre, wesołe i wolne) życie. Przedtem faktycznie pochodzenie społeczne z „niewłaściwej” rodziny czy posiadanie krewnych zagranicą było defektem (też wiem coś o tym, bo sam koniec stalinizmu musiałem z tych właśnie powodów przesiedzieć „w lodówce” na kursie kreśleń technicznych). Ale potem? Wręcz trwała łapanka na studia, do których – z różnych względów – wcale się młodzież tzw. robotniczo-chłopska nie pchała. Było mało uczelni, za to z o wiele wyższym poziomem, to fakt, więc i miejsc było mniej; ale czy dziś dostęp (za ciężkie na ogół pieniądze) do jakiejś szkółki typu Wyższa Chrześcijańska Szkoła Gotowania na Gazie, Dziennikarstwa i Zawracania Wisły Kijem coś komukolwiek daje, poza tytułem licencjata, z którego każdy przedsiębiorca się śmieje i gotów jest takiemu „lic.” zaproponować co najwyżej posadę… czyściciela podłóg?
    Kochani młodzi czytelnicy: daliście sobie w kwestii PRL zrobić wodę z mózgów. Zrobili ją m. in. ci dziennikarze, którzy jakoś muszą odreagować niegdysiejszy brak powodzenia zawodowego. Który to brak sukcesu w 90% przypadków wynikał z braku wiedzy lub niedostatków warsztatowych delikwenta. Dziś byle łajza, której z litości się nie pogoniło na cztery wiatry (a trzeba było…) rżnie głupa i robi z siebie autorytet moralny.
    Powiem wam, że mało co mnie tak brzydzi.

    Lubię to

  2. Ja jestem w stanie uwierzyć, że kiedyś dziennikarstwo tak wyglądało. Czy u Wajdy dłuuugachne korytarze przy Woronicza prezentują się inaczej? Czy studia wyższe w PRL nie były takim rarytasem, że je ludziom raczej dozowano?

    Smuci mnie to, że p. Pietraszek – którą znam z pracy w „Foto” w l. 80-tych (tj. ona tam pracowała, zresztą z Janem Marią Jackowskim, a ja to „Foto” czytywałem) oraz z reportaży o górach – w końcowych akapitach jakby skłaniała się ku pochwale podobnej wizji telewizji współczesnej.

    Lubię to

  3. Najkrócej można to streścić tak: wszędzie spiski i układ(rozwlekle), gwiazda Dawida na piersiach Rywina(bardzo istotny szczegół na który wszyscy muszą zwrócić uwagę). Żałosne majaczenie. Ciekawi mnie jak osoba która podróżowała w tych czasach do Nepalu itd zatrudnia się jako… pomoc domowa 😀 Tragedią jest sam artykuł, ale jeszcze większą jest to że na pewno pokaźna część czytelników w to uwierzy. Jakby nie patrzeć kraj schodzi na psy. Skoro wykładać na uczelniach wyższych mogą w nim tacy „dziennikarze”, albo osoby które nie wiedzą gdzie leży Madryt.

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.