Zatem chwila wspomnień

„Na ogólne życzenie”… dwóch osób: chwila przerwy w polityce – czy aby na pewno? – przeznaczona na wspomnienia a propos znajomości języków w kontekście Minionej Epoki. Otóż w Koszmarnych Czasach PRL-u (niewtajemniczonym & młodym wyjaśniam, że to taka parodia ironicznego zwrotu, używanego przez nas Wtedy; zwrot ten brzmiał w oryginale w koszmarnych czasach sanacji i był obowiązkowym niemal tekstem w publicystyce. Ironia losu polega na tym, że dzisiejsza prawicowa propaganda niemal dokładnie powtarza tamte szymle…) w miarę dorosłe życie rozpocząłem w niezłym towarzystwie. Wspominki okraszam wizerunkiem naszego marzenia z tamtych czasów: pojzadu marki Warszawa.

Miałem pod koniec szkoły średniej (były to lata 1952-1953; Wielki Językoznawca za chwilę odkorkuje – 5.03.1953 – ale jeszcze przez jakiś czas będzie Naszym Słoneczkiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami; słowem, mówimy o okresie raczej trudnym) znakomitego nauczyciela historii. Pochodził z wielkiej rodziny ziemiańskiej o wspaniałych tradycjach, nazywał się Wojciech Wyganowski (jego kuzynem był niedawny prezydent Warszawy) – i myślę, że wszyscy dotychczasowi ministrowie oświaty ze szczególnym uwzględnieniem Konia-Który-Mówi uznali by go za antymodel pedagoga. WW czyli Mops uczył nas bowiem jedynie tego, co sam lubił: a z historii lubił wyłącznie epokę Joanny D’Arc. No, jeszcze tolerował starożytną Grecję. Co więcej, dziwnie postępował z uczniami: zamiast drzeć mordę i wymagać, zapraszał nas – nie wszystkich, to była pewna elita, ale jednak dość liczna – do swej pięknej willi w ekskluzywnej Podkowie Leśnej, gdzie jego urocza żona częstowała gości lodami i herbatką i gdzie swobodnie mogliśmy porozmawiać o tym, co Mopsa interesowało naprawdę: o literaturze. I to nie o żadnej socrealistycznej, ale o tej wyklętej: Kafce, Szulcu i tak dalej. Mops bowiem sam pisywał – bardzo dobre zresztą, poźniej wydane – teksty w tym właśnie stylu, w których, ku naszej zrozumiałej radości, wytwornie wcierał w ziemię najbardziej Oddane Sprawie Socjalizmu damy z pokoju pedagogicznego, czyli tzw. Ciotki Rewolucji (wyjaśniam: to samo, co dziś Moherowe Berety, tylko a rebours).

No więc Mops był starszy ode mnie dokładnie o 32 lata; to dość istotne. Jakoś my dwaj polubiliśmy się specjalnie – może dlatego, że lubiłem mu się sprzeciwiać: daleko ciekawsza od dziejów Świętej Joanny wydawała mi się zawsze bezpośrednio je poprzedzająca epoka upadku dynastii Kapetyngów, czyli czasy od śmierci Filipa VI do wybuchu Wojny Stuletniej. Co więcej, od Kafki (młody idiota byłem, i tyle) znacznie bardziej lubiłem wówczas… Żeromskiego. No i wchodziłem z Mopsem w spory… A na dodatek wykłócałem się – co do dziś uważam za słuszne – że matematyka jest ciekawsza i ważniejsza nawet od przebiegu bitwy pod Crecy. Zamiast mnie „ustawić do pionu”, Mops ze mną zaczął poważnie dyskutować…
Zaowocowało to wszystko pewnego razu zaproszeniem mnie do niebywale ekskluzywnej – jak się okazało – willi w podwarszawskim Komorowie, której właścicielem był wspomniany w jednym z poprzednich postów red. Tadeusz Malanowski. Miłośnikom genealogii wyjaśniam, że Malanowscy – to też wielka rodzina szlachecka o wspaniałych tradycjach. Tadeusz – jak pisałem – był szefem Biuletynu Ekonomicznego PAP i niesłychanym poliglotą, biegle władającym 16 językami; w życiu spotkałem (choć to słowo: spotkałem wyjątkowo tutaj wprowadza Czytelnika w błąd, ale mniejsza z tym) jednego tylko człowieka, który był w tej konkurencji lepszy, i to dużo…

Wróćmy jednak do Tadeusza. Był on o 16 lat starszy ode mnie. Tak więc ułożył się taki ładny ciąg „wiekowy”: 16 lat (ja) – 32 lata (Tadeusz) i 48 lat (Mops). Przez jakieś dwa lata tworzyliśmy trójkę nierozłączną. Potem Mops jakoś odskoczył, bo się wyprowadził z Podkowy, z Tadeuszem zaś przyjaźniłem się wiele lat, aż do jego śmierci. Spotykaliśmy się u Tadeusza po kilka razy w tygodniu.

Cóż to były za spotkania! Właściwie mogę powiedzieć, że ukształtowały one całe moje dalsze życie, a w każdym razie smak literacki i artystyczny. Poza nami trzema uczestniczyli w nich także wielki pisarz Wojciech Żukrowski i poeta Lucjan Kaszycki. Siadywaliśmy na cudownych skórzanych fotelach w wielkiej bibliotece, pełnej od góry do dołu tysięcy książek, Kaszycki czytał swoje najnowsze tłumaczenie poematu „Kruk” Edgara Allana Poego, Żukrowski i Wyganowski swoje opowiadania, Tadeusz – tłumaczenia jakichś opowiadań grozy Rudyarda Kiplinga (z angielskiego) czy Rogera de l’Isle Adama (z francuskiego), potem wymienialismy na ten temat poglądy…

Tu mała dygresja. Kiedy byłem tam po raz pierwszy – uderzyła mnie liczba słowników na tych półkach. Było ich co najmniej kilkadziesiąt, w tym kilkanaście angielskich. Nie byłem w stanie pojąć: po co to? Przecież wystarczyłby jeden…

Dziś na mojej półce jest dokładnie tak samo. Wróćmy jednak do tamtych czasów.

Piliśmy wspólnie dobre czerwone wino i paliliśmy cygara. Bywał też dobry francuski koniak. Czasami była whisky, ale to wówczas był niesamowity rarytas, więc tylko od święta. Ja, wchodzący w życie nastolatek, byłem przez tych tytanów intelektu traktowany jak dorosły. Nigdy żaden z nich nie zwrócił mi na nic uwagi, nawet kiedy mówiłem głupstwa. Zawsze ze mną rozmawiali jak z równym – i wymieniali poglądy, szanując moje; nawet te bezsesnowne.
Tadeusz lubił się popisywać swoją niesamowitą pamięcią i znajomością języków. Najlepszy jego „numer” – gdybym nie był świadkiem i uczestnikiem, to bym w realność tego nie uwierzył – polegał na tym, że ktoś brał dowolną książkę z półki (musiała być w obcym języku) i otwierał na dowolnej stronie. Następnie Tadeusz patrzył na tę strone przez minutę, oddawał książkę „kontrolerom” (czyli nam), potem zaś – z pamięci! – tłumaczył tę stronę na polski. Nigdy się nie pomylił. Nie „dukał”, nie stękał. Mówił „z czapy” najpiękniejszą literacką polszczyzną.
Tak to zabawialiśmy się w koszmarnych czasach PRL-u. One nas po prostu w najmniejszym stopniu nie obchodziły, mieliśmy je generalnie w nosie, były dla nas nieobecne. Władze coś tam pieprzyły, gazety te nudne pieprzenia drukowały, telewizji nie było, w radiu słuchaliśmy klasyki i Music USA z wielkim Willisem Conoverem – i żyliśmy cudownie w ściśle wyizolowanej intelektualnej wieży z kości słoniowej. Bo – wbrew dzisiejszym sądom – można było. Naprawdę, nie wszyscy byli wtedy w opozycji – i nie wszyscy ową opozycję maltretowali. Nie jest prawdą, że świat dzielił się na katów i ofiary. Były enklawy nie tylko normalności, ale wręcz cudownego życia.

I czasami tak sobie myślę: czy nie jest to również jakaś recepta na nasze Dziś?

Ktoś może powiedzieć: było wam łatwo. Z tej opowieści wynika, że obracałeś się, bracie, wśród ludzi, którzy nie musieli się troszczyć o byt. Pisarze, poeci, dziennikarze… Ludzie, którzy zachowali jeszcze sprzed wojny przynajmniej część ogromnych niegdyś majątków…
Tak, to prawda. Ludzie kultury zarabiali wówczas bardzo dobrze; gdy zaś mieli jeszcze jakieś dobra rodzinne…

Niemniej Tadeusz do swych dziennikarskich wierszówek jeszcze musiał dorabiać. Miał na utrzymaniu dwoje dzieci i tę ogromną willę; wprawdzie jego żona też pracowała, ale jednak na to wino i cygara trzeba było więcej. Więc uczył języków. Któregoś dnia jednak powiedział mi, że coraz więcej ma tych prywatnych lekcji, a jakoś pieniądze mu przepływają między palcami i nie widzi specjalnych efektów swojej ciężkiej przecież pracy. Spytał mnie: co ja o tym sądzę?

Roześmiałem się. Sprawa była niesłychanie prosta. Tadeusz za godzinę pracy brał dość niewiele – 30 ówczesnych złotych. Byłoby to jednak w sumie sporo, gdyby nie to, że lekcje odbywały się nie u niego, ale na mieście, w Warszawie. Jeździł zaś do swych uczniów… wyłącznie taksówka, płacąc średnio za dojazd 20-25 złotych. Zarabiał więc na godzinie nauki – powiedmzy, francuskiego – 5-10 zł. Tyle, co szatniarz w „Bristolu” za podanie palta…

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Zatem chwila wspomnień

  1. Pewnego razu, zupełnie przez przypadek, dołożyłem do zamówienia książkę Wojciecha Wyganowskiego. Ze względu na jawność tego wpisu nie chciałbym zbyt wiele pisać na ten temat. Fakt, że znalazłem w internecie osobę, która znała tego pisarza osobiście, nie jest już przypadkiem. Bardzo proszę Pana o kontakt i pomoc. Przez kilka nocy osoba Wojciecha Wyganowskiego stała się mi bardzo bliska. Czujemy świat w ten sam sposób. Mój mail to magocz1 (małpa) o2.pl Bardzo zależy mi na kontakcie z Panem. Pozdrawiam

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.