Afera z „Tageszeitung”

TAZ logoNiemieckie dość skrajnie lewicowe pismo „Tageszeitung„, w skrócie zwane TAZ – niszowe zresztą, bo o niewielkim jak na Niemcy nakładzie 60.000 egz. – zamieściło niedawno (26.6) artykuł o naszym pięknym kraju, który wywołał prawdziwą burzę. Niewykluczone, że stał się jedną z przyczyn nagłej „choroby” prezydenta Kaczyńskiego i zerwania przezeń spotkania tzw. trójkąta weimarskiego; warto zaś zauważyć, że zarówno prof. W. Bartoszewski, jak i b. premier L. Miller powiedzieli zgodnie mniej więcej tyle, że jest to spotkanie, na które należy jechać nawet wówczas, gdy się leży na łożu śmierci. Aby moi Czytelnicy mogli sobie wyrobić zdanie o inkryminowanym tekście, zamieszczam za „Gazetą Wyborczą” jego tłumaczenie.

Nowy polski kartofel. Złodziejaszki, co chcą zawładnąć światem

Peter Köhler

Niemiecka publika nie wierzyła własnym oczom – polski prezydent wcale nie był niższy od niemieckiego. Jakiś polityk zza Odry, który dumnie podaje niemieckiej pani kanclerz nogę. Niemcy przecierali swoje błękitne oczy ze zdumienia i nie dowierzali uszom, gdy Lech Kaczyński w marcu dumnie przyjechał do Berlina, a w maju nie odpowiadał na uśmiechy niemieckiego prezydenta na warszawskich targach książki.

Wiadomo jednak, że Kaczyński chełpił się tym, że przez lata żadnemu niemieckiemu politykowi nie podał nawet palca. Wystarczająco często trąbił, że w ogóle nie zna Niemiec poza spluwaczką w męskiej toalecie na lotnisku we Frankfurcie. Wiadomo, że urodzony w 1949 r. Kaczyński reprezentuje to trudne pokolenie, które jeszcze przed swoimi narodzinami zostało przez Niemcy ukąszone. Jest jasne, że w negatywnym światopoglądzie Kaczyńskiego od średniowiecza każdy Niemiec konno prze na Wschód. Ale w Niemczech uważa się takie poglądy za od dawna przestarzałe stereotypy i nikt nie pytał polskiego prezydenta podczas wizyty w Berlinie, z jakiego kraju pochodzi jego luksusowa limuzyna.

U nas w kraju wykształcony prezydent ma suwerennie poruszać się ponad podziałami. W Polsce władca (dosłownie właściciel państwa – red.) ma działać z zębami na wierzchu: ma zmiażdżyć niemiecko-rosyjski rurociąg bałtycki, musi zdusić w zarodku planowane w Berlinie Centrum przeciw Wypędzeniom tych obrzydliwych Niemców i obedrzeć ze skóry Powiernictwo Pruskie, które domaga się zwrotu za czynsze w dawnych Strefach Wschodnich (chodzi o tzw. Ziemie Odzyskane). Już przecież Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy lekką ręką kazał sporządzić 700-stronicowe, nafaszerowane faktami studium o zniszczeniu przez Niemców stolicy Polski i wielkimi literami zażądał 54 mld dolarów reparacji.

W Polsce wielu ludzi darzy wielką nieufnością wszystko, co Polską nie jest. Odkąd Lech Kaczyński jako dwunastolatek ze swoim bratem bliźniakiem w filmie „O dwóch takich, co okradli księżyc” odstawił wiele błazeństw, bliżej mu na księżyc niż do Niemiec i Rosji. Rosja wcisnęła Polsce kciuki komunizmu w tyłki, a od lat 70. bracia Kaczyńscy chcieli socjalizm wykoleić.

W 1980 r. obydwaj absolwenci prawa (Lech zrobił nawet doktorat i został się nawet polskim profesorem) pomagali przed sądami strajkującym stoczniowcom w Gdańsku. Lech, który podczas studiów prawa i ustaw musiał był coś przeoczyć, został w 1981 r. internowany i siedział rok o chlebie i wodzie.

Godzina Lecha Kaczyńskiego wybiła w 1989 r., gdy upadł komunizm i ster przejął Lech Wałęsa. Dzięki pomocy założonego przez siebie Porozumienia Centrum dochrapał się fotelu w Sejmie, zakonserwował się później jako profesor prawa i w 2000 r. został na kilka miesięcy ministrem sprawiedliwości. I gdy Janusz Pineiro ogłosił, że bracia Kaczyńscy, zakładając PC, brali pieniądze z budżetu państwa, okazał się na tyle sprytny, by nie dać sobie nic zarzucić.

PC stało się i tak starą pieśnią, bo bracia Kaczyńscy powołali na scenę nowy związek, partię Prawo i Sprawiedliwość. Dzięki niej w 2002 r. szlachetny Lech został bossem Warszawy. Prawy Jarosław zagarnął dla siebie w 2005 r. podczas wyborów do parlamentu największego kartofla, zręcznie jednak zacisnął zęby i zrezygnował z urzędu premiera, i wyczarował z pustej ręki Kazimierza Marcinkiewicza. Lech ruszył do boju po najwyższy atrybut władzy i pod koniec 2005 r. posiadł prezydencki fotel.

Bracia Kaczyńscy z wielką energią chcą sprzątnąć ostatnich komunistów z kraju i społeczeństwa. Dlatego parlament ma bez szemrania przyjąć sto ustaw, nie stając przy tym rządowi okoniem. Wzorem do naśladowania dla Kaczyńskich był twórca Polski z 1919 r. Józef Piłsudski, który w 1926 r. odkrył sterowaną demokrację i do 1935 r. napędzał półfaszystowski reżim wojskowy. Tak jak Piłsudski Kaczyńscy są polscy do szpiku kości. Obaj udowodnili, że z przodu i z tylu są czyści. Lech zabronił mężczyznom w Warszawie paradować z gołymi tyłkami, Jarosław zaś mieszka z własną matką, ale przynajmniej bez ślubu.


Mój komentarz:tekst jest faktycznie dość jadowity i napisany z charakterystycznym niemieckim – ciut, powiedzmy sobie, kapralskim – poczuciem humoru. Ale jestem absolutnie pewien, że gdyby np. NIE (w końcu: kilkaset tysięcy nakładu!) napisało coś w tym stylu o Angeli Merkel – żadnej reakcji ze strony zachodniego sąsiada by nie było. W „tamtym świecie” już przyzwyczajono się, że to, co pisze prasa wcale nie musi pokrywać się – i najczęściej: nie pokrywa się w najmniejszym stopniu – z opinią rządu.

Prasa jest niezależna od władzy w cywilizowanym świecie – i nikt, żaden prezydent, mułła czy papież, nie jest wyłączony spod krytyki; która to krytyka może być także stronnicza, niezasłużona i niesprawiedliwa. I tak ma być.

Jeden lubi ser szwajcarski, drugi jak mu się nogi pocą – jak mawiała z tzw. słuszną racją jedna z moich ś.p. teściowych; i w wolnym świecie i jeden i drugi ma prawo dawać swoim upodobaniom wyraz. Tak więc – choć z pewną osobistą niechęcią i niejakim niedowierzaniem – dopuszczam nawet myśl, że ktoś może lubić Przemysława Edgara albo Wojciecha W.

BTW wczoraj w TVN24 Janusz Rolicki wysunął przypuszczenie, które w pierwszym momencie wydało mi się przesadne: że pan prezydent zachorował nie tylko na niemiecką niestrawność, ale także… żydowską. Otóż mamy rocznicę haniebnego wymordowania Żydów w Kielcach – i panu prezydentowi bardzo nie na rękę byłoby ponoć zjawić się na obchodach. Być – i próbować ten mord jakoś usprawiedliwiać i zwalac na innych, po prostu nie można: byłby to oczywisty dowód polskiego antysemityzmu. Z kolei wypowiedzieć się niedostatecznie po dmowskiemu – to narazić się Giertychm i Rydzykom; tak żle, i tak niedobrze. W tej sytuacji cóż pozostaje? Dysfunkcja jelit, mówiąc nadzwyczaj elegancko.

I to jest dokładnie to, czego życzę całej wierchuszce naszej najprzeukochańszej koalicji w zbliżającej się kampanii wyborczej do samorządów, howgh.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Afera z „Tageszeitung”

  1. Wciąż z Sz. Pana wyłazi, obawiam się, ta cholerna, idiotyczna, błazeńska i – w tle – niestety dyskwalifikująco antysemicka i homofobiczna UPR z jej fobiami antyzwiązkowymi. Jeśli kogoś w mojej ukochanej Wielikobrytanii naśladować (poza uwielbianą przeze mnie królową, ale ona jest poza wszelką konkurencją), to burmistrza Londynu, Kena Livingstone’a. Oto moja sympatia. A na dźwięk słowa konserwatyzm odbezpieczam pistolet, poważnie. A liberalizm – jak najbardziej i do spodu, ale wyłącznie obyczajowo. W ekonomii – jedna zgroza. Socialism o muerte! (:-)))

    Lubię to

  2. tak, ja też jestem (raczej) za Danią. nie zapominając, że dania jest więzieniem
    no to może jednak za Anglią Maggie Thatcher.
    czas wprowadzić konserwatywny Liberalizm!;-)

    Lubię to

  3. Nie ulega kwestii: pod tym względem (i paroma innymi) – nie ma porównania. Wolność słowa i wypowiedzi (bez względu na nasze narzekania) – całkowicie inna. Otwartość na świat – jak wyżej. Barwność życia – idem. Tylko z paroma rzeczami trochę gorzej; a one są jednak dla wielu ważne. To przede wszystkim bezpieczeństwo socjalne; i ja rozumiem oczywiście, że „każdy jest kowalem swojego losu”, ale nie mogę nie zauważyć, że nie każdy potrafi kuć. To co, ma zdechnąć?

    Dlatego będąc zdecydowanym przeciwnikiem państwa totalnego (które – okazuje się – tkwi jednak w naszej mentalności i usiłuje się odrodzić w formie narodowo-katolicko-kapitalistycznej, jest po prostu ponadustrojowe – czy może pozaustrojowe?) jestem jednak za ingerencją w dystrybucję dochodu narodowego – tak, by rudymentarne potrzeby społeczne były zaspokojone w sposób maksymalny, na jaki nas stać.

    Chodzi mi przede wszystkim o równy, powszechny i bezpłatny na wszystkich szczeblach dostęp do edukacji. Mogę dyskutować, czy np. student nie powinien płacić ciężkiej forsy za oblany egzamin albo zawalony rok; ale wejście do szkoły musi być bezpłatne i dostępne dla zdolnej córki zapijaczonego robola.

    Chodzi mi o nakłady państwowe na naukę. Nie może być tak, że profesor uniwersytetu zarabia mniej niż sekretarka w dobrej firmie; BTW, był taki projekt dyrektywy europejskiej, który zakładał stałą państwową siatkę płac w całej Unii, m. in. celem ograniczenia migracji zarobkowej; w siatce tej wzorem miało być wojsko (w danym kraju) – otóż m. in. debiutujący nauczyciel szkoły podstawowej i debiutująca pielęgniarka mieli mieć pensje porucznika, nauczyciel liceum, pielęgniarka po 2 latach pracy i debiutujący lekarz – kapitana dowodzącego kompanią, asystent na wyższej uczelni i lekarz po roku pracy – majora dowodzącego batalionem. Adiunkt miał mieć pensję dowódcy pułku, pierwszy stopień profesorski – generała dowodzącego dywizją, rektor wyższej uczelni – tyle co głównodowodzący w danym kraju ze wszystkimi dodatkami. Wiem, że to całkowicie nierealne – ale jakie piękne! Minister w tej siatce czy parlamentarzysta był ulokowany jako podpułkownik…

    Chodzi mi oczywiście o służbę zdrowia. Na leczenie musi być stać każdego nawet zrujnowanego bezrobotnego.

    Chodzi mi też o system podatkowy, który uniemożliwi (w pewnej mierze) powstawanie fortun rodzinnych; w niektórych bardzo bogatych i wysoko rozwiniętych krajach można ponoć powyżej pewnej – oczywiście, bardzo znacznej, liczonej w milionach czy dzisiątkach milionów dolarów – zapłacić nawet 99,9% podatku spadkowego.

    Przepraszam za to kredo polityczne; pewno dla wielu „komusze”. Dodałbym do tego jeszcze konieczność ścisłego oddzielenia spraw wyznaniowych od wszelkich innych, zakaz wydawania jakichkolwiek dyrektyw o charakterze „moralno-etycznym” (naturalnie: poza „normalnym” kodeksem karnym…) – i już możemy jechać do Danii, co nie? A tam chyba monarchia?

    Lubię to

  4. coż… niemieckie poczucie humoru — zaczyna być popularne, wręcz powszechne wśród naszych tzw. polityków.
    a sraczkę — to się często ze strachu ma; a nie z czytania gazet. gazety służą (wtedy) do czego innego.
    (skoro już…;-)
    ……………..
    no i coś optymistycznego:
    taka informacja — za Kommuny (tfu!)… ze skrzypiącego odbiornika… albo wcale.
    (albo po pół roku, przeszmuglowana w walizce z paryża…)
    prawda, że Lepiej jest?:-)

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.