Tych prezesów znałem

czerwona kartkaPo nominacji Wildsteina na prezesa TVP zacząłem się zastanawiać, do którego ze znanych mi włodarzy Radiokomitetu (za moich czasów radio i telewizja stanowiły jeden organizm) byłby on najpodobniejszy. A znałem ich – lepiej lub gorzej – wielu, od Włodzimierza Sokorskiego (pierwszego w ogóle szefa tej instutucji) poczynając, na osławionym "Siwym", czyli płk Mirosławie Wojciechowskim i Jerzym Urbanie (za niego już mnie w TV nie było) kończąc. W zamieszczonym poniżej zestawie wypowiedzi o Wildsteinie Jerzy Wenderlich z SLD przyrównuje nowego prezesa do Sokorskiego. Nie zgadzam się z ta opinią.

Za czasów Sokorskiego publiczna telewizja dopiero powstawała. Dla wszystkich – w tym, co istotne, dla władzy – była swoistym dziwowiskiem, trochę niepoważnym. Taką babą z brodą. Nic dziwnego, że patrzono na nią z przymrużeniem oka i przez bardzo długi czas w ogóle nie była ona – przynajmniej jak na warunki PRL – obiektem jakichś szczególnych nacisków politycznych. Te pojawiły się dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy widownia telewizyjna sięgnęła dwóch milionów ludzi i politycy zorientowali się, że staje się coraz silniejszym narzędziem oddziaływania na opinię.

Sam Sokorski – wbrew sądowi Wenderlicha – nie był żadnym politrukiem i zamordystą. Był kompletnym – jak to się dziś mówi – luzakiem, w dodatku bez żenady cynicznym i absolutnie bezideowym. Sam pamiętam wielkie zebranie tzw. aktywu programowego, na którym Wuj Chłodek (zgadnijcie, dlaczego tak go nazywano…) grzmiał straszliwie przeciw modernizmowi i formalizmowi w sztuce, aby schodząc z mównicy powiedzieć – niby półgłosem, ale słyszalnie i wyraźnie – no i dobra, ale u mnie i tak będzie w gabinecie wisiała reprodukcja Picassa. Program telewizyjny w gruncie rzeczy interesował go bardzo umiarkowanie, stosunki zaś międzyludzkie w Firmie redukował w istocie do bardzo konkretnego zainteresowania urodą prezenterek. Znany był z tego, że potrafił jednego dnia podpisać dwa kompletnie sprzeczne dokumenty: on ich po prostu na ogół wcale nie czytał.

W efekcie… program był z początku doskonały. Tworzony przez wysokiej klasy pasjonatów, intelektualistów i inteligentów, często "zesłanych" z powszechnie wówczas słuchanego i ważnego dla władzy radia do "nieważnej i błazeńskiej" telewizji. To za czasów Sokorskiego Słotwiński i Hanuszkiewicz stworzyli "Teatr Telewizji", Illa Genachow "Kobrę", Wasowski i Przybora "Kabaret Starszych Panów" – żeby wymienić tylko te powszechnie znane osiągnięcia. To wtedy właśnie Ryszard Serafinowicz przy skromnej pomocy uczącego się rudymentów zawodu niżej podpisanego robił oryginalne w skali światowej (dziś nie do pomyślenia: same kupowane za ciężkie pieniądze "formaty") teleturnieje. To wtedy błyskotliwe komentarze literackie wygłaszał prof. Marczak-Oborski, w dziennikarstwie politycznym brylowali Karol Małcużyński, Edmund Męclewski, Grzegorz Jaszuński… To wtedy z literatami niepokornie zgoła rozmawiał Aleksander Małachowski.

Jednym słowem: uznałbym Sokorskiego wręcz za sprawcę Złotego Wieku telewizji – gdyby nie jedno. Gdyby nie to, że jego nieskończony konformizm i "tumiwisizm" spowodował co najmniej brak reakcji (jeśli nie skłonił go do udziału w tej hecy) na bardzo daleko idące czystki personalne w roku 1968 i następnych kilku latach. Wywalono wtedy, wyjechało lub co najmniej na kilka lat zerwało współpracę z TV dziesiątki wybitnych twórców. Ten epizod Sokorskiego dyskwalifikuje niestety całkowicie.

Ale Wildstein – sądząc po jego dotychczas znanym mi obrazie – w żadnym wypadku Sokorskim nie będzie. Jest tak wyrazisty, że program z pewnością nie będzie mu "zwisał". On będzie nim rządził.

I raczej myślę, że będzie podobny w działaniu do następcy Wuja Chłodka, czyli do słynnego Macieja Szczepańskiego, ksywa "Krwawy Maciuś". Ten dziennikarz prasowy (pierwsze podobieństwo) ze Śląska, ze sporym dorobkiem twórcy lokalnej gazety, z której potrafił zrobić oipiniotwórcze pismo ogólnopolskie, był niewątpliwym fachowcem medialnym. Był też – podobnie jak BW – człowiekiem bardzo inteligentnym. I – kolejne podobieństwo – był fanatycznie zaanagażowany ideowo; jego wierność idei socjalizmu i osobiście Edwardowi Gierkowi była wręcz już nie synowska (często mówiono o nim Trzeci Syn, choć nie był żadnym krewnym Pierwszego), ale psia. Był w dokładnie tym samym stopniu "na lewo", jak dziś Wildstein jest "na prawo".

Był też Szczepański świetnym organizatorem (zobaczymy co pokaże BW…), który z przaśnej i bardzo prymitywnej technicznie telewizji Sokorskiego zrobił medium profesjonalne i doskonale wyposażone. Zrobił to jednak postępując z ludźmi niezwykle brutalnie. Potrafił wywalić w ciągu dziesięciu minut z pracy dość znanego reportera sportowego, który w toku żywej relacji użył zwrotu "wynik meczu 0:0, do przerwy był remis"; Szczepański, wysłuchawszy przypadkiem tego zdania, dostał ataku furii i stwierdził, że z idiotami pracować nie zamierza. Zadzwonił z jachtu, na którym akurat pływał po Bałtyku, do dyrektora personalnego i jeszcze tego samego dnia ten dziennikarz nie pracował. Potrafił też – nie licząc się z prawem – zwolnić chronionego działacza związkowego za opowiedzenie publicznie bardzo niewinnego dowcipu o Gierku. Wywalił z pracy dziennikarza, który w relacji na żywo wymienił nazwisko Piłsudskiego. Rozwiązał całą redakcję rozrywki i posłał na zieloną trawkę komplet jej personelu – od szefa do sekretarki – gdy jeden z reżyserów dość niefrasobliwie (ale rzeczywiście poważnie) przekroczył preliminarz jakiegoś programu, inny zaś pokazał na antenie gołą panienkę, wystylizowaną na słynne zdjęcie Marilyn Monroe… Zwracał uwagę i pieklił się o absolutne drobiazgi, jak wyraz twarzy robotników na planszach przerywnikowych w dniu wyborów do Sejmu (ma być, k…, radosny, towarzysze!), tonację utworu Szopena, nadawanego po wystąpieniu Gierka ("dlaczego, k…, w smutnym moll, a nie radosnym dur?). Ale za drugiej strony na miejsce wyrzucanego z pracy fachowca zatrudniał z reguły obiektywnie zawodowo niegorszego; potrafił też otaczać się dobrze opłacanymi doradcami i ekspertami (którzy dziś przyznają się do tego bardzo, ale to bardzo niechętnie, więc ich nazwisk – niekiedy wielkich, zapewniam! – nie wymienię…)

Wśród następców Sokorskiego i Szczepańskiego nie było już ludzi tak barwnych. Józef Barecki, niezły dziennikarz z Wybrzeża, były naczelny "Trybuny Ludu", był szefem chyba miesiąc i nie dał się poznać w ogóle. Zbigniew Balicki, ponoć też dziennikarz, ale głównie aparatczyk partyjny z Wrocławia, funkcjonował w przełomowym roku 1980 na zasadzie kompletnego pogubienia i podporządkowania Wydziałowi Prasy KC. Dość wyrazisty był jeszcze dr Władysław Loranc – lewicowy intelektualista, typowo "profesorski", zupełnie nienadający się do zarządzania, irytujący publiczność swoimi śmiertelnie nudnymi pogadankami "Proste pytania", które – całkowicie bezkrytycznie – uważał za "cenny wkład w walkę ideologiczną". Hołdował dziwnemu mniemaniu, że telewizja powinna być adresowana wyłącznie do ludzi z najwyższej półki intelektualnej, co w jego czasach było już oczywiście kompletnym anachronizmem. Delikatny i wrażliwy, choć bardzo jednoznaczny w swoich ortodoksyjnie lewicowych poglądach, nikomu krzywdy nie zrobił.

Po nim były krótkie czasy rządów "p.o." – nominacji nie dostał – Jerzego Bajdora, dobrego fachowca, silnie związanego ze środowiskiem filmowym. Wspominam go osobiście mile: potrafił w rozmowie ze mną, człowiekiem bardzo mu mało znanym, z całą szczerością wyszydzić telewizyjnych gorliwców, którzy właśnie szykowali się do ostatecznej rozprawy z "nieprawomyślnymi" (albo choćby tylko o to podejrzewanymi). Nie dopuścił do takiej rozprawy – i został "zdjęty".

Potem nadeszły czasy rządów wojskowych: szkoda gadać. Skończyło się to panowaniem płk Mirosława Wojciechowskiego, wprawdzie przedtem mającego styczność z dziennikarstwem (taką mianowicie, że robił czystki personalne w "Interpressie", którym kierował zresztą dość długo). Został przysłany na Woronicza chyba tylko po to, by dokończyć – niezbyt w TVP gorliwie realizowany – proces osławionej "weryfikacji" dziennikarzy, zaczęty wraz z wprowadzeniem stanu wojennego. W mojej opinii był to zupełny tuman; podobno miał jakieś ogromne zasługi dla wywiadu i stąd jego niesłychana kariera, ale o telewizji – zero wiedzy i zero pojęcia.

Sięgam dziś pamięcią do tych czasów – i jednak powtórzę: wydaje mi się, że nadchodzą czasy "prawicowego Szczepańskiego". Zobaczymy. Sądzę też – oczywiście – że moje przekonanie, iż należy zrobić wszystko, by odsunąć od władzy koalicję PiS-Samoobrona-LPR, uzyskało kolejne potwierdzenie.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Tych prezesów znałem

Możliwość komentowania jest wyłączona.