Historia pewnego felietonu

db"Dziennik Bałtycki" opublikował felieton niejakiego Jana Chrzana (oczywiście: pseudonim), poświęcony postaci gen. Jaruzelskiego. Felieton wywołał burzę w "Trybunie" oraz szereg niezwykle krytycznych wypowiedzi wielu prominentnych postaci naszego życia publicznego. Autorowi zarzucono wręcz namawianie do zabójstwa b. prezydenta Polski… Aby umożliwić Czytelnikom niniejszego blogu wyrobienie sobie własnego zdania – publikuję felieton Chrzana oraz jego wyjasnienie. Na końcu – mój komentarz.

Oto felieton:

Może by lepiej było dla niego i dla większości z nas, gdyby zesłany do wyrębu sybirskich lasów nabawił się zapalenia płuc lub tyfusu i został tam na zawsze. Obok ojca. Albo gdyby go trafiła w serce kula gdy szedł do ataku na Wał Pomorski. A na pewno gdyby zdążył do armii Andersa zamiast do Berlinga i bił się o Monte Cassino zamiast o Kołobrzeg.

Nie cofnie się czasu. Za to warto podziwiać precyzyjne zgranie skandalu z nadaniem Krzyża Zesłańców Sybiru – z zarzutem dokonania zbrodni komunistycznej. Dokładnie w ćwierć wieku od popełnienia, minus 3 dni. Podpisał bowiem 27 marca 1981 r. z I sekretarzem KC PZPR Kanią tajny układ o stanie wojennym. Gdański prokurator mozoli się od lat, by przypasować mu sprawstwo masakry stoczniowców w 1970 r., zaś śląski sąd usiłuje skazać go jako tzw. mordercę zza biurka górników "Wujka". Na razie też bez skutku.

Generał Jaruzelski skapitulował w 1989 r. na łaskę i niełaskę solidarnościowej opozycji, akceptując uchwały Okrągłego Stołu i półwolne wybory. Może trzeba go było ekspresowo osądzić i rozwalić, jak Rumuni "Geniusza Karpat" i Elenę Ceaucescu. Zamiast tego dobroduszni Polacy wybrali go prezydentem. Miał wciąż do dyspozycji kilkusettysięczną armię i "siłowy resort" gotów na każde zawołanie. Teraz grozi mu degradacja i do 8 lat odsiadki, co w tym wieku oznacza dożywocie. Raduje w telewizji widok pysznego ongiś oficera, kuśtykającego posłusznie o lasce przed oblicze Temidy. Cieszą happeningi Wszechpolaków, inscenizowane 13 grudnia pod jego domem. Tylko dotknięci amnezją i nadwrażliwi sugerują łączną ocenę przydługiego żywota z uwzględnieniem Sybiru i jakiś bojowych zasług. Może pośmiertnie, bo w religii chrześcijańskiej jest mowa o ważeniu Złego i Dobrego w Dolinie Jozafata, gdy zabrzmią trąby na Sąd Ostateczny.

Myślę, że bez szlochów odesłał krzyż, nadany mu wskutek niecnej zmowy niedobitków poprzedniej ekipy. Krzyżów ma dostatek, a wie jako frontowiec, że prawdziwi bohaterowie zasłużyli tylko na jeden. Na drewniany.

I wyjaśnienie Chrzana, opublikowane po wybuchu afery: 

Można generała Jaruzelskiego nienawidzić za stan wojenny. Albo cenić za martyrologię sybiraka, bojowe wyczyny, dowodzenie wojskiem i podawane w wątpliwość uchronienie od sowieckiej interwencji. Jest jednak historyczną postacią, a jego decyzja z 13 grudnia 1981 roku zaważyła na losach wielu Polaków. Także niżej podpisanego.

Nie aprobowałem nagonki z powodu nadania mu Krzyża Zesłańców Sybiru. Ani pokrętnych wyjaśnień szefa Kancelarii Prezydenta o spisku poprzedniej ekipy. Nie podobał mi się też dziwnie zbieżny w czasie zarzut zbrodni komunistycznej sprzed ćwierćwiecza. A także serwowany w TV widok starszego pana o lasce, wzywanego raz po raz przed oblicze Temidy. Coroczne happeningi Młodzieży Wszechpolskiej pod jego domem uważam wręcz za naruszanie obywatelskich praw do spokoju, zasługujące na interwencję. Ma już 83 lata i zwykła przyzwoitość każe zaprzestać podobnych imprez.

Tym powodowany napisałem "Jeszcze nie requiem" w felietonowej konwencji przerysowania faktów, ironicznego przejaskrawienia poglądów w mediach, wypowiedzi polityków "za i przeciw" i prawnych komentarzy. Posłużyłem się mową nie wprost, zwaną językiem ezopowym, tak jednak by intencję odczytali ci, na których opinii mi zależy. Ku kompletnemu zaskoczeniu okrzyknięto mnie w "Trybunie" barbarzyńcą. Przyprawienie mi gęby poparł Grzegorz Napieralski, wiceprzewodniczący SLD i felietonista Krzysztof T. Toeplitz, czyli KTT. To jego znakomite utwory z pogranicza dziennikarstwa i literatury skłoniły mnie właśnie kiedyś do uprawiania felietonistyki. Jego miażdżąca, choć niezgodna z mymi intencjami ocena wynika, jak mam nadzieję, z pobieżnego zapoznania się z tekstem. To wyjątkowo przykre, bo właśnie KTT mnie bronił, gdy w 1969 r. za felieton w "Polityce" o braniu pieniędzy za pisanie magisterek żądano mej głowy i ujawnienia, kto się kryje pod mym ówczesnym pseudonimem.

Mój komentarz: 

Absolutnie wierzę Chrzanowi. Moim zdaniem, ironia felietonu jest dość widoczna. Niemniej – nie po raz pierwszy okazuje się, że manierka, którą jakieś trzydzieści lat temu wymyślił Janusz Głowacki (publikował niesłychanie "pozytywne" recenzje z idiotycznych dzieł głupawych – ale mile widzianych przez władze – autorów, wynosząc owe dzieła i ich twórców pod niebiosa, co było absolutnie czytelną kpiną dla większości odbiorców i jednocześnie uniemożliwiało jakąkolwiek ingerencję cenzury…) – otóż owa maniera jest szalenie niebezpieczna. Okropnie łatwo zostać odczytanym dosłownie; i jeśli się nie jest absolutnie  perfekcyjnym stylistą jak Głowacki, to lepiej tej formy nie uzywać. Zresztą, sam Głowacki też był odczytywany czasami dosłownie i z oburzeniem. W sumie – przykry, ale pouczający incydent.  Ale ma jedną pozytywną cechę: uruchomił ponownie dyskusję o generale i niejako zmusił parę osób do opowiedzenia się po jego stronie. Żeby nie było wątpliwości co do mojego stanowiska: ogromnie szanuję i lubię generała, choć niektóre jego posunięcia w okresie stanu wojennego były, moim zdaniem, delikatnie mówiąc, dość kontrowersyjne. Ale chodzi mi tu głównie o decyzje personalne i zbytnie zaufanie do zwykłych idiotów oraz ich pomysłów (w rodzaju weryfikacji dziennikarzy).

Reklamy