Powstaje fundacja “Też chcemy być”, założona przez moich przyjaciół – Sławka i BlankęPopowskich. Polecam stronę Fundacji; tam znajdziecie szczegóły. Z grubsza biorąc chodzi o swoisty coming-out tych, którzy mają dzieci niesprawne umysłowo – a także o stworzenie pewnej wspólnoty wokół tej sprawy. A oto teledysk świąteczny, przygotowany przez ludzi dobrej woli, podopiecznych Fundacji oraz studentów Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. Wańkowicza.
Dawno, dawno temu jeden z najlepszych w dziejach polskiego dziennikarstwa felietonistów, sławny KTT czyli Krzysztof Teodor Toeplitz, napisał genialny felieton pod tytułem Mława atakuje, który to tytuł pozwoliłem sobie – celowo oczywiście – w tym miejscu strawestować. Będzie niestety o tym samym, o czym pisał przed laty KTT: o inwazji na stolicę (ale nie tylko, zjawisko jest ogólnopolskie) chamstwa i prostactwa, które symbolizowała wówczas nieodległa od Warszawy Mława. O tym samym, bowiem mimo całego postępu cywilizacyjno-kulturowego ostatnich lat, zmieniło się niewiele. Czytaj dalej…
Czytałem gdzieś niedawno – nie pamiętam gdzie, ale nie wymagajcie, bym rejestrował w mózgu każdą głupotę i jej źródło – że na dobrą sprawę wystarczyłoby, gdyby ludzkość jako Prawo Naturalne, czyli niepodważalny rudyment naszej moralności, przyjęła Dziesięcioro Przykazań, czyli Dekalog. Pomijając fakt, że gdy słyszę słowa Prawo Naturalne, to mi się automatycznie w kieszeni scyzoryk otwiera, nic takiego bowiem w przyrodzie jako żywo nie istnieje (no, dobra: to jest moje prywatne zdanie, macie prawo myśleć inaczej…) – otóż pomijając ten fakt, postanowiłem przyjrzeć się sprawie bliżej. Chłodnym okiem racjonalisty. No i zakamieniałego bezbożnika, oczywiście. Przeanalizujmy tedy owe osławione Przykazania – wedle, oczywiście, doktryny katolickiej, która ponoć obowiązuje w kraju między Bugiem a Odrą. Czytaj dalej…
Rządzący mają wyjatkowy talent do wprowadzania mnie w stan bliski tzw. białej gorączce, czyli delirium tremens; z tym, że klasyczne delirium występuje – o ile wiem – po nadmiernym spożyciu pewnych skądinąd zupełnie smacznych płynów; tu zaś wk*wieniu nie towarzyszy żadna zgoła uprzednia przyjemność. Ta właściwość rządzących datuje się – żeby była tzw. jasność – jeszcze od czasów PRL-u. Z tym że ostatnio się niebezpiecznie nasila. Mówiąc “ostatnio” nie mam oczywiście na myśli okresu IV RP, który od początku do końca cały był deliryczny i chory, ale okres – nazwijmy go tak – rozwiniętego tuskizmu.
Dziś mnie wkurzyli komunikatem o spotkaniu Komisji Wspólnej Przedstawicieli Episkopatu Polski i Rządu RP m.in. nt. prezydencji Polski w radzie UE.
Zacznę od anegdoty. Może ją zresztą kiedyś tu już przytaczałem, ale nie chce mi się szukać; w razie czego – przepraszam, ale pasuje mi do głównego tematu jak ulał. Miałem otóż przed laty przyjaciela (niestety, od dawna nie żyje) – człowieka wielce zdolnego, twórcę, pracującego z sukcesami w paru zawodach. Był trochę starszy ode mnie, i z tej racji – a także bez wątpienia z racji nieco innego ode mnie pojmowania obowiązków obywatelskich – wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie zrobił piękną karierę twórczą, a jednocześnie – acz w rezerwie – awansował w wojsku. Dochrapał się godnego stopnia komandora porucznika Marynarki Wojennej, co odpowiada podpułkownikowi wojsk lądowych. Bardzo był z tego zresztą dumny i przynależny stopniowi kord oficerski ozdabiał jego piękny mundur z okazji różnych wojskowych świąt.
Okropnie się feministki z prawa i z lewa obraziły na prezydenta za ten zwrot o “naszych kobietach”, którego użył podczas spotkania z Obamą. Jakże to tak – zaszlochały panie z panią profesor Magdą Środą na czele – toć to przecież traktowanie kobiety jak własność, rzecz niedopuszczalna…
No więc – muszę w tej sprawie zabrać głos. Po prostu muszę, bo za chwilę damy się zwariować. Czytaj dalej…
…mogłaby za poetą powiedzieć polska prawica. Tegorocznego Nobla z medycyny dali za ohydne i niemoralne mordowanie embrionów (przepraszam: czegoś tam napoczętego i nieurodzonego…), czyli in vitro… Czytaj dalej…
Jak zapewne Czytelnicy tego bloga zauważyli – nie palę się w tych dniach do dokonywania kolejnych wpisów. Znajduję się otóż w stanie, który dałoby się określić zdaniem “ręce i piersi mi opadły”. Uczenie mówiąc, jest to – politycznie w każdym razie – stan bliski depresji. Polska scena polityczna, opanowana niestety przez nastroje postfuneralne, które najzupełniej niespodziewanie wywarły istotny wpływ na wszystkie działające na niej czynniki, wydaje mi się dość żałosna i niezbyt godna komentarza. Czasem jednak cholera trzepie mnie dość wyjątkowo. Dziś o dwóch takich zbrzydach-zgrzytach.
Numer jeden – to wczorajsze przesłanieJarosława Kaczyńskiego do narodu rosyjskiego. Jest ono otóż tak śmiertelnie fałszywe w każdym pikselu obrazu i w każdym nadawanym dźwięku, że nie sposób na nie machnąć ręką. Tak się składa, że niedaleko mnie są fachowcy od reklamy, którzy nauczyli starego człowieka, że jak się jakiś towar źle sprzedaje, to najtańszym sposobem wzmocnienia zainteresowania klienteli – oczywiście tej o najniższym poziomie umysłowym – jest zmiana nie towaru samego, ale opakowania. “Teraz w nowym opakowaniu…” to podobno slogan – samograj; każdy idiota się zachwyci.
Ostatni mój wpis w tym miejscu – dotyczący genialnego animowanego filmu, pokazującego związki matematyki z Przyrodą we wspaniałym artystycznym skrócie – wywołał u jednego z komentatorów pewne skojarzenie, które (jak to bywa) rozwinęło się w krótką wymianę zdań. Owa wymiana zdań wydaje mi się przy całej swej zwięzłości zaczątkiem dyskusji daleko ważniejszej; niniejszym zatem pozwalam sobie ją w tym miejscu z pełną premedytacją i świadomością, że mogę uwolnić demony – rozpętać. Wspomniane skojarzenie mianowicie dotyczyło Boga, który – zdaniem mojego komentatora – jest praprzyczyną, czy też stwórcą naszego świata, w domyśle zaś wszelkich rządzących nim praw, w tym zapewne i matematyki.
Muszę powiedzieć, że pewnej nader urodziwej pannie (nazywa się Julia Curyło) z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych udał się wiekopomny numer. Jeden z moich przyjaciół mawiał w takich okazjach “po prostu cycuś” i lekko cmokał; zachowanie absolutnie adekwatne do sytuacji. Otóż panna owa wymalowała na stacji metra Marymont mural, który sam w sobie cieszy oko i jest kompozycyjnie bezbłędny, ale… kryje w sobie pewne przesłanie. Rzecz w tym, że zrozumieć je mogą ci tylko, którzy wiedzą o co chodzi. Doniosła o tym dziś TVN24; poniżej stosowny cytat.
Autor niniejszego bloga urodził się dawno: w roku 1936, czyli jest mocno przedwojenny. Z wykształcenia jest matematykiem; przez wiele lat wykonywał ten zawód jako nauczyciel akademicki w kilku wyższych uczelniach (w tym - co sobie ceni najwyżej - w UW); był również pracownikiem PAN, zaś przez pięć lat miał zaszczyt być także członkiem Komitetu Prognoz PAN "Polska 2000 Plus". Szczyci się tym, że wchodził w skład zespołu programistów pierwszej polskiej maszyny matematycznej XYZ.
Od wielu lat zajmuje się zawodowo dziennikarstwem, szczególnie naukowym. Od paru lat jest aktywnym zawodowo emerytem, związanym z grupą "Studia Opinii".
Ten blog jest odbiciem wyłącznie osobistych poglądów autora. Nie jest przez nikogo - ani przez żadną organizację czy instytucję - sterowany.
Autor - zwany także przez niektórych Gospodarzem, co sprawia mu dużą przyjemność - bardzo uprzejmie prosi, by nie próbować przesadnie agresywnie komentować zamieszczanych tu tekstów.
W szczególności autor uprzejmie zawiadamia, że chamstwo, w tym użycie niektórych słów powszechnie uważanych za niestosowne, i antysemityzm nie będą w tym miejscu tolerowane, autorzy zaś takich wypowiedzi zostaną zablokowani.
Na wszelki wypadek odsyłane są do moderacji komentarze, których autorzy nie maja ani jednego komentarza uprzednio zaaprobowanego przez Autora blogu.
Autor przeprasza, ale uważa ten kawałek Internetu za własny i nie zezwala tu na intelektualne kibolstwo.
Uwaga specjalna Autor uprzejmie prosi PT Komentatorów, by nie nazywali go megalomanem, pyszałkiem, besserwiserem, złośliwym staruszkiem, osobą całkowicie zdemoralizowaną, kosmopolitą itp. Szkoda czasu i klawiatury: autor wie o tym wszystkim doskonale i zgadza się z tymi określeniami w pełni. Dodaje również na wszelki wypadek chętnym do odkrywania tajemnic przeszłości, iż jeden z jego dziadków był niemieckim bankierem, drugi - polskim lewicowym terrorystą, ojciec zaś - obywatelem USA. Poza tym autor przyznaje bez tortur, że jest filosemitą, rusofilem i germanofilem. A także dowolnym innym -filem. A, i jeszcze: oczywiście, zakamieniałym ateistą.
Komentarze