Archiwum

Archiwum kategorii ‘problemy języka’

Jak pisać, panie redaktorze? Jak pisać?

11-07-2011 17 uwag

To dramatyczne pytanie zadał mi przed laty pewien młodziutki stażysta redakcyjny. Jego teksty były bez litości katowane przez sekretarza redakcji (o ile je przepuścił przedtem kierownik działu…) i z reguły przed trafieniem do “resortowego” zastępcy redaktora naczelnego – lądowały w koszu. Odpowiedziałem mu tak samo, jak kilkanaście lat wcześniej na podobne pytanie odpowiadali starsi koledzy mnie.

Dziś pytanie to powinni sobie także stawiać co chwila adepci dziennikarstwa (i nie tylko adpeci…); a nawet blogerzy. Ale, zdaje się, nawet im to nie przychodzi do głowy; choć świat poszedł naprzód i niektóre zalecenia sprzed lat nie są już tak kłopotliwe w realizacji jak niegdyś. Oni po prostu rozumują – i argumentują swoje postępowanie – tak: najzupełniej wystarczy, jak mnie rozumieją moi kumple. Jakieś zgredy nie muszą. A poprawność wypowiedzi, uroda języka, kadencja zdania i temu podobne dyrdymały – to właśnie dyrdymały.

Czytaj dalej…

Dwa słowa

1-07-2011 16 uwag

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedza doskonale, że mam lekkiego (niektórzy są zdania, że ciężkiego) kota na punkcie poprawności językowej. Moje poglądy są w tym względzie silnie  konserwatywne; w szczególności mocno mnie irytują niektóre słowa języka dziś potocznego, takie jak zajebisty - który to neologizm uważam za wyjątkowo chamski, a także pewne zapożyczenia - powiedzmy, wykrzykiwane z upodobaniem przez osoby, które automatycznie uważam za w pewnym stopniu niedorozwinięte wow! Co - wyjaśniam - nie znaczy, że chętnie cofnąłbym polszczyznę do czasów Kochanowskiego. Między innymi oświadczam niniejszym, że akceptuję pojawiające się tu i ówdzie nowe słowa czy nadawanie starym słowom nowych znaczeń. Czytaj dalej…

Forma i treść: szczypta optymizmu

28-05-2011 8 uwag

Zacznę od anegdoty. Jeden z najświetniejszych polskich dziennikarzy, nieżyjący niestety od dawna wybitny reporter, Jerzy Ambroziewicz uczestniczył przed laty w tzw. Dużym Kolegium programu telewizyjnego, prowadzonym przez ówczesnego wiceprezesa Radiokomitetu. No i ów wiceprezes zaczął bronić pewnego programu, który zaatakowali recenzenci (wówczas był taki zwyczaj, że omawiano bardziej zwracające uwagę – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie –  programy z poprzedniego tygodnia; recenzentami byli członkowie Dużego Kolegium, czyli naczelni redaktorzy i niektórzy  ich zastępcy oraz doradcy prezesa i dyrektorzy biur, słowem cała telewizyjna wierchuszka). Szef Kolegium przyznał recenzentowi, że program miał usterki warsztatowe dość widoczne, ale – stwierdził –  trzeba go uznać za dobry, bowiem był “słuszny”, politycznie oczywiście. No i “Ambroży”, który do przytakiwaczy nie należał nigdy, powiedział Towarzyszu Prezesie, umówmy się: program źle zrobiony jest zawsze niesłuszny; więcej -źle zrobiony program jest zawsze szkodliwy społecznie… Czytaj dalej…

Jeszcze o słowach

3-02-2011 24 uwag

Pogadaliśmy sobie ostatnio o pewnych dokuczliwych błędach językowych. Pociągnijmy ten temat, bo znowu mnie wkurzyło. Pojawiło się bowiem – dość zresztą dawno, przyznaję, więc jeśli sformułowany zostanie  w stosunku do mnie zarzut o “dowcip ze schodów”, to go z pokorą przyjmę –  nowe słowo, które – niby niewinne – kryje w istocie paskudne kłamstwo marketingowe. Chodzi mi o słowo “budżetowe”  . Otóż nie sprzedaje się już notebooków, aparatów fotograficznych, samochodów chyba nawet – tanich, tylko właśnie “budżetowe” .  Rzut oka do Słownika Języka Polskiego (złośliwie wszystkim ustawicznie polecam…) przekonuje, że ma owo słowo tylko jedno znaczenie i żadnych innych: budżetowy = związany z budżetem. Przejrzenie słowników angielskich też z łatwością dowiedzie, że nie jest to również żaden zaczerpnięty z angielszczyzny neologizm. Cóż to więc jest i jaka jest geneza tego słowa? Czytaj dalej…

Liczby, słowa i eksperci

29-01-2011 21 uwag

Słuchałem ostatnio jednej z moich ulubionych radiostacji, w której występował pewien młody dżentelmen, komentujący poczynania rządu w jakichś tam kwestiach ekonomicznych. No i cholera mnie strzeliła kilkakrotnie. Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w żadnych ekspertów w wieku lat dwudziestu i kilku, a już w dziedzinie gospodarczej w szczególności; po prostu, coś takiego nie występuje w naturze. Po drugie dlatego, że prowadzący zapowiedział owego szpenia jako eksperta do spraw – takich to a takich; tymczasem ekspertem się jest od czegoś. Po trzecie, bowiem ów “ekspert” robił – wielokrotnie – dwa wyjątkowo rozwścieczające mnie błędy językowe; błędy, które niestety występują nagminnie. Czytaj dalej…

Niezupełnie politycznie po wyborach

5-07-2010 12 uwag

Zacznę od anegdoty z mojej teleturniejowej przeszłości z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Otóż – co łatwo, jak sądzę, pojąć – przy opracowywaniu pytań do naszych programów korzystaliśmy masowo z usług ekspertów. Byli to eksperci nie byle jacy; staraliśmy się prosić o współpracę uczonych renomowanych, z tzw. “wielkimi nazwiskami”. Wymienię to choćby z wielkim sentymentem prof. Henryka Samsonowicza, wielkiego historyka-mediewistę, czy prof. Annę Świderek, królową polskich znawców starożytności i biblistyki. Praca z nimi – to był nie tylko zaszczyt, ale i wielka radość, bowiem większość naszych zaprzyjaźnionych naukowców to byli także ludzie o kolosalnym poczuciu humoru. Niektóre z tych kontaktów przeszły zresztą na stopę prywatną; żeby pozostać przy historykach, późniejsze na przykład sesje pokerowe z prof. Adamem Kerstenem do dziś są przez nielicznych żyjących jeszcze ich uczestników wspominane z niejakim rozrzewnieniem. Czytaj dalej…

Nic nowego

14-03-2010 10 uwag

Wychodzi na to – to w naszej rozmowie o języku – że jestem okropnym zgryźliwym staruszkiem, który za nic nie chce zrozumieć, że świat się musi zmieniać i w dodatku zgorzkniale uważa, że wszystkie zachodzące zmiany prowadzą ku gorszemu. Otóż nic podobnego, a nawet: wręcz przeciwnie; w końcu, nasz dzisiejszy świat jest jednak chyba lepszy nie tylko od tego z czasów, kiedy jeszcze lataliśmy na golasa po sawannach, ale nawet od tego sprzed lat pięćdziesięciu; tylko idiota tego nie widzi. Widząc to tedy wyraźnie, jestem tylko przy tym konsekwentnie wyznawcą dwóch zasad, które co starsi Czytelnicy powinni chyba znać doskonale: po pierwsze, że wszelki rozwój jest wynikiem walki przeciwieństw; po drugie – że ów rozwój odbywa się po swoistej spirali: kolejny jego etap nie jest prostą negacją poprzedniego, ale będąc w dużej mierze powrotem do niego, wnosi doń także zupełnie nowe jakości.

Czytaj dalej…

Język i akulturacja

12-03-2010 20 uwag

Moje marginalne uwagi na temat – błahy z pozoru – błędnego użycia w liczbie mnogiej niemającego w języku polskim tej liczby rzeczownika “ryzyko” wywołały niewielką polemikę, której przedmiot wydał mi się jednak na tyle ważny, że postaram się go rozszerzyć i nie ograniczę dyskusji do sporu w ramach komentarzy.

Otóż tak: gdy chodzi o traktowany jako zjawisko dynamiczne język (nie tylko polski, ale na nim się skupmy), to mamy do czynienia z dwoma doń podejściami specjalistów. Jedni – także, niestety, ci utytułowani i uznawani z tego powodu  (przez grzeczność nie powiem: wyłącznie z tego powodu…) za autorytety – akceptują wszystko, co się w tym języku dzieje. Powiadają, że język wszak się rozwija, wchodzą do niego nowe słowa, stare zmieniają dawne reguły użycia – i tak dalej. Przykłady – nie tylko uznanie dopuszczalności użycia “ryzyk” (wprawdzie z ograniczeniem tej formy do żargonu ubezpieczeniowego) i innych podobnych okropności, ale także przymykanie oczu na mówienie “poszedłem w stronę”, na używanie zwrotów “za wyjątkiem” (zamiast “z wyjątkiem”) czy “pod rząd” (zamiast “z rzędu”), niedostrzeganie subtelności użycia “mi” i “mnie”; i tak dalej. Innymi słowy, ta szkoła językoznawców hołdując zasadzie “najważniejsze, byśmy się w ogóle rozumieli”, uznaje za normę każdy dostatecznie rozpowszechniony błąd  i za chwilę dopuści do użycia nie tylko “poszłem”, ale i pisanie “3mam” zamiast “trzymam”. Jest też na ogół za skrajnym nawet upraszczaniem wszelakich sytuacji językowych, widząc w tym szansę dla nowowchodzących w warstwy oświecone.

Czytaj dalej…

Słowo o kulturze korporacyjnej

9-03-2010 25 uwag

Jest kilka takich słów i określeń, które doprowadzają mnie do białej gorączki; z różnych względów zresztą. Na przykład używanie słowa “ryzyka”, czyli nieistniejącej w języku polskim liczby mnogiej od “ryzyko” (niedługo będziemy mówili o “pogodach, panujących w stolicach europejskich”…), albo jeszcze lepiej określenia “zarządzanie ryzykami”, co w ogóle nie ma sensu, a jest kalką idioty z angielskiego “risk management”. No, ale to są błędy, oczywiste błędy językowe; są jednak również określenia pozornie całkowicie poprawnie zbudowane, a budzące we mnie najżywszy opór samą swoją treścią. Taką nastrajającą mnie agresywnie wobec rzeczywistości zbitką słowną jest na przykład “kultura korporacyjna”; niby formalnie wszystko w porządku i ma to jakiś sens, ale zestawienie “kultury” z “korporacją” brzmi mi jakoś tak, jak “zielone niebo” albo lepiej “perfumy o zapachu gówna”…

Czytaj dalej…

Mianownik rulez!

7-02-2010 21 uwag

lingerie-advertisement[1] Pewno się czepiam. Pewno jestem upierdliwym staruszkiem. Ale mózg mnie boli, gdy słyszę, co wyprawiają nasi szpenie od reklamy z gramatyką. To znaczy tak: oni generalnie wyprawiają różne straszne rzeczy, ale chodzi mi teraz o coś absolutnie konkretnego: o konsekwentne używanie mianownika tam, gdzie jest on całkowicie bez sensu. Dla przykładu: jakiś tam kosmetyk jest “od Maybelline, New York”, albo “od Wella” (firma się właśnie nazywa Wella, nie Welll!). A przecież – jeśli się już koniecznie chce wbić klientowi do głowy nazwę firmy i nie chce użyć drugiego przypadku – można powiedzieć “od firmy Wella”….

Tak się składa, że nieźle znam ludzi z branży reklamowej, specjalnie jednego dżentelmena. Pytam więc człowieka, czy widzi błąd. – Oczywiście – powiada – widzę. Każdy widzi, kto ma ukończoną z sukcesem podstawówkę; wszyscy się z tego śmiejemy. – To dlaczego to się bez przerwy powtarza? – pytam.

Czytaj dalej…

Czy państwo to my, czy oni?

30-01-2010 18 uwag

group[1] Wbrew pozorom, nie będzie o polityce, tylko o sposobach zwracania się do siebie nawzajem; w tej materii mamy otóż niemałe rzeczy pomieszanie. Do sporządzenia tego wpisu zainspirowała mnie zaś bezpośrednio pewna panienka z TVN24, która najpierw mówiła do widzów “widzicie państwo, że”, a potem przeszła na zwykłe, bezpośrednie “widzicie”. Lekko mnie to rąbnęło, tym bardziej, że nieco wcześniej otrzymałem na swój adres pocztowy list od całkiem nieznajomego mi przedstawiciela jakiejś firmy, zaczynający się od “Bogdanie, czy wiesz…”. No i na koniec, kiedy już zasiadałem do komputera, telewizor zaszumiał jakąś dyskusją dziennikarską, w której uczestnicy – omawiając głośną ostatnio decyzję premiera – co chwila mówili “Tusk to, Tusk tamto”…

Czytaj dalej…