Wśród moich licznych dziwnych znajomych była w dawnych latach postać wysoce oryginalna, w każdym razie w polskich warunkach. Otóż był to autentyczny reemigrant z USA, Polonus, były tamtejszy… gliniarz, czyli cop; nazwijmy go Joe, po polsku – Józek. Mając amerykańskiej emerytury coś koło 800 dolców miesięcznie, był Józio w PRL-u potentatem finansowym. Jego rozważania o służbie były pasjonujące; bardzo lubiłem jak - na przykład – nabijał się z polskich milicjantów, że w ogóle nie mają pojęcia o zawodzie. Joe mawiał, że jak nie wywalił w ciągu doby ze swojej czterdziestki piątki przynajmniej jednego magazynku, to służba była wyjątkowo spokojna. Chwalił się, że osobiście rozwalił siedmiu gangsterów i sam był jedenaście razy ranny w potyczkach ulicznych, w tym trzykrotnie – ciężko. Onże Joe opowiedział mi kiedyś przy szklaneczce whisky (co istotne, bo bez tego pewno język by mu się nie rozwiązał) o tym, jak on i jego kumple “powzięli wiedzę” (znaczy, ktoś im zakapował) o przygotowywanym zamachu na pewnego czarnoskórego nauczyciela. Owa wiedza była jednak wysoce niepełna: znali zleceniodawcę zabójstwa, ale nikt nie wiedział, kto ma go dokonać…
Czytaj dalej…
Pamiętacie to hasło? Pewno nie, młodzi jesteście. Tak właśnie agitowali nas w “słusznie (?) minionych” czasach ówcześni urzędowi propagandyści; nawiasem mówiąc, kategoria “twórców”, która mnie śmieszyła i irytowała chyba jeszcze bardziej od współczesnych specjalistów od marketingu politycznego. Klasycznym przykładem ich skuteczności jest właśnie los tego hasła. Mówiąc krótko: wykrakali, durnie. Pierwszy Maja został skutecznie uświęcony; jutrzejszą beatyfikacją oczywiście. Już nigdy nie będzie obchodzony jako dzień klasy robotniczej, przynajmniej w Polsce. Już nigdy najpewniej nie będzie tego dnia czerwonych szturmówek i grania “Warszawianki”; będą za to pienia nabożne dewotek i papieskie żółto-czerwone dekoracje. Nawet SLD zrezygnował, podał tyły i w tym roku nie wystawi się już na jaja, ciskane na Krakowskim na lewicowych demonstrantów przez jakichś Weszpolaków czy innych kiboli. Czytaj dalej…
Oj, nie lubimy my prawdy o sobie.
My – Rycerze Niepokalanej. My Chrystusiki Narodów. My – sama Dobroć, Mądrość i – oczywiście – Wiara Święta. Jak nam jakiś Gross trochę prawdy powie, to już byśmy kęsim czynili jemu i całej rodzinie. My, Kibole Sprawy Narodowej.
A teraz nam te parszywe Niemce dokładają. Poczytajcie; nie będzie miło: Czytaj dalej…
Zacznę od anegdoty. Może ją zresztą kiedyś tu już przytaczałem, ale nie chce mi się szukać; w razie czego – przepraszam, ale pasuje mi do głównego tematu jak ulał. Miałem otóż przed laty przyjaciela (niestety, od dawna nie żyje) – człowieka wielce zdolnego, twórcę, pracującego z sukcesami w paru zawodach. Był trochę starszy ode mnie, i z tej racji – a także bez wątpienia z racji nieco innego ode mnie pojmowania obowiązków obywatelskich – wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie zrobił piękną karierę twórczą, a jednocześnie – acz w rezerwie – awansował w wojsku. Dochrapał się godnego stopnia komandora porucznika Marynarki Wojennej, co odpowiada podpułkownikowi wojsk lądowych. Bardzo był z tego zresztą dumny i przynależny stopniowi kord oficerski ozdabiał jego piękny mundur z okazji różnych wojskowych świąt.
Czytaj dalej…
To był rok! Cudowny. Niby już od dwóch lat – które zaczęły się jakiś rok po śmierci Wielkiego Językoznawcy – było dość jasne, że cały świat wkracza w epokę odwilży, a Polska zaczyna pomału wracać do względej normalności, ale dopiero w Roku Października zmiany te nabrały tempa. Dla mnie ten rok był cudowny podwójnie, bo cóż może być wspanialszego, niż dobieganie dwudziestki przez człowieka ciekawego świata i w jakiejś tam mierze żyjącego także polityką?
Ja i moi rówieśnicy wiązaliśmy z dziejącymi się zmianami wielkie nadzieje. Łaziliśmy na wiece na Politechnice, maszerowaliśmy spontanicznymi demonstracjami po Nowym Świecie, martwiliśmy się, że chuligani i prowokatorzy zaatakują wiadomą ambasadę i wywołają krwawy odwet partyjnej konserwy…
Czytaj dalej…
Posłuchałem wczoraj na antenie radia TOK-FM archiwalnych nagrań wywiadów (rozmów, narad?) dziennikarzy “Polityki” – Daniela Passenta i Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego – z działaczami związkowymi Stoczni Gdańskiej z 1980 roku. Powiem w związku z tym coś wysoce niepolitycznego, co bez wątpienia ściągnie gromy na moją siwą i łysiejącą głowę: te nagrania są porażające. Rozmawia otóż dwóch błyskotliwych inteligentów z grupą dość prostych ludzi (Wałęsa, Pieńkowska, Gwiazda, Borusewicz), którzy najwyraźniej w świecie zbyt wiele nie pojmują z otaczającej ich rzeczywistości. Ich pomysły są prymitywne, w większości koszmarnie bezsensowne, mętne, wewnętrznie sprzeczne, wybełkotane fatalnym językiem – i nic tu nie zmieni fakt, że najpewniej wynikają z wielce szlachetnych pobudek. Różnica poziomów dyskursu wywiadujących z wywiadowanymi jest przeraźliwa…
Czytaj dalej…
52.263390
20.987440

Wielka Gra
Jak być może co starsi Czytelnicy pamiętają, kilkadziesiąt lat temu zdobyłem niejaką popularność dzięki prowadzeniu teleturniejów (z których naturalnie z największą sympatią wspominam “Ślady Pitagorasa”, ale obok zdjęcie z tamtych czasów z “Wielkiej Gry”, ze wspominaną niżej Joasią Rostocką). Bardzo mi ta specjalność dziennikarska, stanowiąca zresztą kwintesencję telewizji, przypadła do gustu. Zresztą cały nasz ówczesny zespół miał na tym punkcie lekkiego kota; robienie teleturniejów to nie był nasz zawód, ale hobby, czy może wręcz zbiorowy nałóg. Graliśmy we wszystko co się dało od rana do wieczora, wymyślaliśmy sobie nawzajem zagadki, wydawaliśmy pieniądze na zdobywane cudem w Paryżu czy Londynie gry planszowe. Nie ukrywam, że był w tym również element hazardu, ale mniejsza o to. No i teraz pragnę znowu dla PT Publiczności ogłosić konkurs. Bez nagród, za samą “sławę mołojecką”. A ogłaszam go dlatego, że doprawdy nie wiem, jak wybrnąć z pewnej sytuacji. Czytaj dalej…
52.263390
20.987440
Mam nadzieję, że Czytelnicy dobrze znają nazwisko Mariana Marzyńskiego i wiedzą, że to wspaniały filmowiec i wielki dzienikarz. Z bardzo dawnych jego dokonań przypomnę tu tylko dwa: świetne seryjne publicystyczne widowiska telewizyjne “Wszyscy jesteśmy sędziami” i “Turniej Miast”. Ten ostatni często jest wiązany z nazwiskiem Mariusza Waltera, który rzeczywiście miał w jego powstanie wielki wkład, ale jako II reżyser i tzw. realizator wozu numer 2. Autorem scenariusza i głównym reżyserem programu był własnie Marzyński, zaś na wozie numer 1 pracował nieżyjący już dziś Tadeusz Kurek.
Po roku 1968 Marzyński – który jest polskim Żydem – opuścił kraj. Wyemigrował do USA, gdzie zrobił sporą karierę telewizyjną i jako wykładowca uczelni dziennikarskich. Cały czas tworzył, jego specjalnością zaś stał się dokument filmowy. No i kilka dni temu TVP Kultura pokazała jego wspaniały film “Anya”.
Czytaj dalej…
52.263390
20.987440
Tytułowy zwrot oznacza w żargonie dawnych żurnalistów informację, która niekoniecznie musi być świeża. Tak stare repy dziennikarskie mówiły niegdyś ironicznie młodym adeptom zawodu studząc im rozpalone głowy, kiedy z rozgorączkowanym obliczem przynosili do redakcji jakąś uznaną przez siebie za sensacyjną wiadomość.
A jednak, a jednak… Czasami warto jednak poinformować PT Publiczność, że zacna królowa Bona nie żyje. Bowiem nie wszyscy zgoła muszą o tym wiedzieć; zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że niemal każdy fakt tej kategorii – także w odniesieniu do zejścia z tego świata zacnej pani Sforza – bywa dziś znany coraz mniejszej liczbie ludzi. Krótko mówiąc, obawiam się, że głupiejemy na potęgę.
Czytaj dalej…
52.263390
20.987440
Chyba prawie każdy wie, co to jest Almanach Gotajski: pewien szczególny spis szlachty europejskiej. Znalezienie tam nazwiska swojego lub kogoś z przodków jest uważane – szczególnie przez snobów, ale w końcu taki snobizm nic groźnego – za wielki zaszczyt. Warto jednak temat ten nieco rozwinąć, bo przytoczony wyżej sąd należy typowo do gatunku “słyszę, że dzwonią…” ; przyznam się, że sam nie wiedziałem z jakiego okresu na przykład pochodzi to wydawnictwo, a rzecz cała jest bardzo ciekawa. Otóż, jak podaje Wikipedia, dokładnie sprawę referując – Almanach Gotajski (Almanach de Gotha, po niemiecku Gothaischer Hofkalender) – to rocznik genealogiczny wydawany przez wydawnictwo "Justus Perthes" w językach niemieckim i francuskim w niemieckim mieście Gotha w latach 1763 – 1944. Właściwy rocznik był wydawany w języku francuskim (do roku 1941) i zawierał między innymi zbiór wiadomości ogólnych oraz genealogie rodzin panujących i arystokracji z tytułem książęcym (podzielonej na rodziny "A" – mediatyzowane, i "B" – tytuły nadane, w tym wszystkie polskie rody książęce) oraz informacje ważne dla dyplomacji (np. wykaz świąt narodowych i państwowych). Rodami szlacheckimi zajmowała się wydawana po niemiecku seria Gothaische Taschenbücher des Adels; to ją często zwano potocznie "Almanachem Gotajskim".
…Ale dlaczego przytaczam tę ciekawostkę? I skąd w tytule słowo “Nowy”?
Czytaj dalej…

Image via Wikipedia
W tragicznej katastrofie pod Smoleńskiem zginął m. in. Ryszard Kaczorowski, wielce sympatyczny i dziarski starszy pan, ostatni Prezydent RP na uchodźstwie. Tak też Go tytułowano – do wczoraj. Od wczoraj jest ostatnim prezydentem II Rzeczypospolitej… Tak w każdym razie jest określany w TVN24…
Z miejsca mówię: bardzo mi żal tego dzielnego i żywotnego pana. Czytałem gdzieś niegłupie zdanie, że gdybyśmy w 1990 roku – przed dwudziestu laty, gdy p. Kaczorowski liczył sobie lat 71! – nie uznali, że jest za stary na politykę i wybrali Go prezydentem – Polska mogłaby dziś wyglądać odrobinkę milej. Może tak, może nie – ale jakoś dużo gorzej by na pewno nie było..
Czytaj dalej…
52.263390
20.987440
Komentarze