Zacznę od anegdoty. Jeden z najświetniejszych polskich dziennikarzy, nieżyjący niestety od dawna wybitny reporter, Jerzy Ambroziewicz uczestniczył przed laty w tzw. Dużym Kolegium programu telewizyjnego, prowadzonym przez ówczesnego wiceprezesa Radiokomitetu. No i ów wiceprezes zaczął bronić pewnego programu, który zaatakowali recenzenci (wówczas był taki zwyczaj, że omawiano bardziej zwracające uwagę – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie – programy z poprzedniego tygodnia; recenzentami byli członkowie Dużego Kolegium, czyli naczelni redaktorzy i niektórzy ich zastępcy oraz doradcy prezesa i dyrektorzy biur, słowem cała telewizyjna wierchuszka). Szef Kolegium przyznał recenzentowi, że program miał usterki warsztatowe dość widoczne, ale – stwierdził – trzeba go uznać za dobry, bowiem był “słuszny”, politycznie oczywiście. No i “Ambroży”, który do przytakiwaczy nie należał nigdy, powiedział Towarzyszu Prezesie, umówmy się: program źle zrobiony jest zawsze niesłuszny; więcej -źle zrobiony program jest zawsze szkodliwy społecznie… Czytaj dalej…
P
oprzedni odcinek kończył się – dość fatalistycznie – tak:
STAŁO SIĘ TO, CO SIĘ STAĆ MUSIAŁO.
Narzuca się jednak oczywiste pytanie: czy to już jest stan trwały i czy nic się z tym wszystkim już nie da zrobić?
Najprościej jest z ostatnim omówionym tu problemem, z konsekwencjami luki pokoleniowej. Ona już po prostu odpływa w czasie, niejako wypełnia się samoczynnie. „Stara gwardia” wymarła lub wymiera – i ze względów czysto biologicznych nie aspiruje w zasadzie do żadnych posad; „pokolenie pampersów” i jego rówieśników z innych opcji osiągnęło zaś wiek męski i czegoś się jednak w ciągu minionego ćwierćwiecza – z bólem, bo z bólem – nauczyło, przynajmniej od strony rzemieślniczej. Nowi stale napływają i już mają się od kogo uczyć, choć zapewne karier tak szybko jak ich poprzednicy nie porobią, co może być przyczyną pewnej frustracji; to jednak znów zupełnie inna kwestia.
Czytaj dalej…
Decyzja Bronisława Komorowskiego o powołaniu Dworaka i Lufta w skład Krajowej Rady Radia i Telewizji budzi mnóstwo wątpliowości. Niby personalnie jest zrozumiała: Dworak z pewnością musi być uznany za fachowca medialnego, Luft ma w tej dziedzinie też jakieś doświadczenia (wprawdzie mierzi mnie lekko to jego aktorstwo z przeszłości, no ale w końcu Reagan też robił na początku swego życiorysu za małpę, a politykiem okazał się w sumie dość skutecznym…), ponadto jest niewątpliwie cynglem prezydenta-elekta, ale jednak decyzja ta pozostaje polityczna.
Czytaj dalej…
52.263390
20.987440

Skończyła się ta cholerna cisza wyborcza, w czasie której z byle kraksy ulicznej z dwiema osobami lekko rannymi, z chuligańskiego zachowania wiejskiego chłystka, który pojechał sobie polną drogą 150 km na godzinę, czy z takiego a nie innego wyniku w mundialowym meczu trzeba było na siłę robić sensację – bo przez dwie niemal pełne doby nie było normalnej politycznej naparzanki. “Komentatorzy”, których jedyną specjalnością dziennikarską – czy tego uczą na studiach? – jest napuszczanie jednego rozmówcy na drugiego i znaczące groźne marszczenie brwi, spokojnie wracają do swej ciężkiej, opłacanej marnymi dziesiątkami tysięcy złotych pracy. Politycy wracają do swojego bredzenia o “genetycznym patriotyzmie” i oczywistych oczywistościach; znowu mogą się publicznie nawzajem obrzucać inwektywami polszczyzną wołającą już nie pomstę do nieba, ale o zdrowego kopa w tyłek.
Czytaj dalej…
52.263390
20.987440
Zadzwonił do mnie niedawno pewien kumpel; taki z nieco dawniejszych lat. Złożył mile życzenia noworoczne i zapytał, czy wpadnę na tradycyjne spotkanie towarzyskie ludzi, których niegdyś łączyło pewne wspólne działanie (proszę wybaczyć, że nie podaję szczegółów: rodzaj tego działania i konkrety nie są istotne; zapewniam jednak, że nic to zdrożnego). Powiedziałem, że nie chcę. Życzę wszystkiego najlepszego, ale ja już do tego środowiska nie należę. Zdziwił się: a czemuż to? Wypierasz się ich?
Czytaj dalej…
Niestety, będę nieelegancki wobec kobiety. Otóż muszę wreszcie powiedzieć wyraźnie, że dziennikarstwo pani Moniki Olejnik – ani, co gorsza, sama pani Olejnik jako postać – nie odpowiada mi w najmniejszym stopniu. Zacznę od tego, czego – ponoć – nie powinno się kobiecie wypominać, czyli od wieku. Pani Monika nie jest już bynajmniej kobietą młodą, stylizuje się zaś na tzw. podfruwaję (niektórzy mówią “seksówę”) , co zaczyna już być żałosne; pomarszczona babcia w miniówie jest to widok dość nieestetyczny i w telewizji – jak sądzę – niestosowny. Ale to najmniejszy defekt.
Czytaj dalej…
Nagrodę i tytuł “Dziennikarza Roku 2008” otrzymał w akcji miesięcznika “Press” Bogdan Rymanowski.
Nie ukrywam, że mnie to nieco (nie za bardzo, o czym niżej) zaskoczyło, choć pan redaktor – jak to można wyczytać w podlinkowanym haśle z Wikipedii – nagród nabrał już cały worek, więc mu właściwie tej tylko brakowało. Dlaczego nie jest to wybór satysfakcjonujący człowieka myślącego – trafnie wyjaśnił w dzisiejszej “Wyborczej” (tekst: Niedziennikarz roku) Piotr Pacewicz. W podobnym duchu wypowiedział się w swoim blogu (Sprawy personalne) Daniel Passent. Obaj panowie pominęli jednak w swych rozważaniach pewien kłopotliwy program, który mnie osobiście uwiera daleko bardziej, niż kontrowersyjne odznaczenie mojego imiennika…
Czytaj dalej…
Cały dzień media elektroniczne dziś trabią o horrorze: urzędasy dostały 200 mln zł nagród od rządu! Autostrad, pani Malinowska, nie budują, a nagrody, darmozjady, biorą! Na różnych forach się zagotowało, komentatorzy oburzeni po same uszy…
A wszystko zaczęło się od “Newsweeka”, który tę wiadomość podał. W artykule “Rząd nagrodzonych” pismo doniosło, że najwięcej miały wydać Ministerstwo Rozwoju Regionalnego (70 mln zł) i Ministerstwo Infrastruktury (53 mln zł). Okazało się jednak, że… te liczby są całkowicie wyssane z brudnego palucha: podano nie kwoty nagród, ale cały roczny fundusz płac.
Czytaj dalej…
Dziś dowiaduję się, że niespodziewanie zmarł Tomek Pyć. Pamiętam go jako młodego, świetnego dziennikarza telewizyjnego. Był jednym z filarów zaplecza legendarnej “Sondy“; sam też stworzył i z wielkim talentem prowadził liczne programy popularnonaukowe, jak choćby “Spektrum“; z tej racji można go uznać za prekursora dziennikarstwa komputerowego w polskiej telewizji. Był dziennikarzem rzetelnym, spokojnym, pracowitym. Po transformacji ustrojowej pozostał w TVP, ale jego ogromnego talentu – jak wielu innych – “odzyskana” przez pampersów “Firma” nie potrafiła wykorzystać. Pewno zresztą nie chciała: różnica klasy “nowych” i “starych” byłaby tak porażająca, że widz nie byłby w stanie tych “nowych” przyjąć inaczej, jak zasłużoną drwiną. Lubiliśmy się bardzo. Odszedł dużo za wcześnie.
Cały dzień, dosłownie caluśki, TVN24 transmitował zjazd PZPN. Niebywałe! W czasach najbardziej rozwiniętego socjalizmu nikomu nie przyszłoby w TVP do głowy transmitować przez cały dzień zjazdu… PZPR, która to organizacja – cokolwiek o niej mówić – miała wiekszy wpływ na życie Polaków, niż panowie kopacze piłkowi. Zaś informacje kto się z kim na tzw. secie spotkał w kuluarach były wtedy wielokrotnie ważniejsze niż dziś. Nie pojmuję. Wiem skądinąd, że Mariusz Walter (znamy się dziesiątki lat w końcu) zawsze miał lekkiego fijoła na punkcie sportu w ogóle, a piłki nożnej w szczególności; nigdy tych upodobań nie podzielałem, dziś zaś uważam, że mocno z tą transmisją przesadził. Kogóż może obchodzić dylemat: Lato – czy Boniek, i który z tych panów jest lepiej widziany przez Tuska? Czytaj dalej…
Powiem wam, że trzęsie mnie nagła cholera. Zdarzyło się kilka takich incydentów dziennikarskich po śmierci prof. Geremka, które burzą krew w żyłach i budzą we mnie – człowieku z natury łagodnym – chęć mordu. Wspomnę o dwóch. Raz, Inga Rosińska, korespondentka TVN24 z Brukseli (słynna “małpa w czerwonym”), mówiąc o Profesorze pozwoliła sobie na zwrot “różniłam się z nim niekiedy w poglądach” (cytuję z pamięci, więc może być jakaś niedokładność); i otóż szanowna paniusia może się różnić ze swoją ciocią w poglądach na chów cieląt, nie z Nim w jakiejkolwiek sprawie. Bo różnica społeczna między wami jest taka, jak między mną, a królową Wielkiej Brytanii; a być może jeszcze większa. Drugim wczorajszym “asiorem” okazał się Andrzej Morozowski, który za wszelką cenę – aby tylko pojątrzyć – chciał uzyskać krytyczne uwagi o zmarłym od eurodeputowanego PiS, M. Libickiego; i wyłącznie dostał w tej dyskusji po pysku, co mu się tak słusznie należało, jak to, że tego pisiora nie trawię. Podsumowując:
Czytaj dalej…
Komentarze