Pisząc z rozgoryczeniem o pogrzebie Janka Suzina użyłem sformułowania, że ostatnimi godnymi szacunku szefami telewizji (oraz całego Radiokomitetu) byli – moim zdaniem – dwaj panowie S. – Sokorski i Szczepański. Jeden z moich przyjaciół pokręcił głową: dwa komuchy - powiedział. Co ty opowiadasz? Chyba po prostu dajesz wyraz swoim sympatiom politycznym!
Rozwinę temat. Włodzimierz Sokorski był dla mnie idealnym szefem z paru powodów. Po pierwsze, był szalenie inteligentny, świetnie wychowany i miał ogromną wiedzę; sam był w końcu twórcą. Może jego książki nie zasłużyły na Nobla, ale czytać się je daje i dziś. Po drugie, był przy tym leniwy i śmiertelnie cyniczny, co w minionych czasach było cechą – dla zespołu! – niebywale wręcz pozytywną. Mówiło się, że można do niego wieczorem przynieść do podpisu dokument sprzeczny z podpisanym rano – i on ten drugi podpisze również bez zmrużenia oka… Czytaj dalej…
Odszedł Janek Suzin. Jeden z moich najbliższych przed laty przyjaciół; a właściwiej mówiąc – serdecznych kumpli. Król życia. Erudyta, świetnie wykształcony, znający języki, bardzo zdolny architekt, z najlepszej rodziny, jaką sobie można wyobrazic. Dysponujący cudownym głosem i nienaganną dykcją blisko dwumetrowy, wiecznie chłopięcy dryblas. Spiker telewizyjny o najdłuższym stażu zawodowym na świecie w historii XI Muzy. Zasłużenie wielbiony przez – z reguły traktowane najzupełniej instrumentalnie – damy, do których potrafił docierać bezbłędnie, tej co trzeba było - recytując poezje Ronsarda w oryginale, tej co trzeba – proponując wprost najrozmaitsze zabawy. Nie przypominam sobie, by mu się w tej dziedzinie coś nie udało. Czytaj dalej…
Wiele, wiele lat temu uczestniczyłem w masówce (kto jeszcze pamięta to słowo?). W jej trakcie pewien działacz partyjny – zwracając się do młodzieży – użył profetycznego, jak się okazało, zwrotu, który wywarł na mnie wrażenie niezatarte do dziś. Wykrzyknął był mianowicie z emfazą „Młoda polska degeneracjo”…
Czyżby przewidział rozwój polskich mediów elektronicznych? Czytaj dalej…
Kiedy wyczytałem, że Rada Etyki Mediów – uznając rzecz za wyjątkowo drastyczne naruszenie norm i reguł dziennikarstwa – wytknęła “Super Expressowi” umieszczenie na pierwszej stronie makabrycznego wielkiego zdjęcia leżącego w kałuży krwi płk. Przybyła (owa okładka – pozbawiona drastyczności, które wykasowałem – obok) , zaś redaktor naczelny tego czegoś, niejaki S. Jastrzębowski odpowiedział na to w stylu “pocałujcie mnie w ukwiał”, bo będę i tak drukował to, co czytelnicy chcą oglądać – pokiwałem głową. Szkoda słów – pomyślałem. Ta cała Rada Etyki i jej werdykty będą dopóty kompletnie lekceważone, dopóki nie powstanie jakiś Urząd Kontroli Mediów – o uprawnieniach takich, jak urząd pani Stereżyńskiej, czyli UKE – który w takich wypadkach bez zbędnych deliberacji nałoży na wydawcę karę w wysokości, powiedzmy, 10 milionów euro. Ale oczywiście to niemożliwe: wszak nie po to zlikwidowaliśmy cenzurę… Czytaj dalej…
Zauważyłem, że moi przeciwnicy ideowi, którzy komentują niektóre z umieszczanych tu wpisów, bardzo lubią używać w stosunku do mnie dwóch zarzutów. Jeden – to zarzut niekonsekwencji (innym zabraniam agresywnych wpisów, a sam leję czasami przeciwnika pałą po oczach…), drugi – że obrażam ludzi. Pragnę się do obu tych zarzutów ustosunkować. Oba, oczywiście, używam za bezzasadne.
Zacznijmy od obrazy. Może się mylę (w odróżnieniu od moich oponentów nie uważam, że zawsze mam rację), ale – jak sądzę – obrazić można tylko konkretną, jednoznacznie identyfikowalna osobę. I to tylko w szczególnych wypadkach; jak wiadomo, zakres dopuszczalnej krytyki i ostrość niezaskarżalnych sformułowań są tym większe, im bardziej ta osoba jest publiczna; ponadto, rzecz dotyczy wyłącznie faktów, a nie opinii. Tak więc, gdy piszę “Jan Kowalski to idiota” – obrażam. Gdy piszę “uważam Jana Kowalskiego za idiotę ” – nie obrażam, bo w pierwszym przypadku mówimy o faktach, w drugim o moich opiniach. Czytaj dalej…
Mój dostawca kablowy okazał się łaskawy: bez dopłat dołożył do cyfrowego menu kilkanaście kanałów, które dotychczas były dostępne tylko jako analogowe. W ten sposób wszystkie mam na jednym pilocie, co jest – naturalnie – wygodniejsze. I wszystko byłoby więcej niż przepięknie, gdyby nie to, jakie to są kanały. Pooglądałem trochę – i resztki włosów stoją mi sztywno dęba. W sumie oferta łączna jest teraz dość makabryczna. Czytaj dalej…

Miasto Kraków jest młode duchem. Oto kolejny dowód: dziś właśnie dowiedziałem się, że zafundowało sobie wirtualny spacer; zupełnie niezły w realizacji i ciekawy. No i odbywając ów spacer trafiłem – bo zresztą tego szukałem – na Muzeum Farmacji. Miejsce przeciętnemu turyście mało chyba znane, a warte zwiedzenia; stamtąd właśnie pochodzi ilustrujące ten ten tekst zdjęcie.
Dla mnie to miejsce ważne nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że piękne i urokliwe. Głównie dlatego, ze to miejsce mojego debiutu telewizyjnego sprzed niemal dokładnie półwiecza. Czytaj dalej…
Ostatnich kilka dni – a właściwie wieczorów – spędziłem przed telewizorem, oglądając z entuzjazmem pewien serial. Ten serial nazywał się “transmisje z konkursu im. H. Wieniawskiego” i zajmował po kilka godzin dziennie na kanale TVP Kultura. Konkurs – w ostrej rywalizacji – wygrała doskonała Koreanka Soyoung Yoon. Drugie miejsce zajęła świetna Japonka Miki Kobayashi, trzecie – Niemiec, Stefan Tarara. Serial – jak to dobry serial – miał swoją dramaturgię: wielkim suspensem na przykład było właśnie trzecie miejsce Tarary, który koncertowo… spieprzył wykonywany koncert Wieniawskiego, ale mimo to pokonał grającego na wspaniałym Stradivariusie Kazacha Erzhana Kulibajewa (nie mogę się przyzwyczaić do – idiotycznej i pretensjonalnej moim zdaniem – angielskiej transkrypcji cyrylicy, nakazującej pisać Kulibaev...). Czytaj dalej…
Pewno niewielu Czytelników się ze mną zgodzi, ale najpiękniejszą sceną, jaką kiedykolwiek widziałem – i która oglądana na przykład na filmie do dziś nieustannie mnie po prostu wzrusza jak dziecko – jest obraz ruszającej rotacji, początek druku gazety. Maszyna rotacyjna jest gigantyczna. W wielkiej hali krzyżują się – pozornie oczywiście – niekończące się taśmy z sunącym coraz szybciej nakładem pisma, po naciśnięciu rozpoczynającego proces guzika narasta przechodzący w łomot i wycie hałas mechanizmów – i potem, na samym końcu, wylatują gotowe egzemplarze. Pachną farbą drukarską, najpiękniejszym zapachem świata. Ileż filmów tak się kończyło; a zawsze oznaczało to w tych filmach jakieś zwycięstwo prawdy i wolnego słowa. Powiem wam, że dla tego widoku i tych doznań warto popracować w prasie. Dla mnie do dziś wprost symbolizował on dziennikarstwo. Kojarzył mi się z “The New York Times“, “Washington Post” czy – zachowując wszelkie proporcje – “Gazetą Wyborczą”. Czytaj dalej…
Lata temu mój ówczesny – i do dziś – serdeczny przyjaciel, świetny naukowiec, który też z wielkim powodzeniem próbował w swoim czasie sił na polu literatury science-fiction, ale objąwszy ważne międzynarodowe stanowisko uznał to zajęcie – niesłusznie zresztą – za niepoważne, zadzwonił do mnie i zaczął mi opowiadać o debiutującym wówczas młodym autorze. – Wiesz - mówił - wygląda okropnie: jakiś taki pryszczaty niechlujny spaślak; wiedzę też ma niewielką, ale łatwość pisania – szaloną. Sądząc po debiucie - mówił przyjaciel – mogą być z niego ludzie, jak się trochę poduczy. No i jeśli nie da się kupić jako pałkarz, bo z tą łatwością pisania będzie cennym łupem dla różnych nieciekawych środowisk. Bo nos mi mówi – kontynuował przyjaciel – że facet będzie miał mnóstwo kompleksów i wyhoduje w sobie solidny zasób bezinteresownej nienawiści i zawiści. A poglądy ma zdaje się mało ciekawe, jeśli w ogóle jakieś…
Czytaj dalej…
Długo nie pisałem w tym miejscu. Wyjątkowo długo; że zaś niektórzy czytelnicy z tego tytułu dali mi tzw. opr – muszę się wytłumaczyć. Powodów otóż mojego milczenia jest kilka; wymienię je nie w kolejności wagi, ale tak, jak spływają na klawiaturę.
Po pierwsze tedy – dokonywane przeze mnie zmiany w “Studiu Opinii”. Przeszliśmy mianowicie na WordPressa, którego po prostu uwielbiam. Niegdyś kibicowałem Joomli, ale ten skrypt strasznie żre zasoby serwera – no i rozmaitych wtyczek i dostępnych funkcji WordPress ma chyba więcej. Jest przy tym wyjątkowo łatwy w obsłudze i mogłem z czystym sumieniem dać wybranym kolegom dostęp do panelu administracyjnego – bez obaw, że coś szczególnie schrzanią. No, ale to wymagało sporo czasu – co pojmie każdy, kto kiedykolwiek przenosił witrynę z jednego systemu na drugi. W każdym razie, jakby kto był ciekaw – informuję, że postawienie dość złożonej witryny od nowa to ładnych kilka dni roboty po parę godzin, lekko licząc. Czytaj dalej…
Komentarze