Obraza i inne sprawy
Zauważyłem, że moi przeciwnicy ideowi, którzy komentują niektóre z umieszczanych tu wpisów, bardzo lubią używać w stosunku do mnie dwóch zarzutów. Jeden – to zarzut niekonsekwencji (innym zabraniam agresywnych wpisów, a sam leję czasami przeciwnika pałą po oczach…), drugi – że obrażam ludzi. Pragnę się do obu tych zarzutów ustosunkować. Oba, oczywiście, używam za bezzasadne.
Zacznijmy od obrazy. Może się mylę (w odróżnieniu od moich oponentów nie uważam, że zawsze mam rację), ale – jak sądzę – obrazić można tylko konkretną, jednoznacznie identyfikowalna osobę. I to tylko w szczególnych wypadkach; jak wiadomo, zakres dopuszczalnej krytyki i ostrość niezaskarżalnych sformułowań są tym większe, im bardziej ta osoba jest publiczna; ponadto, rzecz dotyczy wyłącznie faktów, a nie opinii. Tak więc, gdy piszę “Jan Kowalski to idiota” – obrażam. Gdy piszę “uważam Jana Kowalskiego za idiotę ” – nie obrażam, bo w pierwszym przypadku mówimy o faktach, w drugim o moich opiniach.
Poza tym – warto sobie przypomnieć zasady logiki. Gdy piszę “słonie są zielone”, to z mocy samego sformułowania zdania nie upoważniam nikogo do triumfalnego okrzyku “widziałem słonia różowego, a więc autor kłamie”; kłamałby, gdyby powiedział “wszystkie słonie są zielone”. To słowo wszystkie, to tak zwany w logice kwantyfikator ogólny (nauczcie się czegoś przy okazji); jak go nie ma, to lepiej założyć, że autor nie używa tej formy świadomie. Może akurat widział zielonego, bo go ktoś pomalował? Ale jeśli da się wskazać konkretnego zielonego słonia, obojętne jaka jest przyczyna tej zieloności, to już zarzuty wobec autora odpadają całkowicie.
Żeby podać konkret: gdy mówię, że przedstawiciele kleru są pedofilami, to właśnie nie mówię o wszystkich. Nie mówię też nic o tym, czy więcej pedofili jest wśród księży, czy bibliotekarzy albo kowali; to nie ten temat w tym momencie. Mam rację, jeśli udowodniono pedofilię choćby jednemu duchownemu. A udowodniono ponad wszelką wątpliwość – i to nie jednemu. Koniec, kropka.
Dalej, co zresztą z tym związane: jestem przekonany, że skoro obrazić można tylko konkretną osobę, to niemożliwe jest obrażenie zbiorowości. Narodu, Kościoła, kiboli i tak dalej.
Przy okazji. Wedle polskiego kodeksu można również obrazić czyjeś uczucia, specjalnie religijne. Jestem – jak widać z powyżej napisanego – absolutnie przeciwnego zdania; i w demokratycznym państwie, ceniącym najwyżej z samej definicji demokracji wolność słowa, mam prawo zdanie to wypowiadać. Jednakże, jeśli po prusku stanąć na stanowisku “dura lex, sed lex”, to skoro chroni się uczucia akurat katolików, to z tego samego paragrafu trzeba chronić uczucia ateistów, także tak zajadłych i jednoznacznych jak ja. Tak więc – i jedno wyjście złe, i drugie, więc trzeba ten przepis z kodeksu najszybciej wywalić. CBDO. A rzecz jest w Trybunale Konstytucyjnym, tak à propos.
No dobra. A teraz pokażcie mi – z imienia i nazwiska – kogo kiedykolwiek w moich tekstach, przy takim rozumieniu obrazy, obraziłem.
Powtarzam: jak piszę, że uważam kogoś za dupka – to go nie obrażam, wypowiadam sąd. A to mi wolno.
Druga sprawa, to ta moja – wielokrotnie przywoływana – niekonsekwencja: sobie pozwalam, innym nie. Otóż ona nie istnieje, ta niekonsekwencja: gdzie ja powiedziałem, że będę traktował równo moich komentatorów i siebie? Bywam czasem ostry, bo to jest mój blog i mnie wolno, jako jego właścicielowi i autorowi; to raz. Inne zdania – komentatorów – bywają sekowane, a nawet niektórzy autorzy banowani na stałe. Którzy? A no ci, którzy “rzucają mięchem” i przekraczają przyjęte przeze mnie reguły; którzy właśnie obrażają albo mnie, albo mich przyjaciół czy ludzi przeze mnie szanowanych.
Błąd moich oponentów polega więc na tym, że wkładają mi do głowy poglądy, których nigdy nie wypowiadałem. To, czy powinienem mieć takie poglądy - to już zupełnie inna sprawa. Kłopot w tym, że to ja o swoich poglądach decyduję. I trzeba się z tym pogodzić.
Że to nie ma równości? A no – nie ma. Z tą równością też bywa rozmaicie: jak słyszę “wszyscy mamy równe żołądki” na przykład, to mnie cholera skręca, bo głowy mamy jednak inne; a ja osobiście uważam, że te głowy są dużo ważniejsze. Więc proszę mi triumfalnie nie zarzucac, że siebie traktuję inaczej, niż korespondentów. To prawda; ale wolno mi i tak mi się podoba, nic na to nie poradzicie, drodzy oponenci.
Aha: zawsze jest możliwość nałożenia na mnie sankcji, ale tylko jedyna: nie czytać tego bloga. Tyle jest pięknych miejsc w Internecie: witryny pewnego radyja i jego dziennika, różne wPolityce i podobne… Tam znajdziecie potwierdzenie własnych poglądów i wsparcie moralne. Jak was oburzam, jak czujecie się źle czytając moje teksty i popierających mnie innych komentatorów, to droga wolna: idźcie tam. Nie mam zamiaru nikogo do niczego przekonywać ani za niczym – ani przeciw niczemu – agitować. Wypowiadam po prostu swoje zdanie; zgadzacie się z nim – to was witam; budzi w was agresję, to jazda do swoich. Mnie na was nie zależy; a trudu waszego na pisanie inwektyw też szkoda, bo ja na wszelkie - świeckie albo i nie – ewangelizacje i inne “dawania świadectwa” jestem absolutnie odporny.
Wiem, lezę prosto do piekła, moja dusza jest w szponach szatana. Ha, trudno. Zawsze wybierałem ciekawsze towarzystwo…




Bogdanie, cóż mogę powiedzieć. Mogę ukraść do pokazania paru ludziom, do których nic nie dociera (pewnie i to nie dotrze, ale można mieć nadzieję)
Mam ogromną prośbę: czy zechcieliby Państwo ustosunkować się do tematu wpisu, to jest do sprawy obrazy, w szczególności uczuć religijnych, i ich rozumienia – może moje jest mylne? – a nie do problemów logiki matematycznej, umiejętności erystycznych (lub manipulatorskich) autora itp.? Słowem: czy musimy rozmawiać o ludziach zamiast o problemach (albo prażyć własnym intelektem obok spraw)?
czyli na intelekt też monopol na tym blogu Pan ma. Pański blog podkreśla Pan na każdym kroku. Chyba nie jest zabawne polemizowanie w takiej sytuacji i jeszcze raz powiem szkoda. Problemy dotyczą ludzi więc i ludzie obrażani lub nie muszą być przedmiotem rozmowy oraz metody i narzędzia mówiąc współcześnie. Nie chcę podejrzewać, że to ja prażyłam Pana swoim intelektem, bo na tyle zarozumiała nie jestem. Rozbawiło mnie to porównanie, nowatorskie dla mnie. Nie byłoby mowy o logice, gdyby Pan sam nie wytoczył matematycznych dział, wymachując kwantyfikatorami. Nikt nie lubi być obrażany z wielkim czy małym kwantyfikatorem. Jestem ostrożna w wypowiadaniu się na stronach portali na temat religijności. Po pierwsze przekonałam się, że wielu nudzących się “pseudoateistów” tylko czeka na punkt zaczepienia, aby jakiś tam komentarzyk obrazoburczy strzelić, po drugie ludzie z reguły mają problem gimnazjalny czytania ze zrozumieniem, po trzecie nie dysponuję tak celną wiedzą, aby moją kobiecą intuicję obronić przed męską dociekliwością. Popieram dyskusję rzeczową z religijnymi osobami i nie religijnymi, w szczególności wystrzegam się nazywania ich idiotami, głupkami tylko dlatego, że inaczej myślą. Pokrzykiwanie takie jest dla mnie dowodem bezsilności, “Prażenie intelektem” jest piękne.
kusi zabranie głosu, chociaż nigdy nie byłam wykładowcą matematyki i moją karierę uczelnianą skończyłam jako absolwent UJ, ale nauczycieli miałam tęgich. W tej całej dyskusji przemilczana została, o czym Pan wie doskonale, ale przed ogółem chytrze ukrył, tak zwana definicja kontekstowa. Wykorzystują je również niektóre języki programowania i póki nie określimy inaczej to przyjmują domyślny typ danej. Nieraz dajemy się złapać na tę domyślność co prowadzi do błędów i nieporozumień. Duży kwantyfikator ostatnio został wycofany z programu szkoły, więc znowu przez jakąś dekadę zniknie ze świadomości osób ze średnim wykształceniem Skoro go nie znają to i przed słoniami go nie postawią, nie postawią i z tej przyczyny również, że logika została wymazana z książek matematycznych, a informatycy w sposób pokrętny się jej uczą. Wydanie opinii o kimś, że jest idiotą do nobilitacji tej osoby nie należy, a mam ochotę matematycznie sprawę ująć i trochę do prawa wielkich liczb się odwołać, im więcej opinii negatywnych o intelekcie danej osoby tym bliżej do uznania ją za głupią, W takim opiniotwóczym podejściu do zagadnienia ukrywa się znany trik prawniczy – zarzucamy coś i wycofujemy przepraszając, ławnicy jednak posłyszeli i bomba poszła w górę. Jest taka zasada, że im więcej niewiarygodnych słów się wypowiada tym mniej opinię danej osoby się respektuje. Sprytnie się Pan chowa za kwantyfikatorami i prawdziwością zdań w sensie logiki przemycając swoje kontrowersyjne opinie, chcę zobaczyć w tym i pozytyw. Zmusza Pan do drążenia tematu, a fechtunek dobrze zrobi obu stronom.
Żeby podać konkret: gdy mówię, że przedstawiciele kleru są pedofilami, to właśnie nie mówię o wszystkich. Nie mówię też nic o tym, czy więcej pedofili jest wśród księży, czy bibliotekarzy albo kowali; to nie ten temat w tym momencie. Mam rację, jeśli udowodniono pedofilię choćby jednemu duchownemu. A udowodniono ponad wszelką wątpliwość – i to nie jednemu. Koniec, kropka.
Pełna zgoda.
Ale żeby napisać:
Zaś nikt nie używa słowa „pedofil” jako synonimu „ksiądz”, mimo faktu, że odsetek zboczeńców i dewiantów w tej kategorii jest porażający.
Już nie wystarczy by udowodnić choćby jednemu duchownemu.
Czy dysponuje Pan jakimś źródłem potwierdzającym tę Pańską opinię – czy też jest to opinia nieuprawniona?
“Żeby podać konkret: gdy mówię, że przedstawiciele kleru są pedofilami, to właśnie nie mówię o wszystkich. Nie mówię też nic o tym, czy więcej pedofili jest wśród księży, czy bibliotekarzy albo kowali; to nie ten temat w tym momencie. Mam rację, jeśli udowodniono pedofilię choćby jednemu duchownemu. A udowodniono ponad wszelką wątpliwość – i to nie jednemu. Koniec, kropka.” – Bogdanie, z całą cympatią, w tej wypowiedzi wpakowałem DOMYSLNY duży kwantyfikator – WSZYSCY. Powinieneś powiedzieć BYWAJA, mogłeś nawet dodać CZESTO. Niestety, w logice są wnioskowania entymetatyczne. Twoi oponenci mają tu rację – co ich z pewnością wbije w niesamowitą dumę. Bywa.
“… z tego samego paragrafu trzeba chronić uczucia ateistów, także tak zajadłych i jednoznacznych jak ja” – czyli chronić uczucia ateistśw, przed agresywnymi i bezczelnymi klerykał-dewotami? Otśż jiestety NIE! Nasze ułomne, katolandzkie prawo, tego nie przewiduje. My, ateiści, jesteśmy nadzy, bezbronni i bez żadnych praw. Oto sens klerykalizacji tego państwa.
Ubolewasz, wściekasz się i buntujesz – “Wiem, lezę prosto do piekła, moja dusza jest w szponach szatana. Ha, trudno. Zawsze wybierałem ciekawsze towarzystwo…” – tu masz rację! Szatan, zapomniany i spostponowany w Nowym Testamencie miał w Starym fascynującą cechę – był buntownikiem w imię bezwładnej kukły ludzkiej, ulepionej z zimnej gliny, na obraz podobieństwo – ale bez świadomości dobrego i złego. Lucyfer – to “niosący świato”. Dlatego czarni i mroczni muszą go nienawidzieć.
Narobiłem głupich literówek! Wybaczcie!
Co do jezyka Autora. Z calym szacunkiem ale to Pana blog i jak sie komus nie podoba, niech nie czyta. Swoja droga i troche nie na temat. dziwi mnie to ze kiedys komuna uznawana byla za glowne zrodlo braku demokracji i przeciwnika wolnosci.Teraz postkomuna broni prawa do demokracji i wolnej woli przed prawica. O co tu chodzi
Szanuje Pana oraz w sumie zgadzam sie z pogladami,… Ale “nowe slady pitagorasa” byly o niebo lepsze.Bardzo mi tego cyklu brakuje, a Szanowny Autor nawet nie pozegnal sie z fanami.
Miło czytać. “Ślady” ukazały się drukiem. A nie pożegnałem się z fanami, bo na razie nie planuję zejścia z tego świata – i jak będę miał trochę więcej czasu (a nabrałem na siebie ostatnio – okazuje się – ponad miarę), to do sprawy wrócę,.
“Jeden – to zarzut niekonsekwencji (innym zabraniam agresywnych wpisów, a sam leję czasami przeciwnika pałą po oczach…)”
to oczywiście jest mały zarzut, jeśli chce Pan być postrzegany jako ‘rzucający mięsem’, proszę bardzo – Pana wybór.
Ale niekonsekwencje przytrafiają się też Panu w zakresie treści, nie tylko formy.
Że wspomnę deklaracje o nigdy-przenigdy nie-głosowaniu na PO.
1. A czy gdzieś rzuciłem mięsem? Kogóż to nazwałem słowem na ch… albo k…? Choć nie zarzekam się: nie pamiętam, ale mogło się zdarzyć. Cóż, człowiek jest ułomny (zwłaszcza jak sam decyduje o konsekwencjach…)
2. Powtarzam: człowiek jest ułomny. I dodam: tylko krowa nie zmienia poglądów. Czyż mogłem przewidzieć, że kol. Napieralski da takie plamy?
Stwierdzenie “słonie są zielone” w języku polskim oznacza dokładnie to samo, co “wszystkie słonie są zielone”. Przy braku kwantyfikatora należy implicite zakładać kwantyfikator ogólny. “W trójkącie prostokątnym suma kwadratów długości przyprostokątnych jest równa kwadratowi długości przeciwprostokątnej.” Oczywiście w powyższym stwierdzeniu można dodać słówko “każdym”, ale nie jest to konieczne, gdyż i bez tego jest najzupełniej oczywiste, że nie mówimy o pewnym (pewnych) trójkącie prostokątnym, tylko o wszystkich. Pan, jako matematyk, musi doskonale zdawać sobie z tego sprawę.
Ciekawe… W ten sposób można sobie ustawić wszystko. A gdzież to pana uczono, że “należy coś takiego zakładać”? To jakaś nowość… A przyzwyczajenia z języka potocznego bywają zmyłkowe.
Wyrażenie “słonie są zielone” bez zakładania kwantyfikatora nie jest w ogóle zdaniem. TRZEBA sobie dopowiedzieć albo kwantyfikator ogólny albo szczególny, w przeciwnym razie nie bardzo wiemy, “co autor miał na myśli”. Przyjęte jest, że dopowiada się kwantyfikator ogólny: nie tylko w języku potocznym, ale również w matematyce. Jeśli mamy do czynienia ze formułą bez kwantyfikatorów, to jej DOMKNIĘCIEM (czyli domyślnym zdaniem, które ona wyraża) jest zdanie poprzedzone kwantyfikatorami ogólnymi.
Lepiej więc jednak dopowiadać: “bywają zielone słonie” lub “niektóre Misie mają nadwagę” lub “zdarzają się inteligentni prawicowcy” (w tym ostatnim można dodać: z rzadka
.
Faktycznie. Niektóre Misie mają nadwagę. Niestety. A to, że “słonie są zielone” nie jest zdaniem – to święta prawda. Tylko uroda języka potocznego polega miedzy innymi na tym, ze takimi sztuczkami jak opuszczenie kwantyfikatora pozbawia się wypowiedź jednoznaczności i wtedy można się wyłgać z kłopotliwej sytuacji w dyskusji. Taki chwyt erystyczny. Między matematykami nie wyjdzie, ale my są mniejszość.
Przyznał się Pan zatem do “wyłgiwania”. Zapamiętane.
Ciągły obraz przestrzeni zwartej jest zwarty.
Powyższe (prawdziwe) twierdzenie jest całkowicie jasne i całkowicie precyzyjne dla każdego matematyka. I tak też właśnie matematycy mówią. Konwencja językowa pozwalająca opuszczać kwantyfikatory ogólne jest wygodna (bez niej wypowiedzenie tego samego byłoby dużo bardziej uciążliwe) i dlatego zupełnie naturalna. Zresztą proszę spróbować i podomykać powyższe twierdzenie kwantyfikatorami. Wyjdzie brzydko. Aha, uczono mnie tego na studiach matematycznych (MIMUW).
Wszystko fajnie, tylko zawsze mnie się wydawało, że blog ma zachęcić jego czytelników do jakieś wymiany myśli, poglądów, innymi słowy ma wywołać dyskusję na zaproponowany przez autora temat. Skoro w swoim blogu dopuszcza Pan do głosu i gloryfikuje jedynie klakierów, to spełnia on jedynie funkcję robienia sobie dobrze i napawania się swoim geniuszem. Ale w sumie Pański blog, Pańska sprawa. Pozdrawiam
Oto znów przykład braku logiki. Gdzie ja zniechęcam do “wymiany myśli”? A wymieniajta sobie co chceta – żeby sparafrazować klasyka – tylko bez ciskania narządami płciowymi, egzorcyzmów i temu podobnych…